„Pojechałam w lutym do sanatorium w Krynicy razem z mężem. Zamiast leżeć w borowinie, musiałam pilnować tego lekkoducha”
„Przez całą kolację byłam powietrzem. Stefan nakładał im surówki, dolewał kompotu, pytał o dolegliwości i skąd przyjechały. O mnie nie zapytał nikt, bo on skutecznie zagarnął całą przestrzeń”.

Marzyłam o długich spacerach w prószącym śniegu, o wspólnych herbatach w kawiarni z widokiem na góry i o tym, że w końcu będziemy mieli czas tylko dla siebie. Myślałam, że ten wyjazd do uzdrowiska będzie naszą drugą podróżą poślubną, szansą na sklejenie tego, co od dawna pękało w ciszy naszego domu.
Nie chciał jechać
Pakowałam walizki z taką starannością, jakbym szykowała się na najważniejszą wyprawę mojego życia. Stefan w tym czasie siedział przed telewizorem i narzekał, że w ogóle musimy gdzieś jechać. Mówił, że w domu mu najlepiej, że zima to nie pora na wojaże i że na pewno będzie przeciąg w pociągu.
Znosiłam to w milczeniu. Wiedziałam, że to tylko jego gderliwa maska, którą zakłada, gdy boi się zmian. W głębi duszy wierzyłam, że potrzebuje tego wyjazdu tak samo jak ja. Nasze dzieci dawno poszły na swoje, wnuki widywaliśmy od święta, a w domu coraz częściej panowała cisza, przerywana jedynie dźwiękiem wiadomości ze szklanego ekranu.
Podróż minęła nam spokojnie, choć Stefan głównie spał, a ja patrzyłam na ośnieżone drzewa za oknem, wyobrażając sobie, jak będziemy spacerować alejkami parku zdrojowego. Gdy dotarliśmy na miejsce, ośrodek zrobił na mnie dobre wrażenie. Był to wielki, nieco socrealistyczny gmach, ale odnowiony, pachnący czystością i obiadem. W recepcji, ku mojemu zaskoczeniu, Stefan nagle odżył.
– Dzień dobry paniom! – zagrzmiał, uśmiechając się szeroko do młodziutkiej recepcjonistki. – Ależ nas tu pięknie witacie, z takimi uśmiechami to od razu człowiek zdrowieje!
Nagle odżył
Recepcjonistka zarumieniła się i zachichotała. Spojrzałam na męża zdziwiona. Jeszcze godzinę temu narzekał na ból w krzyżu i mróz, a teraz prężył pierś jak paw. Uznałam to za dobry znak. Pomyślałam, że zmiana otoczenia faktycznie dobrze mu robi, że odzyskuje wigor.
Rozpakowaliśmy się w pokoju z widokiem na zaśnieżony park. Było przytulnie. Chciałam zaproponować krótki odpoczynek, może drzemkę przed kolacją, ale Stefan nie mógł usiedzieć w miejscu.
– Teresko, trzeba się rozejrzeć! Zorientować w terenie! – zarządził, poprawiając włosy przed lustrem. Użył wody kolońskiej, której nie tykał w domu od miesięcy.
Zeszliśmy do jadalni. Sala była ogromna. Większość kuracjuszy stanowiły kobiety, co Stefan zauważył błyskawicznie. Jego oczy biegały po sali jak radary. Posadzono nas przy czteroosobowym stoliku. Dwa miejsca były jeszcze wolne. Nie minęło pięć minut, gdy dosiadły się do nas dwie panie. Jedna, w moim wieku, o imieniu Jadwiga, głośna i kolorowa, oraz druga, nieco starsza, dystyngowana Halina. Wtedy zaczął się spektakl.
– Czy to anioły zstąpiły na ziemię, by zjeść z nami pomidorową? – zapytał Stefan, wstając i odsuwając im krzesła.
Jadwiga wybuchnęła perlistym śmiechem, klepiąc go po ramieniu.
– Ależ z pana szarmancki dżentelmen! – zawołała.
– Stefan, do usług – skłonił się nisko, a potem usiadł i zaczął opowiadać anegdoty.
Popisywał się
Siedziałam obok, jedząc zupę i czując, jak z każdym jego słowem maleję. Opowiadał te same historie, które słyszałam tysiąc razy, ale opowiadał je z taką werwą, jakiej nie widziałam u niego od lat. Problem polegał na tym, że kompletnie mnie ignorował. Kiedy próbowałam coś wtrącić, wchodził mi w słowo.
– Moja żona to wspaniale gotuje, ale wiecie panie, jak to jest, czasem trzeba spróbować czegoś innego – mrugnął okiem do Jadwigi, gdy ta pochwaliła kotleta.
Czułam, jak pieką mnie policzki. To była aluzja kulinarna, ale zabrzmiała dwuznacznie. Jadwiga była zachwycona. Halina patrzyła na niego z lekkim dystansem, ale uprzejmie się uśmiechała. Przez całą kolację byłam powietrzem. Stefan nakładał im surówki, dolewał kompotu, pytał o dolegliwości i skąd przyjechały. O mnie nie zapytał nikt, bo on skutecznie zagarnął całą przestrzeń.
Następny dzień przyniósł tylko pogorszenie sytuacji. Miałam nadzieję, że po zabiegach spotkamy się na kawie i porozmawiamy szczerze. Po kąpieli solankowej wyszłam na korytarz, szukając go. Znalazłam go przy windach. Stał w otoczeniu trzech kobiet w szlafrokach, gestykulując żywo.
– Bo wiecie, drogie panie, sekret młodości to nie te wszystkie masaże, ale towarzystwo pięknych kobiet! – mówił, a one chichotały jak nastolatki.
Flirtował z nimi
Zatrzymałam się za filarem. Serce waliło mi jak młotem. Nie byłam zazdrosna w tym sensie, że bałam się zdrady fizycznej. Znałam Stefana. Był gawędziarzem, narcyzem łasym na komplementy. Ale bolało mnie to, że dla obcych kobiet miał czas, uśmiech i energię, a dla mnie, która prałam jego skarpetki i parzyłam ziółka na wątrobę, miał tylko zniecierpliwienie i milczenie.
– O, Tereska! – zauważył mnie w końcu, gdy wyszłam zza filara. Jego uśmiech nieco przygasł. – Poznaj panie, to Krysia z Łodzi i Danusia z Warszawy. Umawiamy się właśnie na popołudniowy spacer do pijalni wód.
– Myślałam, że pójdziemy razem – powiedziałam cicho.
– No przecież idziemy razem! W grupie raźniej! – odparł, jakby to było oczywiste.
Spacer był koszmarem. Stefan szedł w środku, trzymając pod ramię Jadwigę, która dołączyła po drodze i Krysię, a ja dreptałam z tyłu z Haliną. Czułam się upokorzona. Mój mąż zachowywał się jak wypuszczony z klatki ptak, który zapomniał, że ma gniazdo. Rozrzucał komplementy na prawo i lewo. „Jaka piękna czapka”, „Oczy jak jeziora”, „Figura jak u modelki”. Do mnie nie powiedział ani słowa, chyba że pytał, czy wzięłam drobne na wejście do pijalni.
Byłam wściekła
Halina, ta dystyngowana pani z wczorajszej kolacji, szła obok mnie w milczeniu. W pewnym momencie odezwała się cicho:
– Niech się pani nie martwi, pani Tereso. Niektórzy mężczyźni potrzebują lustra w oczach innych kobiet, żeby uwierzyć, że jeszcze żyją. To świadczy o ich słabości, nie o pani braku wartości.
Jej słowa mnie zaskoczyły. Spojrzałam na nią z wdzięcznością. Zrozumiałam, że nie tylko ja widzę ten cyrk. Kulminacja nastąpiła wieczorem. W sanatorium organizowano „wieczorek zapoznawczy”. Stefan od godziny siedemnastej szykował się jak na bal u prezydenta. Włożył najlepszą marynarkę, wypastował buty na błysk.
– Tereska, pospiesz się, bo zajmą najlepsze stoliki przy parkiecie! – poganiał mnie, gdy malowałam usta.
Poszliśmy. Sala balowa lśniła, zespół grał szlagiery z lat osiemdziesiątych. Stefan zamówił nam wodę i paluszki, po czym natychmiast zaczął rozglądać się po sali. Gdy tylko orkiestra zagrała pierwsze takty tanga, wstał. Serce zabiło mi mocniej. Myślałam, że poprosi mnie. Że ten pierwszy taniec będzie nasz, tak jak obiecywał przed wyjazdem.
– Zaraz wracam, obiecałem Jadzi ten taniec przy obiedzie! – rzucił i ruszył sprężystym krokiem w stronę stolika naszych sąsiadek.
Nie dostrzegał mnie
Zostałam sama przy stoliku. Patrzyłam, jak mój mąż, z nienaganną gracją, prowadzi w tańcu obcą kobietę. Śmiał się do niej, coś szeptał, przytulał w obrotach. Potem tańczył z Krysią, potem z jakąś blondynką z drugiego piętra. Do stolika wracał tylko po to, by wziąć łyk wody i otrzeć pot z czoła.
– Ale zabawa, co Tereska? Nogi same rwą się do tańca! – rzucił w przelocie.
– To dlaczego ze mną nie zatańczysz? – zapytałam, czując gulę w gardle.
– No przecież zatańczę, spokojnie, cała noc przed nami. Teraz muszę być uprzejmy, wiesz, integracja! – odpowiedział i pobiegł.
Siedziałam tam jak skamielina. Wokół mnie wirowali ludzie, a ja czułam narastający chłód. To nie była tylko kwestia tego wieczoru. To była suma wszystkich lat, kiedy stawiałam jego potrzeby ponad swoimi, kiedy usuwałam się w cień, by on mógł błyszczeć.
Zawsze tłumaczyłam go jego temperamentem, jego potrzebą bycia lubianym. Ale tutaj, w tym obcym miejscu, na tle tych wszystkich obcych ludzi, zobaczyłam prawdę jaskrawo i wyraźnie. Stefan nie szukał integracji. On szukał potwierdzenia swojej atrakcyjności kosztem mojego upokorzenia.
Miałam dosyć
Nie wytrzymałam, gdy po raz kolejny minął nasz stolik w objęciach Jadwigi, udając, że mnie nie widzi. Wstałam i wyszłam. Nikt mnie nie zatrzymał. Stefan nawet nie zauważył, że jego „ukochana żona” opuszcza salę.
Nie poszłam do pokoju. Nie chciałam tam siedzieć i płakać w poduszkę. Zeszłam do ogrodu zimowego – przeszklonego patio z mnóstwem roślin, gdzie było cicho i spokojnie. Usiadłam na wiklinowym fotelu, ukrywając twarz w dłoniach. Byłam wściekła na siebie. Za to, że tu przyjechałam, za to, że pozwoliłam się tak traktować.
– Mogę się przysiąść?
Podniosłam głowę. To była Halina. Nie bawiła się na parkiecie, w ręku trzymała książkę.
– Proszę bardzo – mruknęłam, ocierając pospiesznie łzę.
– Uciekła pani z tego jarmarku próżności? – zapytała, siadając naprzeciwko.
– Mój mąż świetnie się bawi – powiedziałam z goryczą. – Wygląda na to, że jestem tam zbędna.
Halina uśmiechnęła się smutno.
– Pani mąż, droga pani Tereso, to typowy przykład człowieka, który panicznie boi się starości. Te wszystkie flirty, te tańce, to głośne zachowanie… To nic innego jak krzyk rozpaczy. On myśli, że jak obtańczy wszystkie kuracjuszki, to czas się dla niego zatrzyma.
Nie rozumiałam tego
– Ale dlaczego robi to moim kosztem? – zapytałam, czując, że ta obca kobieta rozumie więcej niż ja sama.
– Bo pani jest dla niego bezpieczną przystanią. On wie, że pani tam będzie. Że pani poczeka. Że wybaczy. Traktuje panią jak mebel, który jest niezbędny, ale którego się nie zauważa, dopóki się o niego nie potknie. Pytanie tylko, czy pani chce być meblem?
To pytanie zawisło w powietrzu między nami. Czy chcę być meblem? Przez ostatnie dziesięć lat tak właśnie żyłam. Dbałam o dom, o jego dietę, o to, by miał wyprasowane koszule. A on brał to wszystko, nie dając w zamian nawet ułamka tej uwagi, którą teraz obdarzał Jadwigę.
– Widziałam, jak patrzył na panią przy kolacji wczoraj – kontynuowała Halina. – A raczej, jak nie patrzył. Jest pani elegancką, zadbaną kobietą. Ma pani w oczach mądrość, której tym chichoczącym paniom brakuje. To on traci, nie pani. Ale musi mu pani to pokazać.
– Jak?
– Przestając czekać przy stoliku – odpowiedziała prosto.
Siedziałyśmy tam jeszcze godzinę, rozmawiając o dzieciach, o książkach, o życiu. Po raz pierwszy od przyjazdu poczułam się słuchana. Halina nie przerywała mi, nie opowiadała o sobie, była ciekawa moich myśli. To było jak balsam na moją poranioną dumę.
Dostał nauczkę
Wróciłam do pokoju przed północą. Stefana jeszcze nie było. Wzięłam długi prysznic, nałożyłam maseczkę, włączyłam sobie audiobooka. Czułam dziwny spokój. Decyzja zapadła we mnie cicho, ale stanowczo. Stefan wpadł do pokoju pół godziny później, rozgrzany, pachnący potem i tanią wodą kolońską, którą pewnie poprawiał się w łazience. Był w euforii.
– Tereska! Ty nie wiesz, co straciłaś! Wężyk był przez całą salę! Wszyscy pytali, gdzie moja żona, a ja mówiłem, że pewnie głowa ją rozbolała. Ale Jadwiga to ma kondycję, mówię ci!
Usiadł na łóżku i zaczął rozwiązywać krawat, czekając na moje pytania, na moją zazdrość, na cokolwiek, co nakarmiłoby jego ego.
– Cieszę się, że dobrze się bawiłeś – powiedziałam spokojnie, nie odrywając wzroku od książki, którą wyjęłam z walizki. – Zgaś światło w łazience, jak skończysz.
Zastygł.
– Tylko tyle? Nie zapytasz, z kim tańczyłem?
– Nie interesuje mnie to. Jutro idę na śniadanie sama, a potem umówiłam się z Haliną na wycieczkę do miasta. Ty masz pewnie plany ze swoimi nowymi znajomymi, więc nie będę ci przeszkadzać.
– Ale… jak to? Przecież przyjechaliśmy tu razem!
Zadbałam o siebie
Spojrzałam na niego znad okularów. W tym ostrym świetle lampki nocnej zobaczyłam go nagle zupełnie inaczej. Nie był charyzmatycznym amantem. Był starszym, zmęczonym panem z rzednącymi włosami, który desperacko próbował udowodnić sobie, że jest kimś innym.
– Przyjechaliśmy jednym pociągiem, ale nie jesteśmy tu razem. Ty jesteś na scenie, a ja zrezygnowałam z bycia widownią. Od teraz ten wyjazd jest dla mnie. Będę dbać o siebie, tak jak ty dbasz o swoje samopoczucie. Dobranoc.
Odwróciłam się do niego plecami i zgasiłam lampkę. Przez następne dwa tygodnie dotrzymałam słowa. Chodziłam na własne spacery, zapisałam się na dodatkowe masaże, spędzałam czas z Haliną i innymi kuracjuszkami, które nie szukały taniego poklasku u mężczyzn.
Coś się zmieniło
Stefan początkowo był w szoku, potem próbował się obrażać, a w końcu zaczął się gubić. Bez mojej stałej obecności, bez mojej cichej obsługi i bez pewności, że czekam, jego pewność siebie zaczęła kruszeć. Jadwiga szybko znalazła sobie innego adoratora, który miał samochód, a inne panie znudziły się jego powtarzalnymi żartami.
Pod koniec turnusu Stefan próbował mnie zaprosić na kawę. Odmówiłam, bo szłam do kina z Haliną. Widziałam w jego oczach coś lęk i szacunek. Zrozumiał, że mnie traci. Że ta szara, cicha żona, ma swoje życie, swoje zdanie i swoją godność.
Nie wiem, czy nasze małżeństwo przetrwa tę próbę po powrocie do domu. Może tak, może nie. Ale jedno wiem na pewno – wyjechałam z tego sanatorium jako inna kobieta. Już nigdy nie pozwolę, by ktoś traktował mnie jak tło do własnego życia. Nawet, a może zwłaszcza, własny mąż.
Teresa, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zamiast francuskich perfum na walentynki dostałam od męża tulipany z dyskontu. Naszą miłość wycenił na 9,99 zł”
- „Wyjazd do Zakopanego miał być ucieczką od problemów. Wpadłam prosto w ramiona instruktora snowboardu”
- „Moje dzieci ciągle podrzucają mi wnuki do opieki. Myślą, że nawet w ferie zrobią z mojego domu darmowe zimowisko”

