„Pojechałam na ferie w góry sama z dziećmi, bo mąż wolał oglądać mecze. Gospodarz pensjonatu chętnie się mną zaopiekował”
„Tego wieczoru dzieci poszły spać wcześniej – zmęczone zjazdami i rzucaniem się śnieżkami. Witek jak zwykle zaszył się w pokoju z laptopem i słuchawkami. Za to Janek siedział przy kominku. Płomień migotał, a on trzymał książkę. Przysiadłam się”.

Wiedziałam, że coś się we mnie wypaliło. Czułam to, zanim jeszcze zapakowaliśmy walizki do bagażnika. Ten wyjazd miał nas uratować – przynajmniej tak to sobie wmawiałam. Prawda była taka, że marzyłam, by choć przez chwilę poczuć się znowu jak żona, a nie jak znikająca w tle funkcja.
– Witek, może gdzieś wyjedziemy na ferie? – zaproponowałam, gdy dzieci jadły kolację, a on – jak zawsze – przewijał coś w telefonie.
– Zobaczymy – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.
Kilka dni później rzucił na stół wydrukowaną rezerwację. Pensjonat w górach. Lekcje jazdy na nartach dla dzieci. A dla mnie? Chyba tylko cisza.
W pierwszych dniach wyjazdu wszystko wyglądało tak samo, jak w domu. Tomek i Pola biegali w kombinezonach po śniegu, a Witek siedział w holu z laptopem. Znikał w wideokonferencjach, na które „nie miał wpływu”, w mailach, które „nie mogły czekać”.
– Może byśmy dziś gdzieś poszli razem? – zapytałam go wieczorem, gdy dzieci już spały.
– Jestem wykończony, Klara. Nie mam teraz siły.
Usiadłam na brzegu łóżka i spojrzałam w ciemność za oknem. Gdzieś w oddali sypał śnieg. Cicho, uparcie, bez końca. Tak jak we mnie – cicho i uparcie sypało od miesięcy. Tęsknota. Zmęczenie. Samotność wśród ludzi.
Wydawał się nie z tego świata
Zobaczyłam go po raz pierwszy w jadalni. Stał oparty o framugę drzwi, z kubkiem parującej kawy, jakby czas go nie dotyczył. Inni goście hałasowali, dzieci piszczały, kelnerka krążyła z tacą – a on po prostu patrzył przez okno na śnieg, jakby był jedynym człowiekiem na świecie.
Zajął miejsce dwa stoliki dalej. Sam. Nie miał ze sobą ani telefonu, ani gazety, co w dzisiejszych czasach wydawało się niemal podejrzane.
– Może pani potrzebuje jeszcze mleka? – zapytał, wskazując na pusty dzbanek.
– Dziękuję – uśmiechnęłam się, zaskoczona.
– Piękne są te poranki w górach – dodał cicho, jakby mówił bardziej do siebie. – Zwłaszcza jak się nie ma po co spieszyć.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Byłam już tak przyzwyczajona do rozmów złożonych z westchnień, urwanych zdań i monosylab, że ten spokój mnie zbił z tropu.
Następnego dnia znów usiadł niedaleko. Tym razem zaprosił mnie gestem do swojego stolika. Witek oczywiście został w pokoju, bo „musiał odpowiedzieć na maile”.
– Janek – przedstawił się. – Mieszkam tu. To znaczy, to mój pensjonat.
Zaskoczyło mnie to. Gospodarz? Bez zgiełku, bez nadęcia? Rozmawialiśmy o śniegu, o książkach, o tym, jak ludzie próbują uciec od siebie samych. Jego głos był spokojny, niski, jak ciepły koc. Opowiedział mi o swojej żonie – że zmarła pięć lat temu. O ciszy, która po niej została. O tej samej, którą znałam aż za dobrze.
Śniadanie się kończyło. Złapałam się na tym, że nie chcę wstawać od tego stołu. „Dlaczego ten obcy człowiek potrafi mnie usłyszeć bardziej niż własny mąż?” – pomyślałam, patrząc na jego dłonie obejmujące porcelanowy kubek.
Widziałam ten kontrast
Zaczęliśmy chodzić razem na spacery. Jan znał każdy zakamarek okolicznych lasów – miejsca, których nie było na mapie, gdzie śnieg skrzypiał pod nogami jak w bajce, a cisza miała w sobie coś przytulnego. Taką ciszę chciałam w sobie mieć.
– Kiedyś tu przychodziłem z nią – powiedział, zatrzymując się na małej polanie. – Lubiliśmy milczeć razem. Dziwne, prawda?
– Wcale nie – odpowiedziałam cicho. – To największa bliskość. Móc z kimś milczeć bez lęku.
Szliśmy dalej. Nie pytał o mojego męża, ale ja sama zaczęłam mówić. O tym, że jesteśmy razem od piętnastu lat. Że był moją pierwszą poważną miłością, i że... ja już chyba jego nie jestem.
– Myślę, że on mnie nie widzi. Dla niego stałam się... jak tapeta na ścianie – powiedziałam gorzko. – Obecna, ale niezauważalna.
– Wiem, jak to jest – odparł. – Przez rok po śmierci Ani przychodzili do mnie ludzie, którzy też mnie nie widzieli. Widzieli mój żal, mój status, moje wdowieństwo. Tylko nie mnie.
Tego popołudnia, gdy wróciłam do pokoju, Witek leżał na łóżku z laptopem na kolanach.
– Może jutro rano pójdziemy razem na spacer? – zapytałam, stając przy oknie.
– Rano mam wideokonferencję z Norwegami. Może później.
– A kiedy później?
– Zobaczymy.
Wróciłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Obca kobieta patrzyła na mnie z drugiej strony. „Nie chodzi tylko o spacer – pomyślałam. – Chodzi o bycie. Razem. Naprawdę razem”.
On też to czuł
Tego wieczoru dzieci poszły spać wcześniej – zmęczone zjazdami i rzucaniem się śnieżkami. Witek jak zwykle zaszył się w pokoju z laptopem i słuchawkami. Niby obecny, a jakby w innym świecie. Przeszłam obok niego i nawet nie podniósł wzroku.
Janek siedział przy kominku sam. Płomień migotał, a on trzymał w dłoniach książkę, której chyba nawet nie czytał. Patrzył w ogień.
– Mogę się przysiąść? – zapytałam.
– Zawsze – odpowiedział i uśmiechnął się łagodnie.
Nie rozmawialiśmy od razu. Tylko siedzieliśmy. Patrzyłam w ogień, a on raz po raz zerkał na mnie, jakby się upewniał, że nie zniknę.
– Boisz się? – zapytał po dłuższej chwili.
– Czego?
– Tego, co się między nami dzieje.
Zacisnęłam dłonie na kubku z herbatą.
– Bardziej boję się tego, że to się zaraz skończy. Albo że... nic z tego nie będzie. Że wrócę i wszystko znów będzie szare.
Pokiwał głową, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Nie wiem, czy to dobrze, ale nie umiem przestać na ciebie patrzeć.
Później wszystko działo się powoli. Jego dłoń dotknęła mojej. Potem policzka. Nie było w tym pożądania, raczej czułość, cicha desperacja, głód obecności. Kiedy znalazłam się w jego pokoju, poczułam się... lekka. Jakbym znów była sobą sprzed lat, kobietą, której ktoś pragnie – nie dla ciała, ale dla niej samej.
Po wszystkim leżeliśmy spleceni w ciszy. Jego oddech był spokojny, ciepły.
– To nie miało się zdarzyć – szepnęłam.
– A jednak się zdarzyło – odpowiedział. – I nie żałuję.
Wstałam po cichu, zanim dzieci się obudziły. W kuchni zrobiłam kakao i udawałam normalność. „Wrócę do domu i wszystko będzie jak dawniej” – myślałam. – „Tylko ja już nie”.
Podjęłam ostatnią próbę
W drodze powrotnej dzieci opowiadały o stokach, o tym, jak Tomek się wywrócił i Pola śmiała się przez pięć minut. Witold prowadził w milczeniu, raz po raz zerkając w lusterko wsteczne, jakby sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu. A ja siedziałam z boku, głową oparta o szybę, patrząc w krajobraz znikający za nami.
Śnieg zniknął, zastąpiły go szare pobocza i błoto. Gdzieś w środku mnie też coś topniało. W domu wszystko wróciło do normy szybciej, niż przypuszczałam. Tornistry rozrzucone w przedpokoju, brudne kubki po kakao, zmywarka, która znów czekała na mnie. Mąż wyjął laptopa jeszcze tego samego wieczora.
– Mam kilka zaległych spraw do ogarnięcia – powiedział, nie patrząc na mnie.
Usiadłam przy stole bez siły. Wpatrywałam się w swoje dłonie. Nic się nie zmieniło. Poza mną.
Kilka dni później, kiedy dzieci były u mojej siostry, podjęłam próbę rozmowy. Uznałam, że może to ta ostatnia.
– Witek, słuchaj... Coś się zmieniło. Ja chyba się zmieniłam – zaczęłam.
Podniósł wzrok znad telefonu.
– W jakim sensie?
– Nie wiem... Może po prostu... już nie jestem tą samą osobą. Chcę czegoś więcej. Coś się musi zmienić.
Milczał przez dłuższą chwilę, potem wzruszył ramionami.
– Może to tylko stres. Po feriach zwykle jesteś bardziej emocjonalna.
To była jego odpowiedź. Poczułam, jak coś we mnie zgasło. Tak po prostu.
W nocy nie mogłam spać. Wstałam, okryłam dzieci kołdrami, przeszłam się boso po kuchni. Wzięłam kubek, usiadłam przy stole. „Moje ciało jest tu” – pomyślałam. – „Ale serce zostało tam, w górach. W tym śniegu. W jego dłoniach”.
Został mi tylko żal
Minęło kilka tygodni. Zwyczajne dni, które zlewały się w jedną szarą masę: praca, dom, zakupy, dzieci, sprawdziany, kolacje. Codzienność znów mnie wciągnęła – ale jakby z zewnątrz. Wykonywałam wszystkie ruchy, mówiłam odpowiednie słowa, uśmiechałam się tam, gdzie wypadało. A w środku mnie była cisza, jakby ktoś wyłączył dźwięk.
Wiedziałam, że Janek nie napisze. To było coś, co miało zostać tam, na tle śniegu i drewna trzaskającego w kominku. Mimo wszystko czekałam. Aż pewnego dnia przyszła wiadomość. Krótka, prosta. Jak on. „Klara. Dziękuję ci za ten tydzień. Nie powinienem był się zbliżać, ale nie żałuję. Wiem, że masz swoją drogę. Ja też mam swoją. Bądź spokojna – Jan”. Patrzyłam na ekran telefonu tak długo, aż zgasł. Nie odpowiedziałam. Nie zapisałam numeru.
Wieczorem zadzwoniła Marta – koleżanka z pracy.
– I jak ferie? Musisz mi wszystko opowiedzieć – paplała wesoło. – A Witek się choć trochę ogarnął?
– Było... spokojnie – powiedziałam, siląc się na neutralność. – Dzieci zadowolone. Ja też odpoczęłam.
– No to świetnie. O to chodzi, nie? Żeby naładować baterie.
Po rozmowie długo siedziałam na kanapie w ciszy. W tle cicho buczała lodówka, zegar tykał w kuchni. „Może już zawsze będę tęsknić za czymś, czego nie powinnam była mieć” – pomyślałam. Może nigdy już nie będę do końca ani tu, ani tam. Nigdzie.
To był tylko sen
Zaczęłam wychodzić z domu wcześniej. Po prostu – spacerowałam przed pracą. Dzieci szły same do szkoły, Witek jeszcze spał albo przewijał coś w telefonie. Miasto budziło się powoli. Mijałam kioskarza, który zawsze mówił „dzień dobry”, kobietę z psem, starszego pana z gazetą pod pachą. Byłam tylko kolejnym człowiekiem na chodniku. To mi wystarczało.
Przestałam czekać, że coś się wydarzy. Przestałam też winić męża. On był taki od dawna. To ja się na chwilę zbudziłam. Pozwoliłam sobie poczuć, jak to jest być ważna, obecna, potrzebna. A teraz wróciłam. Tylko że nie byłam już taka sama. Nie zadawałam już pytań. Nie oczekiwałam czułości. Nie planowałam niczego zmieniać. To wszystko, co mogłoby być inne, wydawało się tak odległe, że aż nierzeczywiste.
Spacerując po parku, zatrzymałam się przy tej samej ławce co zawsze. Usiadłam. „Tamten tydzień był jak przebudzenie” – pomyślałam. – „Ale chyba obudziłam się w jeszcze większym śnie”. Nie wiem, czy chcę się z niego wyrywać.
Może życie to nie wielkie decyzje, tylko ciche zgody na to, że nie będzie inaczej. Czasem kochamy za krótko, albo nie wtedy, co trzeba. Albo nie tych ludzi, co trzeba. Zostałam tu, ale coś ze mnie nadal jest tam, wśród śniegu, w jego dłoniach. Zawsze będę o tym pamiętać.
Klara, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam dość zimowej nudy, więc pojechałam w góry. W Zakopanem znalazłam nie tylko śnieg, ale i dawną miłość”
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”
- „Dzieci chciały ferii z babcią, więc zabraliśmy ją w Tatry. Paragon grozy nie był tak straszny jak tydzień z teściową”

