Reklama

Nigdy nie uważałam się za nauczycielkę „z powołania”. Raczej z wyboru, z rozsądku, z przekonania, że dzieci potrzebują kogoś stabilnego, kto nie podnosi głosu i potrafi trzymać emocje na wodzy. Właśnie taką osobą byłam. Już po trzydziestce, z zawsze podpisanymi zeszytami i planem dnia rozpisanym co do minuty. Nawet herbata w pokoju nauczycielskim miała swój stały rytm. Dlatego kiedy dyrektorka zaprosiła mnie do gabinetu i zamknęła drzwi z tym swoim znaczącym uśmiechem, od razu wiedziałam, że chodzi o coś, czego nikt nie chce zrobić.

— Karolino, mamy problem kadrowy na zimowisko — zaczęła, splatając dłonie na biurku. — Dwoje nauczycieli się wycofało. Potrzebujemy kogoś odpowiedzialnego.

— Czyli mnie — odpowiedziałam szybciej, niż powinnam.

— Wiedziałam, że zrozumiesz — odparła z ulgą.

Zrozumiałam aż za dobrze. Zimowisko w środku semestru, tydzień w górach, obce dzieci, nocne dyżury i brak prywatnej przestrzeni. Zero romantyzmu, zero przygód. Czysta logistyka i obowiązek. Dokładnie to, co znałam i potrafiłam unieść. Wychodząc z gabinetu, pomyślałam o tych wszystkich nauczycielach „z pasji”. O ludziach, którzy mówią, że szkoła to ich życie, a dzieci są sensem istnienia. Ja byłam z tej drugiej kategorii. Z „misji”. Robię, co trzeba, dobrze, ale bez fajerwerków. Bez nadmiaru emocji, które potem trudno posprzątać.

Pakując się wieczorem, układałam wszystko równo: bluzy, notes, apteczkę. W głowie powtarzałam sobie, że to tylko tydzień. Siedem dni do odhaczenia. Żadnych oczekiwań. Żadnych historii.
Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo się myliłam.

Już widziałam chaos

Do ośrodka dojechaliśmy późnym popołudniem. Dzieci wysypały się z autokaru głośne, rozbiegane, jeszcze pełne energii po podróży. Ja odruchowo zaczęłam liczyć głowy, sprawdzać nazwiska w myślach i szukać wzrokiem innych opiekunów. Lubiłam wiedzieć, kto jest kim, zanim sytuacja mnie do tego zmusi.

Wtedy go zobaczyłam. Stał kilka metrów dalej, oparty o barierkę, z rękami w kieszeniach i rozpiętą kurtką, jakby przyjechał tu na weekend, a nie do pracy. Uśmiechał się do dzieci, a one natychmiast do niego lgnęły.

— Cześć, jestem Krzysiek — powiedział, podchodząc do mnie bez cienia oficjalności. — Ty pewnie Karolina?

— Tak — odpowiedziałam chłodno. — Jesteśmy już po przydziale grup?

Spokojnie, zdążymy. Najpierw niech dzieciaki się rozładują — rzucił lekko.

To „spokojnie” zadziałało na mnie jak iskra. Nie lubiłam, gdy ktoś tak łatwo rozbijał strukturę, zanim w ogóle została zbudowana. W mojej głowie już widziałam chaos, opóźnienia i problemy z dyscypliną. Później obserwowałam go z boku. Dzieci śmiały się, słuchały, robiły dokładnie to, co im mówił, choć nie podnosił głosu ani nie wydawał poleceń wprost. Ja w tym czasie tłumaczyłam jednej dziewczynce regulamin pobytu, a on w tym samym momencie kucał przy chłopcu, który nie chciał wejść do budynku.

— Chodź, pokażę ci coś — powiedział cicho. — W środku jest miejsce, gdzie można się ogrzać.

Chłopiec poszedł bez sprzeciwu. Poczułam irytację, której nie potrafiłam jeszcze nazwać. Wewnętrznie przypisałam Krzyśkowi etykietę: luzak, który liczy na sympatię zamiast zasad. Obiecałam sobie, że będę trzymać dystans. Tak było bezpieczniej i bardziej profesjonalnie. Nie wiedziałam jeszcze, że ten obraz bardzo szybko zacznie mi się wymykać spod kontroli.

Patrzyłam na to z boku

Drugiego dnia przestałam udawać, że go nie obserwuję. Robiłam to uważnie, niemal zawodowo, jakbym zbierała materiał dowodowy pod z góry postawioną tezę. Chciałam się upewnić, że mam rację. Że jego sposób pracy to tylko pozory, a za chwilę wyjdą braki, niekonsekwencja albo niepotrzebne spoufalanie się z dziećmi. Rano jeden z chłopców rozpłakał się w szatni. Stałam kilka kroków dalej, gotowa zareagować według znanego schematu: rozmowa, uspokojenie, odwrócenie uwagi.

Krzysiek był szybszy. Usiadł obok niego na ławce, nie dotykając, nie narzucając się.

Tęsknisz? — zapytał zwyczajnie.

Chłopiec kiwnął głową.

— Ja też czasem tęsknię — powiedział Krzysiek po chwili. — Nawet jak jestem w miejscu, które lubię.

Nie było tam żadnej wielkiej mowy motywacyjnej. Cisza, kilka prostych zdań, obecność. Chłopiec po kilku minutach przestał płakać i sam wstał. Patrzyłam na to z boku i czułam niepokój. Nie taki zły, raczej grzebiący porządek w mojej głowie. Po południu rozmawiałam o tym z jedną z opiekunek, próbując nadać temu racjonalne ramy.

— On ma taki styl — powiedziałam. — Dzieci to lubią.

— Albo on po prostu je rozumie — odpowiedziała spokojnie.

Ta myśl została ze mną dłużej, niż bym chciała. Krzysiek nie pasował do obrazu, który sobie o nim stworzyłam. Był konsekwentny, uważny, a przy tym naturalny. Nie szukał uznania dorosłych, nie grał roli. To mnie najbardziej zdezorientowało. Złapałam się na tym, że zaczęłam czekać na momenty, w których go zobaczę w działaniu. Nie z osobistej ciekawości — przynajmniej tak sobie to wtedy tłumaczyłam.

Zastanowił się chwilę

Trafiła nam się wspólna nocna wachta zupełnie przypadkiem. Ktoś zachorował, ktoś inny musiał iść spać wcześniej. Zostałam ja i Krzysiek. Dzieci już dawno były w pokojach, korytarze ucichły, a w głównym pomieszczeniu paliło się w kominku, który wcześniej służył bardziej jako dekoracja niż realne źródło ciepła. Usiedliśmy po dwóch stronach stołu, zachowując dystans, jakby obowiązek pilnowania porządku wymagał też pilnowania granic między nami. Przez dłuższą chwilę nie mówiliśmy nic. Słuchałam dźwięków strzelającego drewna i miałam wrażenie, że to jedna z nielicznych chwil tego wyjazdu, kiedy nie muszę niczego kontrolować.

Zawsze jesteś taka skupiona? — zapytał nagle.

Nie było w tym zaczepki ani ironii. Prędzej ciekawość.

— Raczej uważna — odpowiedziałam. — To pomaga w pracy.

— Pewnie — przyznał. — Mnie z kolei pomaga luz. Inaczej bym się w tym wszystkim pogubił.

Spojrzałam na niego uważniej. W półmroku wyglądał inaczej niż w ciągu dnia, mniej jak ktoś, kto wszystkich rozśmiesza, bardziej jak ktoś, kto też bywa zmęczony.

— Dlaczego właściwie pracujesz z dziećmi? — zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zastanowił się chwilę.

— Bo przy nich nie da się udawać. Od razu widzą, kim jesteś. A ty?

Wzięłam głębszy oddech. Normalnie odpowiedziałabym czymś bezpiecznym, wyuczonym. Tym razem było inaczej.

— Bo lubię porządek — powiedziałam szczerze. — I poczucie, że coś ode mnie zależy. Nawet jeśli czasem mnie to męczy.

Zapadła cisza. Nie była niezręczna. Raczej gęsta, pełna rzeczy, których nie dopowiedzieliśmy. W pewnym momencie nasze spojrzenia spotkały się na dłużej, niż wymagała służbowa rozmowa. Poczułam ciepło płynące nie tylko od kominka.

Nie wydarzyło się nic spektakularnego. Żaden gest, który można by opisać jednoznacznie. A jednak, gdy zmienialiśmy się na warcie i szłam do pokoju, wiedziałam, że ta noc coś we mnie zmieniła. I że od teraz nie będzie już tak prosto wrócić do wcześniejszych założeń.

Poczułam ukłucie niechęci

Ostatni dzień przyszedł szybciej, niż się spodziewałam. Od rana wszystko było w ruchu. Dzieci biegały między pokojami, sprawdzały, czy na pewno niczego nie zostawiły, dopytywały o godzinę wyjazdu. Ja funkcjonowałam automatycznie, jak zawsze w momentach domykania czegoś ważnego. Sprawdzałam, odhaczałam, porządkowałam. Tylko że pod tą warstwą porządku było napięcie, którego nie umiałam już zignorować.

Krzysiek krążył między grupami, pomagał, żartował, a jednocześnie pilnował, żeby nikt się nie zgubił. Co jakiś czas nasze spojrzenia się spotykały. Te chwile były krótkie, niepozorne, a jednak znaczące bardziej niż wcześniejsze rozmowy. Przy autokarze zrobiło się ciasno i głośno. Stałam z boku, licząc dzieci po raz kolejny, gdy Krzysiek podszedł bliżej.

Szybko minęło — powiedział.

— Zaskakująco — odpowiedziałam, zanim zdążyłam to przemyśleć.

Uśmiechnął się lekko.

— Dobrze się z tobą pracowało.

Te słowa miały bezpieczną formę, ale niosły ze sobą coś więcej. Poczułam ukłucie niechęci w związku z tym, że za chwilę każde z nas wróci do swojego miasta, swoich obowiązków, swoich ról.
Kiedy dzieci już siedziały w autokarze, staliśmy jeszcze chwilę obok siebie, jakby żadne nie chciało zrobić tego jednego kroku, który zamknie cały wyjazd.

— Słuchaj… — zaczął. — Może napiszemy do siebie po powrocie?

Wyjęłam telefon, starając się zachować spokój. Wpisałam jego numer, on wpisał mój. Prosta czynność, a jednak czułam, że robię coś, co wykracza poza moją zwyczajową ostrożność.

— Bez presji — dodał szybko. — Jak będziesz mieć ochotę.

— Ja raczej nie robię rzeczy bez zastanowienia — odpowiedziałam. — Ale… lubię mieć wybór.

Skinął głową, jakby dokładnie to rozumiał. Autokar ruszył. Patrzyłam przez okno na ośrodek, który jeszcze kilka dni wcześniej był tylko miejscem do zaliczenia. Teraz zostawiał po sobie coś, co trudno było uporządkować w głowie. Wiedziałam jedno: wracam do codzienności inna, niż z niej wyjechałam.

Poczułam ulgę

Spotkaliśmy się tydzień po powrocie. Miasto wyglądało inaczej niż przed wyjazdem, jakby było w trakcie przechodzenia z jednego stanu w drugi. Na chodnikach leżały resztki śniegu, a w powietrzu czuło się coś nieokreślonego, zawieszonego między zimą a czymś nowym. Umówiliśmy się bez wielkich zapowiedzi, bez nazywania tego spotkaniem. Po prostu mieliśmy chwilę i podobną potrzebę, żeby sprawdzić, czy tamto nadal istnieje.

Usiadłam naprzeciwko niego i przez moment miałam wrażenie, że znowu jesteśmy na dyżurze. Ostrożni, uważni, jakby każde z nas miało swoje wewnętrzne regulaminy. Rozmawialiśmy o pracy, o dzieciach, o tym, jak szybko wciąga codzienność. Analizowałam każde jego słowo, każde zawahanie, szukając sygnałów, które pozwolą mi zapanować nad sytuacją.

— Nie musimy niczego przyspieszać — powiedział w pewnym momencie. — Dobrze mi jest tak, jak jest.

Poczułam ulgę. Nie dlatego, że niczego nie chciałam, ale dlatego, że nie musiałam niczego deklarować. Złapałam się na tym, że śmieję się swobodniej niż zwykle, że nie kontroluję tonu głosu ani reakcji. To było nowe i trochę niepokojące, ale jednocześnie ciepłe. Kiedy się rozstaliśmy, szłam przez miasto wolniej niż zwykle. Myślałam o tym, że coś zaczęło się od obowiązku, a teraz nie dawało się już tak łatwo wpisać w tabelkę. Nie wiedziałam, dokąd to zmierza. Wiedziałam tylko, że pierwszy raz od dawna nie próbowałam tego przewidzieć.

Zmieniło się bardzo dużo

Zimowisko trwało tydzień. Siedem dni, które miały być tylko obowiązkiem, a okazały się czymś, co przesunęło mi granice, o których istnieniu nie chciałam wcześniej myśleć. Wracając do szkoły, do planów lekcji i codziennej rutyny, przez długi czas udawałam przed sobą, że wszystko jest takie samo. Że nic się nie zmieniło. To było najłatwiejsze kłamstwo.

Zmieniło się bardzo dużo, tylko nie na zewnątrz. Nadal byłam odpowiedzialna, nadal lubiłam mieć kontrolę, nadal nie rzucałam się w relacje bez namysłu. Różnica polegała na tym, że przestałam traktować dystans jak jedyną bezpieczną opcję. Zobaczyłam, że można być uważnym i jednocześnie blisko. Że nie wszystko trzeba planować, by nie stracić siebie. Z Krzyśkiem spotykaliśmy się nadal — rzadko, spokojnie, bez deklaracji. Czasem rozmawialiśmy, czasem milczeliśmy. Nie próbowaliśmy tego określać. To było trudne dla kogoś takiego jak ja, ale jednocześnie uczciwe.

Wiedziałam, że w każdej chwili mogę się wycofać, a mimo to zostawałam. Po raz pierwszy od dawna nie czuję potrzeby, by mieć gotową odpowiedź. Zimowisko miało być tylko kolejnym zadaniem. Zostało we mnie jako dowód, że nawet wyjazdy, na które jedziemy bez oczekiwań, potrafią nas zmienić bardziej, niż byśmy chcieli przyznać.

Karolina, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama