„Pojechałam na ferie zimowe w Tatry, żeby odpocząć od narzeczonego. Wróciłam zakochana po uszy w krzepkim góralu”
„Zrobiłam krok w jego stronę. Jeden, potem drugi. Poczułam, jak drży mi ręka, kiedy dotknęłam jego ramienia. A potem – pocałowałam go. Nieśmiało, krótko. Ale wystarczyło, żeby cały świat zawirował. Cofnęłam się, jakby mnie oparzyło, i uciekłam do pokoju. Serce waliło mi jak młotem. Co ja zrobiłam?”.

- Redakcja
Z Michałem byłam od czterech lat. Na początku było pięknie – nieprzespane noce, wspólne plany, śmiech. Ale od jakiegoś czasu coraz więcej między nami ciszy. Takiej, która boli. Michał zaczął znikać – niby był obok, ale ciągle nieobecny. Praca, komputer, sen. I to jego wieczne „nie przesadzaj, Justyna”, kiedy próbowałam porozmawiać. Przed świętami czułam się już kompletnie niewidzialna. A potem ta jedna kłótnia, która wszystko przeważyła – powiedział, że jestem zbyt emocjonalna. Że dramatyzuję.
Wtedy zrozumiałam, że się duszę. Że jeśli nie wyjadę, to sama siebie zgubię. Kupiłam bilet do Zakopanego. Bez pytania, bez planu. Powiedziałam tylko, że muszę odpocząć. Pensjonat znalazłam przypadkiem – prowadzony przez starszą góralkę z chustką na głowie.
– Ciotka Marianna, zapraszam, dziecko – powiedziała, podając mi kubek herbaty z malinami.
Pokój był mały, pachniał drewnem i cynamonem. Za oknem majaczyły Tatry. Było cicho. I pierwszy raz od miesięcy poczułam, że oddycham. Jeszcze nie wiedziałam, że ta cisza przyniesie coś, czego wcale nie szukałam. Ani na co nie byłam gotowa.
To było nasze pierwsze spotkanie
Z walizką w jednej ręce i telefonem w drugiej próbowałam wspiąć się po oblodzonych schodach pensjonatu. Właśnie wtedy się poślizgnęłam. Poleciałam w tył i zdążyłam tylko krzyknąć, zanim ktoś chwycił mnie za kurtkę i przytrzymał w ostatniej chwili.
– Proszę uważać. Schody są jak szklanka – usłyszałam ciepły, lekko zadziorny głos.
Odwróciłam się i spojrzałam w oczy mężczyzny, który mnie złapał. Wysoki, z kilkudniowym zarostem i śniegiem we włosach. Miał na sobie flanelową koszulę i rękawice robocze.
– Bartek jestem. Pomogę ci z tym – wskazał na moją walizkę. – Pewnie do ciotki Marianny?
– Tak... skąd wiesz?
– Bo tylko ona mówi na gości „dziecok” – zaśmiał się i pociągnął walizkę z łatwością, jakby nic nie ważyła. – Chodź, zapraszam. Dziś wieczorem robimy ognisko na podwórzu. Wpadniesz?
Nie zdążyłam odpowiedzieć. Zniknął tak szybko, jak się pojawił. Wieczorem, zziębnięta, ale ciekawa, zeszłam na podwórko. Przy ognisku stało kilkoro gości, ktoś grał na gitarze, ktoś częstował grzańcem. A Bartek? Siedział z boku, śmiał się głośno z jakiegoś żartu, ale gdy mnie zobaczył, od razu podniósł się i podszedł.
– No proszę, Warszawa dotarła. Grzaniec?
Podał mi kubek i stanął obok.
– I co cię tu przywiało? – zapytał, patrząc prosto w oczy. – Bo to nie jest zwykły wyjazd na narty, prawda?
Spuściłam wzrok.
– Musiałam od czegoś odpocząć.
– No to dobrze trafiłaś – powiedział cicho. – Tutaj serce szybciej bije. I lżej się oddycha.
Nie odpowiedziałam. Ale wiedziałam, że zapamiętam te słowa.
On mnie rozumiał
– Chodź ze mną w góry – powiedział Bartek następnego dnia rano, jakby to była najprostsza propozycja świata.
Zamrugałam zaskoczona. Staliśmy przed pensjonatem, a on miał już plecak i termos w dłoni.
– Nie wiem... nie jestem jakoś super przygotowana.
– To nie wyprawa na Everest. Spokojny szlak, więcej gadania niż wspinaczki. Dam ci kijki. No, chyba że boisz się zostać sam na sam z góralem?
Uśmiechnęłam się i poszłam. Szliśmy długo, ale bez pośpiechu. Bartek co chwilę zatrzymywał się, żeby pokazać coś w krajobrazie – stado kozic, ślady lisa, zamarznięty potok. A potem rozmowa jakoś sama się zaczęła. O tym, jak rzucił studia, żeby pomóc rodzinie prowadzić pensjonat. O tym, że lubi ciszę, ale czasem też tęskni za ruchem miasta. O samotności i bliskości.
– Mam narzeczonego – powiedziałam nagle, jakby to miało coś wyjaśnić.
Bartek tylko skinął głową.
– Wiem. Ale czy to cię przed czymś chroni?
Milczałam, bo nie wiedziałam, jak odpowiedzieć. Wieczorem siedzieliśmy w kuchni pensjonatu, przy herbacie z imbirem. Było cicho. Cieplej niż w pokoju. Patrzył na mnie uważnie, ale z dystansem. Jakby mówił: „Jestem. Ale nic nie musisz”. Później zadzwoniłam do Anki.
– To tylko znajomość, nic takiego – próbowałam brzmieć lekko.
– Aha. I dlatego dzwonisz z takim rozszczebiotanym głosem?
Zamilkłam.
– A nie mówiłam, że Michał cię nie docenia? – mruknęła.
Nie odpowiedziałam. Ale w głowie miałam jedno: Bartek mnie rozumie. Tak po prostu.
Byliśmy coraz bliżej
Nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, a w głowie ciągle ta scena z kuchni – ciepło herbaty, jego spojrzenie, to krótkie „jestem”, które nie padło, ale które czułam w powietrzu. W końcu wstałam. Narzuciłam polar, poszłam do salonu i wyszłam na balkon. Śnieg skrzypiał pod stopami, a powietrze było lodowate, rześkie. Patrzyłam w gwiazdy, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz czułam się tak... pobudzona.
– Nie śpisz?
Odwróciłam się gwałtownie. Bartek. W cienkiej bluzie, z rękami w kieszeniach. Stał na drugim końcu balkonu, jakby wyrósł z mroku.
– Co tu robisz?
– To ja powinienem zapytać. Ale... chyba nie chcę wiedzieć. – Uśmiechnął się smutno.
Zrobił krok w moją stronę. Nie za blisko. W sam raz.
– Nie chcę ci niczego psuć, Justyna. Nie jestem typem, co wchodzi w środek cudzego życia. Ale... nie udawaj, że nic nie czujesz.
Nie powiedziałam nic. Tylko patrzyłam mu w oczy.
– Jestem z kimś – wyszeptałam.
– A jesteś szczęśliwa?
To pytanie przebiło mnie jak szpilka, bo nie znałam na nie odpowiedzi. A może znałam, ale się jej bałam. Zrobiłam krok w jego stronę. Jeden, potem drugi. Poczułam, jak drży mi ręka, kiedy dotknęłam jego ramienia. A potem – pocałowałam go. Nieśmiało, krótko. Ale wystarczyło, żeby cały świat zawirował. Cofnęłam się, jakby mnie oparzyło, i uciekłam do pokoju. Serce waliło mi jak młot. Co ja zrobiłam?
Za oknem śnieg zaczął padać coraz gęściej. Jakby chciał przykryć to, co właśnie się wydarzyło.
Przy nim czułam się sobą
Telefon zadzwonił rano. Michał. Przez ułamek sekundy miałam nadzieję, że dzwoni, bo tęskni. Że zapyta, jak się czuję, co robię. Że wreszcie powie coś prawdziwego.
– Hej – odezwałam się cicho.
– Cześć. Kiedy wracasz?
Żadnego „jak się masz”, żadnego „brakuje mi cię”.
– Jeszcze nie wiem. Może za kilka dni.
– A pamiętasz, że w niedzielę mamy obiad u moich rodziców?
– Naprawdę po to dzwonisz?
– No... tak. Mama już dopytuje.
Patrzyłam w ścianę. Tak, jakbym właśnie rozmawiała z kolegą z pracy, nie z partnerem. W tle słyszałam kliknięcia klawiatury. Pewnie znowu pisał maile, nawet mnie dobrze nie słuchając.
– Wiesz co, Michał... pogadamy później.
– Okej. Tylko daj znać.
Rozłączyłam się. Serce waliło mi w piersi, ale nie z emocji. Z powodu jego chłodu. Tej emocjonalnej pustki, w której od miesięcy żyłam. Zeszłam do kuchni. Bartek stał przy kuchence, w dresach, rozczochrany, z herbatą w ręku. Uśmiechnął się, ale nie podszedł. Jakby chciał dać mi przestrzeń.
– Jajka na miękko? – zapytał.
Skinęłam głową. Usiedliśmy w ciszy. Parował kubek, pachniał chleb. Nagle powiedziałam:
– Nie wiem, co dalej.
Bartek spojrzał na mnie spokojnie. Bez presji, bez oczekiwań.
– Nie musisz nic mówić. Po prostu bądź.
Tego dnia nie całował mnie. Nie dotknął. Ale czułam, że jestem. Że naprawdę jestem.
Nie chciałam już tak żyć
Do Warszawy wracałam z ciężką głową. Na dworcu było tłoczno, głośno, obco. Walizka ciążyła, choć przecież była prawie pusta. W domu pachniało kurzem i chłodem. Michał czekał. Siedział przy stole, w tej samej bluzie, co zawsze, z laptopem na kolanach.
– Cześć – rzucił beznamiętnie, nawet nie podnosząc wzroku.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam.
Zamknął laptopa. Odsunął się, jakby spodziewał się jakiegoś ataku. Może czekał na niego od miesięcy.
– Nie chcę już tak żyć – zaczęłam. – Ja się duszę. Od dawna. A ty... ty nawet nie próbujesz mnie wysłuchać.
– Justyna, co ty znowu...
– Właśnie, znowu. Dla ciebie wszystko, co czuję, jest „znowu”. Przesadą albo histerią. A ja już nie chcę być kobietą, która prosi o uwagę. Która musi się przypominać, że istnieje.
Zamilkł. Patrzył gdzieś poza mnie.
– Więc to koniec?
– Tak.
Wzruszył ramionami. Bez krzyku, bez łez. Jakbyśmy omawiali zmianę planów na weekend.
– Zostaniesz tu jeszcze?
– Nie. Już spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy.
Wyszłam, zatrzaskując drzwi. Wieczorem, w nowym pokoju u Anki, napisałam do Bartka. Krótkie: „Jestem już w Warszawie”. Cisza. Mijały godziny, bez odpowiedzi. I wtedy przyszedł strach. A może Bartek to tylko chwila? Iluzja wolności? Moja fantazja, a nie człowiek? Może też zniknie? Patrzyłam w telefon do późna. I nic.
Justyna, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po 20 latach małżeństwa nie oczekiwałam niespodzianki na walentynki. Mąż tak mnie zaskoczył, że wciąż płaczę po nocach”
- „Uważałam, że synowa nie pasuje do naszej rodziny. Dopiero zdrada mojego syna otworzyła mi oczy na prawdę”
- „Mama mówi, że woli być biedna, niż korzystać z mojej kasy. A potem pożycza pieniądze od sąsiadki”

