Reklama

Był styczeń – chłodny, wilgotny, szary. Dokładnie taki, jak moje życie od dobrych kilku lat. Tego dnia jechaliśmy do teściów na Dzień Babci i Dziadka. Marek prowadził i milczał jak zwykle. Dzieci z tyłu śmiały się i kłóciły o żelki. Ja tylko gapiłam się przez okno i myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy. Że po tylu latach związku, po dwóch ciążach, przeprowadzkach, ratach, awanturach o zmywarkę i ciszę nocną – nie ma już nic, co mogłoby poruszyć we mnie cokolwiek głębiej.

Kocham swoje dzieci. One są całym moim światem. Ale czy jestem jeszcze kobietą? Czasem, kiedy stoję przed lustrem, nie wiem, kim jestem. Widziałam w oczach Marka to samo zagubienie. Patrzył na mnie, jakby patrzył przez szybę. Jakby znał mnie na pamięć i już nie chciał znać lepiej.

Nie planowałam niczego. Nie szukałam. Miałam po prostu zjeść sernik u teściowej i uśmiechać się, bo to przecież rodzina. Weszłam do domu jako pierwsza. Teściowa krzątała się w kuchni, ktoś rozmawiał z nią półgłosem. Wysunęłam głowę... i wtedy go zobaczyłam. Maciek, kuzyn Marka, którym nie widziałam się od ponad dekady. Spojrzał na mnie. Uśmiechnął się lekko i nagle coś we mnie się coś się obudziło.

Nie mogłam oderwać wzroku

– Dominika, prawda? – zapytał z lekkim uśmiechem, kiedy zdjął kurtkę i podszedł w moją stronę.

– Tak, cześć… Maciek? – udawałam zaskoczenie, chociaż rozpoznałam go od razu. Te oczy się nie zmieniły.

– No ba. Trochę mnie przybyło, ale to dalej ja.

Uśmiechnęłam się. Nie, wcale nie przybyło. Wręcz przeciwnie – dojrzał. Jego twarz była bardziej męska, broda lekko szorstka, głos niższy. Miał w sobie coś… co sprawiło, że nie mogłam oderwać od niego wzroku. Przez ułamek sekundy byłam znowu tamtą nastolatką, która przysiadała się do niego na rodzinnych imprezach, śmiejąc się za głośno z jego żartów.

Dawno cię nie było – rzuciłam, chcąc zapanować nad drżeniem głosu.

– Wpadłem z niespodzianką. Jakoś mnie tu nie ciągnęło. A teraz… pomyślałem, że czas odwiedzić stare kąty. Zwłaszcza że dostałem zaproszenie na sernik twojej teściowej.

Zaśmiałam się. Z boku wyglądałoby to pewnie niewinnie – zwykła wymiana zdań między rodziną. Tylko to jego spojrzenie… nie było zwykłe. Było uważne. Ciepłe. Przenikliwe. Nie takie, jakim patrzy na mnie Marek od lat.

– Jak dzieciaki? – zapytał, spoglądając przez okno na podwórko.

– W porządku. Tam się ganiają. A ty? Żona, dzieci? – spytałam od niechcenia.

– Długa historia. Może później. Chcesz przejść się do ogrodu? Trochę duszno tu przy piekarniku.

Zawahałam się, ale tylko przez sekundę.

– Jasne – powiedziałam. – Przewietrzyć się przyda każdemu.

To stało się tak nagle

– Myślisz, że zauważą, że nas nie ma? – zapytałam, gdy ścieżka za domem zamieniła się w leśny dukt. Śnieg chrzęścił pod butami, powietrze było ostre, pachniało drewnem i dymem z kominów.

– A kto miałby to zauważyć? – odpowiedział Maciek. – Marek? On od godziny patrzy w telefon.

Miał rację. Nawet nie pożegnał się ze mną wzrokiem, gdy wychodziłam. Dzieci bawiły się z dziadkiem, teściowa gotowała i krzyczała, żeby ktoś wyniósł śmieci. Zniknęliśmy bez echa.

Po chwili wyszliśmy na małą polanę, gdzie kiedyś stał stary domek na narzędzia – pamiętałam go z dzieciństwa. Teraz był częściowo zniszczony, ale drzwi jeszcze się zamykały, a wewnątrz wciąż było suche drewno, koce i lekko wygnieciona wersalka.

Zatrzymałam się.

– Maciek… nie powinniśmy – głos mi zadrżał. Wiedziałam, co się wydarzy, czułam to każdym nerwem.

– Nie powinniśmy – podszedł do mnie blisko, a jego oddech był szybki. – Ale nie potrafię tego zatrzymać.

Przyciągnął mnie do siebie powoli, z wahaniem, jakby sprawdzał, czy ucieknę. Nie uciekłam. Nasze usta spotkały się w pół drogi. Było w tym coś desperackiego. Głód. Ciepło. Ulga. Bez słów, bez pytań. Tylko dłonie, oddechy, ciężar jego ciała, dotyk pod swetrem.

Nie wiem, ile to trwało. Kilkanaście minut? Godzinę? Potem siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, a ja czułam, jak wraca do mnie rzeczywistość.

Musimy wracać – powiedziałam w końcu.

Skinął tylko głową. Do domu szłam osobno, z inną twarzą. Z zimnym powietrzem na policzkach i gorącą winą pod skórą. Później w aucie obok Marka czułam się… obco. Jakby obok mnie siedział ktoś, kogo już nie znam.

Dostaliśmy kolejne zaproszenie

Minęły cztery dni. Cztery wieczory, podczas których nie potrafiłam spojrzeć Markowi w oczy. Mówiłam jak zwykle: o mleku, o pracy, o tym, że trzeba kupić dzieciom nowe spodnie. A w środku byłam już gdzie indziej. Cały czas wracałam myślami do tego, co wydarzyło się w domku. Do jego dotyku. Do swojego oddechu. Do własnej słabości.

A potem, jak gdyby nigdy nic, przyszedł SMS od teściowej: „W sobotę zapraszamy na obiad. Będzie cała rodzina. Ma być też Maciek – przyjedzie z niespodzianką”. Zamarłam. Trzymałam telefon w dłoni, czując, jak serce wali mi pod żebrami.

– Mama pisze, że zaprasza nas na obiad w sobotę – rzuciłam obojętnie, udając, że przeglądam coś jeszcze w telefonie.

– Serio? Znowu? – mruknął Marek, nie odrywając wzroku od telewizora. – No dobra, pójdziemy. Jak nie pójdziemy, to się obrazi.

I tyle. Zero pytań, zero emocji. Jak zawsze.

W sobotę stałam przed szafą dłużej niż zwykle. Wybrałam sukienkę, w której czułam się dobrze. Trochę zbyt wydekoltowaną, jak na rodzinne spotkanie. Włosy rozpuściłam, pomalowałam usta. Nie dlatego, że chciałam wyglądać ładnie. Wyczuwałam coś. Chciałam wyglądać lepiej niż ona – kimkolwiek była ta „niespodzianka”.

Kiedy weszliśmy do domu teściów, Maćka jeszcze nie było. Siedziałam spięta, udając, że wszystko jest w porządku. Marek rozmawiał z ojcem, dzieci rozbiegały się po kątach. Usłyszałam dzwonek do drzwi.

– Cześć wszystkim! – rozległ się jego głos. A obok niego… stała kobieta. Uśmiechnięta, piękna, w idealnie dobranej sukience.

– Poznajcie Karolinę, moją narzeczoną.

Czułam się upokorzona

Nie wiem, jak udało mi się utrzymać uśmiech. Powiedziałam coś pod nosem – chyba „miło mi”, choć wcale nie było. Karolina wyciągnęła rękę, jej paznokcie były idealnie zrobione, skóra pachniała delikatnie czymś drogim. Miała ciepły, pewny siebie głos, uścisk dłoni nie za mocny, nie za słaby. Wszystko w niej było takie… przemyślane. Doskonałe.

Maciek nawet na mnie nie spojrzał. Uśmiechał się do wszystkich, opowiadał, jak się poznali. Jak Karolina pracuje w agencji reklamowej, jakie mają plany, jak się zaręczyli w Pradze. Czułam, jak coś mnie ściska od środka. Jak moje wnętrzności zamieniają się w kamień.

Nie było nas. Nie było domku. Nie było mojego szeptu przy jego uchu. Nie było moich drżących dłoni na jego ciele. Była tylko ta piękna kobieta, którą trzymał w talii i do której uśmiechał się jakby nic innego nie istniało.

Z trudem przełknęłam ziemniaka, który utknął mi w gardle. Marek coś mówił, śmiał się nawet raz czy dwa. Dzieci krzyczały w drugim pokoju. Ja siedziałam jak posąg, udając, że jestem, chociaż duchem już mnie tam nie było.

W środku krzyczałam. Czułam się oszukana. Jakbym dała komuś klucz do siebie, a on po prostu zamknął drzwi od zewnątrz i rzucił go w śnieg. Pod koniec kolacji podniosłam się, powiedziałam, że muszę zająć się dziećmi. Po chwili w łazience wpatrywałam się w lustro. Nie poznałam tej kobiety, którą tam zobaczyłam.

Dla niego to nic nie znaczyło

Czekałam, aż wszyscy wyjdą na zewnątrz. Marek już pakował dzieci do samochodu, rozmawiał z teściem o zimówkach. Maciek wychodził jako ostatni, obejmując Karolinę w pasie.

– Maciek – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Możemy porozmawiać?

Spojrzał na mnie zaskoczony. Karolina zdążyła już podejść do teściowej, więc stanęliśmy na bocznej ścieżce prowadzącej do furtki.

To był impuls – powiedział pierwszy, jakby chciał uprzedzić, o co zapytam. – Tamten dzień... ten domek... nie planowałem tego.

– Nie planowałeś? – wycedziłam. – Nie wiedziałeś, że masz narzeczoną?

Opuścił wzrok.

– Wiedziałem. Ale między nami było różnie. Wtedy... po prostu nie mogłem się powstrzymać.

– A ja? Myślisz, że ja mogłam?

Milczał.

Dla mnie to coś znaczyło – dodałam po chwili. – Nawet jeśli nie powinno.

– Dominika... – spojrzał mi w oczy. – To, co się wydarzyło, było prawdziwe. Ale to nie znaczy, że mogło coś z tego być. Mamy inne życia. Ja... ja się zaręczyłem. Nie mogę cofnąć tego, co zrobiłem. Przepraszam, jeśli cię zraniłem. Naprawdę.

– Jeśli? – zapytałam drżącym głosem. – Ty po prostu wykorzystałeś chwilę. Ja... ja się pogubiłam.

– Oboje się pogubiliśmy – odpowiedział. – Ale ja już podjąłem decyzję.

Odwrócił się i odszedł. Zostałam sama na śniegu, słysząc w oddali śmiech Karoliny i trzask drzwi samochodu.

Zostało mi tylko poczucie winy

Wróciliśmy do domu przed dziesiątą. Marek wszedł pierwszy, zdjął buty, rzucił kurtkę na wieszak, sprawdził telefon. Dzieci natychmiast pobiegły do swoich pokoi. Byliśmy jak dobrze naoliwiona maszyna – wszystko działo się w ciszy, bez zbędnych słów.

W łazience rozmazywałam tusz, próbując też zmyć z twarzy wieczór, który nie powinien się wydarzyć. Każde wspomnienie jego głosu, jego dotyku teraz bolało jak oparzenie. Weszłam do sypialni. Marek już leżał w łóżku w półśnie.

Zgasisz lampkę? – zapytał.

– Mhm – odpowiedziałam. Zgasiłam.

Leżałam nieruchomo, wpatrzona w ciemność. Obok mnie – mężczyzna, z którym dzieliłam życie od lat. Dobry ojciec. Uczciwy człowiek. Nigdy mnie nie zdradził, nigdy nie zostawił. A ja? Ja zawiodłam. Siebie. Jego. Wszystkich.

Najgorsze było to, że mimo wszystko… nie żałowałam tego. Żałowałam konsekwencji, bólu, upokorzenia. Tylko nie tamtej chwili. Wtedy, w tej jednej, krótkiej chwili, znowu poczułam, że żyję i że jeszcze coś czuję. Tyle że teraz... nie wiedziałam już, kim jestem. Kim się stałam.

Nie powiem Markowi. Nie teraz. Może nigdy. Może ten sekret zostanie tylko mój. Leżałam w ciemności, wsłuchując się w jego spokojny oddech. A potem odwróciłam się do ściany. Cicho, prawie niezauważalnie, zaczęłam płakać. Czasem zdrada nie kończy się wyznaniem. Czasem kończy się tylko w środku. Ciszą. Ciężarem. Winą, która już nigdy nie zniknie.

Dominika, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama