„Pojechałam na ferie po ciszę i spokój, a zakochałam się w góralskim Romeo. Grał na akordeonie i na moich uczuciach”
„Wysoki, barczysty, w czarnej koszuli i kapeluszu z muszelkami. Siedział z boku i grał na akordeonie. Nie śpiewał, nie patrzył na ludzi. Był... skupiony. Każdy dźwięk, który wydobywał z instrumentu, brzmiał jak coś, co znałam od lat. I chociaż nie zamieniliśmy ani słowa, miałam wrażenie, że gra tylko dla mnie”.

- Redakcja
Nazywam się Anka, mam 32 lata i od dekady mieszkam w Warszawie. Na co dzień pracuję jako copywriterka, ale od dłuższego czasu robię to na autopilocie. Nie mam w sobie ani krzty twórczości, wszystko, co piszę, brzmi jak kalki z przeszłości. Praca mnie dusi, miasto przytłacza, a po siedmioletnim związku z Piotrem zostały mi tylko zdjęcia, które w końcu wyrzuciłam. Zostawił mnie dla młodszej trenerki personalnej. I nie, już do tego nie wracam.
Pewnego wieczoru, przewijając bez celu ogłoszenia, natknęłam się na ofertę: „Domek w Bieszczadach – idealny na ferie, bez zasięgu, bez ludzi”. I to wystarczyło. Wynajęłam go na dwa tygodnie. Bez planu, bez towarzystwa, z zamiarem wyciszenia się i może… odzyskania siebie.
– Ferie w Bieszczadach? Sama? – dopytywała Magda, moja przyjaciółka. – Ty, która boisz się ciszy?
– Właśnie dlatego – odpowiedziałam i rozłączyłam się.
Zabrałam książki, notes, dwa grube swetry i wygodne buty. Przysięgłam sobie, że nie będę szukać przygód. Żadnych ludzi, żadnych emocji. Tylko ja i góry. Nie wiedziałam jeszcze, że tam, w tej ciszy, ktoś zagra melodię, której długo nie będę mogła wyrzucić z głowy.
Od razu mnie zaintrygował
Domek okazał się dokładnie taki, jak w ogłoszeniu: stary, drewniany, z kominkiem i skrzypiącą podłogą. Z tyłu – łąka, a dalej już tylko las i cisza. Tylko ja i czas, którego nikt nie odmierzał. Drugiego dnia po przyjeździe zapukała do mnie starsza kobieta – właścicielka domku. Z kwiatem w ręku i ciepłym uśmiechem.
– Pani Ania, tak? Ja jestem Teresa. Robię ognisko dziś wieczorem. Takie nasze, sąsiedzkie. Z muzyką, śpiewem, kiełbaską. Niech pani wpadnie, nie siedzi sama.
– Dziękuję, ale ja… przyjechałam tu odpocząć – próbowałam się wymigać.
– No to odpocznie pani przy ogniu. Dobrze robi na serce – puściła mi oko i ruszyła w stronę domu.
Nie miałam siły się opierać. Wzięłam sweter i poszłam. Ognisko rozpalono nieopodal – między domami, z widokiem na dolinę. Zebrało się kilkanaście osób – mieszkańcy, turyści. Młodzi, starsi, ktoś śpiewał przy gitarze, ktoś częstował grzańcem. Początkowo czułam się wyobcowana, ale ciepło ognia i górska gościnność topiły dystans. I wtedy go zobaczyłam.
Wysoki, barczysty, w czarnej koszuli i kapeluszu z muszelkami. Siedział z boku i grał na akordeonie. Nie śpiewał, nie patrzył na ludzi. Był... skupiony. Każdy dźwięk, który wydobywał z instrumentu, brzmiał jak coś, co znałam od lat. I chociaż nie zamieniliśmy ani słowa, miałam wrażenie, że gra tylko dla mnie.
– To Jędrek – szepnęła Teresa, która nagle pojawiła się obok mnie. – Serce gór. Kobiety za nim szaleją, ale on... swoje wie.
Zachichotała, ale ja nie odpowiedziałam. Po prostu patrzyłam i słuchałam. „Miałaś odpoczywać, nie fantazjować o góralskim Romeo” – upomniałam się w myślach. Ale było już za późno.
Dobrze się nam rozmawiało
Był ranek, trzeci dzień mojego „odcięcia od świata”. Z kubkiem kawy w ręku siedziałam na schodach przed domkiem, wpatrzona w śnieg. Próbowałam pisać, ale bezskutecznie. W głowie miałam tylko jego muzykę. Ten dźwięk ciągnął się za mną od ogniska jak cień – jakby coś we mnie został rozbudzone, a teraz nie chciało zasnąć.
Postanowiłam iść na spacer. Ścieżką przez las, potem wzdłuż potoku, który szemrał jakby coś szeptał do ucha. Szłam bez celu, aż w końcu w lesie dostrzegłam kogoś schylonego przy krzakach. Mężczyzna w czapce z daszkiem i flanelowej koszuli.
– Ostrożnie, gniazdo szerszeni – rzucił, nawet się nie odwracając.
– Ale chyba nie na ścieżce? – odparłam bez zastanowienia, a on spojrzał na mnie z rozbawieniem.
– Jeszcze nie wiem. Nie zdążyłem się rozejrzeć.
To był on. Jędrek.
– W góry idę – powiedział, jakby tłumaczył swoją obecność. – Pani też?
– Nie. Ja tylko... idę przed siebie.
– Też dobre. Czasem lepiej iść przed siebie niż wracać do tego, co było.
Zamilkliśmy. A potem, zupełnie niespodziewanie, zaczęliśmy rozmawiać. O niczym. O górach, o pogodzie, o tym, że w Warszawie nawet księżyc wydaje się mniejszy. A potem już o tym, że on tu mieszka od zawsze, gra na akordeonie, bo ojciec go nauczył. Słuchałam. I czułam, że moje myśli – wiecznie rozbieganie i zmęczone – po raz pierwszy od miesięcy milkną.
– Może się kiedyś jeszcze spotkamy na tej ścieżce – powiedział na odchodne.
– Może – odpowiedziałam.
Ale już wiedziałam, że będę tu chodzić codziennie. Dla szumu potoku, dla tej rozmowy, która zostawiła w powietrzu coś... ciepłego.
To mi złamało serce
Z każdym kolejnym dniem widywaliśmy się częściej – niby przypadkiem, ale oboje wiedzieliśmy, że to nie przypadki. Jędrek zabierał mnie na krótkie wędrówki, pokazywał miejsca, których nie ma w żadnym przewodniku: starą cerkiew porośniętą mchem, zapomniane cmentarzysko, polanę, z której nocą widać było wszystkie gwiazdy świata.
Wieczorami siadał przed moim domkiem z akordeonem. Nie mówił, tylko grał. A ja słuchałam i czułam, jak wszystko we mnie mięknie. Tęsknota, lęk, Piotr – odchodziły gdzieś w las. Był tylko on, ja, ogień i muzyka. A potem pewnego wieczoru… nie było już tylko muzyki.
– Zawsze myślałem, że samotność to coś, co się wybiera. A ty jesteś pierwsza, przy której chcę przestać ją wybierać – powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy.
A potem mnie pocałował. To był spokojny, czuły pocałunek – bez pośpiechu, bez udawania. Taki, który zostaje w pamięci na zawsze. W nocy nie mogłam zasnąć. Wpatrywałam się w sufit, czując pod skórą coś jak radość… i strach. Rano wstałam wcześniej niż zwykle i poszłam do wsi. Potrzebowałam spaceru, powietrza, oddechu. Ale to, co zobaczyłam, zabrało mi dech w inny sposób.
Przed sklepem stał Jędrek. Przytulał kobietę. Młodą, ładną, o długich ciemnych włosach. Obok nich – chłopczyk, może pięcioletni. Śmiali się. Jakby byli… razem. Jak rodzina. Zamarłam, nie podeszłam do niego. Wróciłam do domku na sztywnych nogach.
– Jesteś tylko głupią turystką. Kolejną, którą omamił muzyką i spojrzeniem – mówiłam do siebie, rzucając kubek do zlewu.
A potem przyszła Teresa. Popatrzyła na mnie uważnie i rzuciła niby mimochodem:
– A, widzę, że Jędrek znów z Maryśką chodzi po wsi. Matka jego dziecka, choć podobno nie są już razem. Ale kto ich tam wie...
Wszystko się we mnie zapadło.
W ogóle go nie znałam
Nie spałam tej nocy ani minuty. Przewracałam się z boku na bok, aż w końcu wstałam i przysiadłam na progu domku z kubkiem zimnej już herbaty. Mgła sunęła nad łąką jak duch, a ja miałam wrażenie, że coś we mnie się rozpadło. I nie chodziło tylko o to, że zobaczyłam Jędrka z kobietą. Chodziło o to, że zdążyłam uwierzyć. Pozwoliłam sobie znowu czuć.
Z samego rana ruszyłam w stronę jego domu. Nie miałam pojęcia, co mu powiem, ale wiedziałam, że muszę usłyszeć to z jego ust. Zastałam go na podwórku, akurat rozrzucał drewno na opał.
– Jędrek, możemy porozmawiać?
Podniósł głowę. Jego spojrzenie nie było winne. Raczej zaskoczone.
– O Maryśkę chodzi? – zapytał od razu, bez żadnych wstępów.
– A o co innego miałoby chodzić?
– To matka mojego syna. Nie jesteśmy razem od lat. Ale dziecko... to co innego.
– Widziałam was wczoraj. Wyglądaliście jak rodzina – wyrzuciłam z siebie. – I wiesz co? Może właśnie nią jesteście.
– To się skończyło dawno temu – powiedział spokojnie. – Ale ona zawsze będzie jego matką. A ja zawsze będę ojcem. Nie zamierzam się tego wypierać.
– Nie o to chodzi, Jędrek! Tylko... czemu nic nie powiedziałeś? Dlaczego zostawiłeś mi tylko swoją muzykę, a nie prawdę?
Milczał przez chwilę, a potem wzruszył ramionami.
– Może się bałem. Że jak powiem, to uciekniesz. A może myślałem, że tu, z tobą, na chwilę mogę być kimś innym.
– Więc grałeś nie tylko na akordeonie, ale i na emocjach – rzuciłam z goryczą.
– Ty myślisz, że wiesz wszystko, ale nie żyjesz tu. Nie znasz mnie – odpowiedział cicho.
Miał rację, nie znałam go. Odwróciłam się i odeszłam bez słowa. Tylko dźwięk rąbanego drewna niósł się za mną jak echo wszystkiego, co mogło się wydarzyć, ale już się nie wydarzy.
Odeszłam bez słowa
Pakowałam się jak w transie. Każdy ruch był szybki, mechaniczny – jakby spakowanie walizki mogło wymazać cały błąd, jakim było to zauroczenie. Złość mieszała się ze wstydem, a pod tym wszystkim czaiła się… tęsknota. Do tej ciszy, do poranków z kawą na schodach, do tych kilku wieczorów, kiedy grał tylko dla mnie. Czy naprawdę wszystko było kłamstwem?
Zadzwoniłam do właścicielki i powiedziałam, że wyjeżdżam wcześniej. Tylko przez telefon nie potrafiłam jej powiedzieć dlaczego.
– A weź, dziecko, ten miód na drogę – powiedziała Teresa, wręczając mi słoiczek. – Od naszych pszczół. Na wspomnienia.
Nie miałam siły się uśmiechać, tylko podziękowałam i ruszyłam. Ale kiedy podjechał bus, nie wsiadłam. Stałam przy przystanku z walizką i patrzyłam, jak odjeżdża, zostawiając za sobą chmurę kurzu. A potem… poszłam. Przed siebie, przez łąkę. Na wzgórze, które pokazał mi Jędrek pierwszego wieczoru. Siedział tam sam, z akordeonem na kolanach i grał.
Nie zobaczył mnie. Albo udawał, że nie widzi. Usiadłam w oddali. Z daleka dźwięki były czystsze, bardziej surowe. Tylko wiatr, noc i ta melodia – nie radosna, nie smutna, po prostu... prawdziwa. Siedziałam i słuchałam, nie płacząc, nie uśmiechając się. A potem wstałam i odeszłam. Powoli, bez słowa pożegnania. Nie potrzebowałam zakończenia. Następnego dnia naprawdę wyjechałam, nie oglądając się za siebie.
Anna, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po 20 latach małżeństwa nie oczekiwałam niespodzianki na walentynki. Mąż tak mnie zaskoczył, że wciąż płaczę po nocach”
- „Mama mówi, że woli być biedna, niż korzystać z mojej kasy. A potem pożycza pieniądze od sąsiadki”
- „Uważałam, że synowa nie pasuje do naszej rodziny. Dopiero zdrada mojego syna otworzyła mi oczy na prawdę”

