„Pojechałam na ferie zimowe do babci na wieś. W stodole znalazłam coś, co zmieniło moje życie na zawsze”
„Zobaczyłam metalową skrzynkę z zakrzywionym wiekiem. Zardzewiałą, ciężką. W środku – papiery. Notatki, jakieś rachunki… I jedna koperta, gruba, pożółkła, zaklejona, z wypisanym na niej słowem: testament”.

Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęłam się czuć tak, jakby moje życie nie należało do mnie. Może wtedy, gdy odebrałam dyplom ukończenia studiów i nie poczułam nic. Zero dumy, zero radości – tylko ulga, że to już koniec. Moi znajomi planowali kolejne etapy: studia podyplomowe, wyjazdy, kariery. A ja... patrzyłam na nich, jakby dzieliła nas szyba.
Przez ostatnie miesiące nie mogłam spać, nie miałam apetytu, każdy dzień był jak przedłużony poniedziałek. A relacja z matką? Jak zawsze – chłodna, rzeczowa, duszna od pasywnej agresji. „Znowu siedzisz w domu? Może babcia cię w końcu czegoś nauczy” – rzuciła przez telefon. Wysłuchałam tego w milczeniu, z zaciśniętą szczęką. A potem, niemal bez zastanowienia, kupiłam bilet. Pojechałam na wieś. Do babci Teresy, której nie widziałam od pogrzebu dziadka. Zamiast wygodnego życia w mieście – cisza, mróz, skrzypiący śnieg i stary dom, który pachniał kurzem, dymem i czymś jeszcze – czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Wiedziałam jedno: to miały być dwa tygodnie ucieczki. Nie sądziłam, że wrócę stamtąd z czymś, co rozsadzi naszą rodzinę od środka.
Odkryłam coś w stodole
Babcia Teresa nie była typem wylewnej gospodyni. Rano stawiała na stole owsiankę i herbatę, po czym znikała – w piwnicy, w drewutni, w swoim pokoju. Słowa rzucała oszczędnie, jakby każde miało swoją cenę. Mnie zostawiała w ciszy. I może dobrze. Bo właśnie z tej ciszy narodziła się nuda, a z nudy – ciekawość.
Trzeciego dnia poszłam na spacer po gospodarstwie. Śnieg skrzypiał pod butami, niebo było ciężkie, jakby lada moment miało spaść na głowę. Zatrzymałam się przed starą stodołą – jej drzwi zawsze były zamknięte na rdzewiejący skobel. Ale dziś… ku mojemu zaskoczeniu – otwarte.
W środku uderzył mnie chłód i zapach stęchlizny. Pod belkami wisiały pajęczyny, w kątach piętrzyły się skrzynie i narzędzia pamiętające czasy PRL-u. Zaczęłam grzebać. Kiedy odsunęłam stos szmatek, zobaczyłam metalową skrzynkę z zakrzywionym wiekiem. Zardzewiałą, ciężką. W środku – papiery. Notatki, jakieś rachunki… I jedna koperta, gruba, pożółkła, zaklejona, z wypisanym na niej słowem: testament.
Zamarłam. W dłoniach czułam ciężar większy niż papier. Serce waliło mi jak szalone. Rozerwałam kopertę. Kilka kartek, podpisy, pieczątki. I jedno zdanie, które przewróciło mój świat: „Całe moje oszczędności i działkę przekazuję mojej wnuczce, Julii…”
– Co to, do cholery, jest…? – wyszeptałam.
Trzymałam ten dokument jak coś, co zaraz wybuchnie. Głowę miałam pełną myśli, a najgłośniejsza z nich brzmiała: dlaczego ja?
Babcia była zaskoczona
Trzymałam kopertę w kieszeni przez cały dzień. Sprawdzałam, czy nadal tam jest, czy wszystko mi się nie przyśniło. Wieczorem, gdy babcia zasiadła przy kuchennym stole z książką i filiżanką kawy, usiadłam naprzeciwko niej. Długo milczałam, obracając w dłoniach zagięty róg dokumentu. W końcu położyłam go na stole.
– Co to jest? – zapytałam.
Babcia nawet nie spojrzała. Uniosła filiżankę, upiła łyk, a potem... zamarła. Palce drżały jej lekko. Odsunęła okulary na czoło i przesunęła dłońmi po kartkach. Gdy przeczytała nazwisko dziadka i jego podpis, po prostu pobladła.
– Skąd to masz? – zapytała cicho.
– Znalazłam w stodole. W skrzynce pod starymi kocami.
Babcia długo nic nie mówiła. Gapiła się w dokument jak w duchy. W końcu westchnęła i powiedziała bez emocji:
– Myślałam, że to przepadło.
– Przepadło? Przecież to… to jest testament! On wszystko zostawił mnie. Nie Magdzie. Nie Andrzejowi. Mnie.
– Wiem – powiedziała. – Tadeusz… on… tak zdecydował. Po tej kłótni. Powiedział, że tylko ty się liczyłaś.
– Jakiej kłótni?
– Oni chcieli sprzedać ziemię. Zmusić go. Był wtedy chory, słaby. Widział, że nikt się nim nie interesuje. Tylko ty… tylko ty przyjeżdżałaś.
W jej głosie pojawiła się nuta wyrzutu. Albo ulgi.
– Ale dlaczego nikt mi nie powiedział?
– Bo testament… zaginął. Zaraz po pogrzebie.
– Zaginął? Kto go schował?
Babcia nie odpowiedziała. Tylko zamknęła oczy, jakby miała coś do przełknięcia. I wtedy pierwszy raz zobaczyłam, że naprawdę się boi.
Chcieli to ukryć
W nocy obudził mnie szmer. Początkowo myślałam, że to tylko wiatr. Ale coś w tym dźwięku było nienaturalnego – nerwowe stąpanie po panelach, trzask drzwi. Cicho wstałam z łóżka. Światło w kuchni było zapalone. Przez szparę w drzwiach zobaczyłam babcię przy telefonie stacjonarnym. Stała tyłem, w szlafroku, splatając nerwowo dłonie.
– Julia coś znalazła – powiedziała. – Ten testament… Myślałam, że Andrzej go spalił. A on cały czas był tutaj...
Zamarłam. Co?
– Magda, ja naprawdę nie wiedziałam, że jeszcze istnieje. Przysięgam. Schowałam tę skrzynkę, żeby nikt się nie dobierał do papierów Tadka… Ale myślałam, że testamentu tam nie ma. Naprawdę.
Długa pauza. Potem babcia mówiła cicho, jakby ktoś mógł nas podsłuchać.
– Co mam zrobić?
Odpowiedź była tylko szeptem, ale wyłapałam kilka słów: „…lepiej, żeby nic nie wiedziała… to wywoła piekło, mamo”.
Wtedy pchnęłam drzwi.
– Naprawdę chcieliście to przede mną ukryć?
Babcia odwróciła się wolno. Jej twarz była jak z kamienia. Telefon zawisł w powietrzu, a po chwili opadł na widełki.
– Nie powinnaś tego słyszeć.
– Ale słyszałam. Wszystko. Myślałaś, że nie znajdę? Że wyjadę i zapomnę?
Babcia usiadła ciężko przy stole. Przez moment wyglądała, jakby postarzała się o dziesięć lat w jedną noc.
– Nikt nie chciał ci zrobić krzywdy… Po prostu... myśleliśmy, że to już nie ma znaczenia.
Zacisnęłam pięści. Już wiedziałam, że nic w tej rodzinie nie jest takie, jak mi się wydawało.
Prawda wyszła na jaw
Rano zastałam babcię w kuchni. Siedziała przy stole w płaszczu, jakby zaraz miała wyjść. Na stole parowała kawa, obok leżał zmięty testament. Nie spojrzała na mnie. Wpatrywała się w okno.
– Tadeusz nigdy im nie wybaczył – powiedziała cicho. – Andrzej i Magda traktowali go jak przeszkodę. Chcieli spieniężyć ziemię. Ciągle mówili: „Po co ci tyle? Sprzedajmy, podzielimy się, zainwestujemy. A on tylko milczał. I coraz rzadziej wychodził z domu.
Usiadłam naprzeciwko niej. Milczałam.
– Ale ty… Ty przyjeżdżałaś. Bezinteresownie. Siedziałaś z nim, słuchałaś, robiłaś herbatę. Był stary, schorowany, ale kiedy widział cię w drzwiach, nagle prostował plecy.
– Dlatego to zrobił?
– Tak. W dzień, kiedy wyszedł ze szpitala, powiedział mi, że idzie do notariusza. Wrócił z tym testamentem. Trzymał go jak skarb. Powiedział: „Tereska, jeśli umrę, daj jej to. Tylko jej.” A ja… nie dałam.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
– Dlaczego?
– Bo się bałam. Magda byłaby gotowa się na mnie rzucić. Andrzej? On tylko czekał. Przysięgam ci, Julia, że ja go nie schowałam. Ktoś musiał go wyjąć i… ukryć. Myślałam, że go zniszczyli. A on... był tam cały czas.
Patrzyłam na dokument jak na coś obcego. Przekleństwo w kopercie.
– I co teraz?
– To twoje dziedzictwo – powiedziała babcia. – Ale decyzja… decyzja należy do ciebie.
Tego wieczoru nie zmrużyłam oka. W głowie huczały pytania, na które nie chciałam znać odpowiedzi. Co mam z tym zrobić? Komu to powiedzieć? A może… nikomu?
To mój majątek
Zadzwoniłam do matki. Odebrała od razu.
– Cześć, co się stało?
– Znalazłam testament dziadka. Ten prawdziwy. Z pieczątką i podpisem.
Zapadła cisza. A potem usłyszałam tylko jedno słowo, wypowiedziane z taką chłodną precyzją, jakby ćwiczyła je przed lustrem:
– Gdzie?
– W stodole. Był w skrzyni. Dziadek wszystko zapisał mnie.
– Julia… – Matka westchnęła. – Posłuchaj mnie uważnie. Jeśli ci zależy na spokoju, zostaw to. Nie wyciągaj tego na światło dzienne. To był stary człowiek. Pewnie nie wiedział, co podpisuje.
– Wiedział dokładnie. Sam go sporządził u notariusza.
– A skąd wiesz? Bo tak powiedziała Teresa? Ona nie jest święta. Przestań się bawić w bohaterkę. Nie rozumiesz, o co chodzi.
– Rozumiem aż za dobrze.
Nie będę się dzielić
Następnego dnia na podwórku zjawił się wujek Andrzej. Wysiadł z czarnego samochodu, trzaskając drzwiami. Wszedł bez pukania.
– No to pokaż, co tam niby masz – warknął.
Położyłam dokument na stole. Przebiegł wzrokiem po pierwszych zdaniach i od razu się wściekł.
– To bzdura. Sfałszowane. Papier można znaleźć wszędzie.
– Jest podpis. Jest pieczęć. Są świadkowie.
– Nie podważysz naszego dziedziczenia, dziewczynko. Zatrudnię prawnika. Dziesięciu, jeśli trzeba. Nic nie dostaniesz.
Babcia Teresa wbiegła do kuchni, jakby przeczuwała, co się dzieje.
– Andrzej, zostaw ją. To prawdziwy testament. I dobrze o tym wiesz.
On spojrzał na nią z pogardą.
– Ty zawsze byłaś tchórzem. A teraz sprzedałaś rodzinę za sentymenty starca.
Spojrzałam na wszystkich po kolei.
– To nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, że kłamaliście. Przez lata. I ktoś musi to wreszcie powiedzieć głośno. A majątek jest mój – powiedziałam hardo.
Już wiedziałam, że się nie ugnę i nie podzielę.
Julia, 23 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mróz był idealnym pretekstem, by się przytulić do szwagra. Potem już nie potrzebowaliśmy wymówek”
- „Brat zgarnął cały majątek po rodzicach. Dziś wynajmuje mi piwnicę za 2000 zł i mówi, że mam szczęście”
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”

