Reklama

Mam na imię Wiesława. Sześćdziesiąt dwa lata, wdowa, emerytowana nauczycielka biologii. Nie taka stara, jakby się komuś mogło wydawać. Zawsze mówię – wiek to nie metryka, tylko stan umysłu. I z tym przekonaniem spakowałam walizkę i ruszyłam do sanatorium w Ciechocinku. Na trzy tygodnie, na turnus leczniczy. Tak, wiem, brzmi poważnie... Ale dla nas, kobiet po przejściach, to czas, kiedy można znowu poczuć się jak ktoś ważny. Ktoś, kto jeszcze może się zakochać.

Zaczęłam dzień od zabiegów, a po południu byłą kawa w kawiarni. Zosię poznałam już pierwszego dnia – gadatliwa, ciekawska, ale w sumie sympatyczna. Codziennie siadałam z nią i Krystyną przy tym samym stoliku. Plotki, pasjanse, trochę śmiechu. Wieczory – wiadomo – sala taneczna. A tam… lokator pokoju 112. Włodek. Przystojny, elegancki, zawsze pachnący wodą kolońską. Wysoki, z tym błyskiem w oku. Z początku kiwał głową, uśmiechał się grzecznie. Ale od paru dni... Od paru dni odwzajemnia mój uśmiech trochę dłużej.

A dziś – bal. Wieczorek taneczny z muzyką na żywo. I ja od rana w nerwach. W nocy nawet nie spałam porządnie. Długo wybierałam sukienkę – stanęło na tej bordowej z weluru. Do tego czerwone szpilki, ciasne, ale jakie efektowne! Jak wejdę na salę, to mnie zauważy. Dziś mnie zauważy. Dziś zatańczymy.

– Widzisz, Wiesiu – mówi Zosia przy śniadaniu, machając łyżeczką z jogurtem – mówiłam ci, że on na ciebie patrzy. Wczoraj aż się potknął.

– Daj spokój, Zosiu. Może mu się noga omskła.

– No tak, na widok twoich bioder!

Zachichotałyśmy, ale w głowie miałam tylko jedno zdanie, które powtarzałam jak mantrę: dziś mnie zauważy. Dziś zatańczymy.

Czułam się upokorzona

Weszłam na salę z uniesioną głową i udawaną pewnością siebie. Czerwone szpilki obcierały mi stopy przy każdym kroku, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć. Byłam przygotowana. Sukienka leżała idealnie, włosy spięte w kok, delikatny makijaż. Wszystko dopięte na ostatni guzik.

Rozejrzałam się powoli. Kilkanaście par już wirowało w rytm starego walca. Za kolumną, przy stoliku z bufetem, dostrzegłam go. Włodek, a obok niego ona. Grażyna. Miała na sobie błyszczącą sukienkę z jakimś cekinowym detalem na ramieniu. Śmiała się głośno, zbyt głośno, zbyt blisko. Po chwili Włodek objął ją w talii i weszli razem na parkiet. Ich ciała prawie się stykały.

Serce uderzyło mi mocniej. Pomyślałam: dobrze, może to tylko pierwszy taniec. Może to nic nie znaczy... ale potem był kolejny. I jeszcze jeden. A ona coraz bardziej do niego lgnęła. I kiedy pochylił się do niej i coś szepnął, wiedziałam, że nie mogę tego dłużej znieść.

Usiadłam przy stoliku, wpatrzona w parkiet. Obserwowałam ich, jakby byli jedynymi ludźmi na sali. Ich ręce, ich spojrzenia, te niby przypadkowe dotknięcia. Wszystko mnie drażniło. Mój plan rozpadał się na moich oczach. Po co te szpilki, po co ta sukienka, po co te nadzieje?

Zatańczyłam z jakimś starszym panem w bordowej marynarce, potem z innym, co pachniał za mocno. Udawałam, że dobrze się bawię, ale nie potrafiłam oderwać wzroku od Grażyny. A ona jakby wiedziała, że patrzę. Odwracała głowę, uśmiechała się w moją stronę z satysfakcją. Podszedł do mnie kelner.

– Wszystko w porządku, proszę pani?

– Tak – odpowiedziałam szorstko. – Chcę tylko posiedzieć sama.

Chciałam się podnieść, ale wtedy zagadała do mnie Jolka. Uśmiechnięta, pewna siebie.

– Co ty taka spięta, Wiesia?

Nie twoja sprawa – syknęłam.

Zamilkła i odeszła bez słowa. Zostałam sama przy stoliku. W głowie zaczynało mi się kręcić – od muzyki, od emocji, od tego, że wszystko wymknęło się spod kontroli. Byłam upokorzona. I gotowa na wszystko.

Puściły mi hamulce

Muzyka się urwała, ludzie zaczęli wracać do stolików, ktoś coś mówił do mikrofonu, ale ja nie słuchałam. Wstałam i ruszyłam w stronę Grażyny, zanim mój rozum zdążył mnie zatrzymać. Stała przy bufecie, wachlowała się serwetką, jakby właśnie przeszła przez największy taneczny wysiłek swojego życia. Jej ramiona były odsłonięte, obwieszone błyskotkami. Podeszłam bardzo blisko i prawie szeptem, ale wyraźnie powiedziałam:

Nie masz za grosz wstydu.

Odwróciła się do mnie powoli, z uśmiechem, który natychmiast zgasł.

– Słucham?

– Dobrze słyszałaś. Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię. Masz lustro w pokoju? Patrzysz czasem na siebie?

– A co cię to obchodzi?

– To, że narzucanie się facetowi, który jeszcze dwa dni temu zapraszał mnie na kawę, to nie flirt. To zwykła bezczelność.

Grażyna uniosła brwi, jakby właśnie usłyszała największą bzdurę wieczoru.

– Wiesiu, kochanie... Może lepiej wróć do stolika, ochłoń trochę.

– Ochłonę, jak przestaniesz udawać niewinną.

– No proszę, jaka odważna. A gdzie byłaś, jak on czekał na partnerkę do rumby? Bo ja akurat stałam obok.

– Wystarczy, Grażyna.

– Wystarczyło już, jak cię minął wzrokiem, nawet się nie zatrzymał. Widocznie czerwone szpilki nie zawsze działają.

Zrobiło się cicho. Parę osób spojrzało w naszą stronę. Usłyszałam znajomy głos.

– Wiesiu, Grażynko, może... spokojnie?

Włodek podszedł do nas, wyglądał na zaskoczonego, ale nie poruszonego.

– Nie mieszaj się. Nie do ciebie mówię – rzuciłam w jego stronę.

– Nie ma o co kruszyć kopii – próbował jeszcze.

– Dla ciebie może nie. Dla mnie – owszem.

Grażyna odwróciła się i odeszła. Włodek został. Przez chwilę patrzył na mnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Odszedł bez słowa. A ja stałam tam, na środku sali, z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Czułam, że nie jestem sobą. Że przekroczyłam jakąś granicę. Ale nie żałowałam.

Miałam w sobie pustkę

Orkiestra zaczęła grać coś spokojnego, rozkołysanego, jakby zupełnie nieświadoma, że przed chwilą rozpętała się burza wśród kuracjuszy. Ludzie znów ruszyli na parkiet, ale z większym dystansem. Czułam, że coś się zmieniło. Nie tylko dla mnie. Powietrze zrobiło się cięższe, spojrzenia bardziej ostrożne.

Usiadłam, ale nie mogłam się uspokoić. Jeszcze czułam w sobie tamten gniew. Grażyna zniknęła, Włodka nie widziałam. I wtedy coś się wydarzyło. Zabrzęczał mikrofon, ktoś z obsługi podał go do ręki konferansjerowi, ale ten zamilkł, gdy podszedł Włodek. Ujął mikrofon, stanął na środku parkietu i powiedział:

– Szanowni państwo. Zanim orkiestra zagra kolejny utwór, chciałbym coś zrobić. Może coś głupiego, ale szczerego.

Salka przycichła. Niektórzy nawet przestali przeżuwać ciasto.

Grażyna, zatańczysz ze mną?

Wstała z kąta sali. Bez uśmiechu, ale z tą swoją manierą, jakby właśnie miała odbierać order. Podeszła do niego i ruszyli w tan. Cicho, wolno, z dystansem. Nie tak jak wcześniej. Po jednej piosence Włodek znów sięgnął po mikrofon.

– A teraz, Wiesiu... Ty?

Przez sekundę nikt się nie ruszał. Sama nie wiedziałam, czy mam wstać. Patrzyłam na niego, na jego dłoń wyciągniętą w moją stronę. Wiedziałam, że wszyscy się gapią, ale wstałam. Szpilki znowu zabolały, ale już było mi wszystko jedno. Wyszłam na środek i podałam mu dłoń.

Tańczyliśmy. Blisko, ale nie za blisko. Patrzyłam w bok, żeby nie musieć szukać w jego oczach jakiegoś tłumaczenia. A w głowie tylko jedno: co ja tu robię? Co sobie wyobrażam? Że on mnie wybierze? Że nagle coś się odwróci? W jego dotyku nie było już tej pewności, którą znałam z poprzednich dni. Jakby sam nie wiedział, po co mnie zaprosił. Albo wiedział aż za dobrze i nie chciał się do tego przyznać.

– Ładnie dziś wyglądasz – powiedział w końcu.

Za późno – odpowiedziałam. Cicho, ale chyba usłyszał.

Po piosence ukłonił się, jakby nic się nie stało. Pocałował mnie w dłoń, potem Grażynę. A potem... po prostu wyszedł. Sam, bez słowa. Stałam jeszcze chwilę, a potem wróciłam do stolika, dopiłam drinka i odeszłam z sali, nie oglądając się za siebie.

Weszłam do pokoju i zdjęłam te przeklęte szpilki. Stopy miałam czerwone, prawie sine. Usiadłam na łóżku, ale nie płakałam. Byłam pusta. Jakby już mnie nie było. I wcale nie miałam ochoty wracać jutro na śniadanie.

Nie byłam sama

Spałam źle. Budziłam się kilka razy, przewracałam z boku na bok, aż w końcu wstałam wcześniej, niż planowałam. Ale nie chciałam być pierwsza w jadalni. Przebrałam się powoli, byle jak, zostawiłam szminkę w kosmetyczce. I tak nie miałam się dla kogo malować.

Sala śniadaniowa już tętniła życiem. Kawa parzyła język, jajecznica parowała w srebrnych pojemnikach, dźwięki talerzy, chichoty, te same rozmowy co zwykle – o pogodzie, o turnusie, o kolejkach na zabiegi. Weszłam bez słowa i poszłam do najdalszego stolika, z boku, przy oknie. Tam, gdzie nikt się nie dosiadał, bo był przeciąg.

Usiadłam i zaczęłam kroić bułkę. Nie chciałam patrzeć na salę, ale wzrok sam mi uciekał w stronę wejścia. I wtedy go zobaczyłam. Włodek. W granatowym swetrze, bez uśmiechu. Rozejrzał się po sali, a potem ruszył w moją stronę.

Usiadł naprzeciwko mnie. Nic nie mówił. Po prostu sięgnął po bułkę, wziął plasterek ogórka, jajko, trochę masła. Jadł spokojnie, jakby to było coś najzwyklejszego na świecie. Jakby nic się nie wydarzyło.

– Dobrze wyglądasz w czerwonych szpilkach – powiedział nagle, między jednym kęsem a drugim.

Zamrugałam. Nie wiedziałam, czy się zaśmiać, czy rzucić mu czymś w twarz. Ale nic nie zrobiłam.

– Świetnie się z tobą tańczy – dodał.

– A jednak wyszedłeś sam – odpowiedziałam. Spokojnie, choć głos mi się łamał.

– Czasem trzeba.

Zapanowała cisza. Nie taka niezręczna, tylko ciężka. Taka, w której wszystko, co chcielibyśmy powiedzieć, kłębi się w powietrzu, ale nikt nie ma odwagi zacząć.

– Wiesia, mogę się dosiąść? – Zosia pojawiła się nagle, z kubkiem w dłoni, uśmiechnięta, ale już zerkająca na Włodka.

– Zajęte – powiedział Włodek, nie odrywając wzroku od talerza.

Zosia spojrzała na mnie, potem na niego. Nie spytała drugi raz, odeszła. Nie wiedziałam, co to znaczy. Może nic, a może wszystko. Ale tego śniadania nie zjadłam sama.

To była cenna lekcja

Nie było już między nami flirtów przy kawie ani podchodów w holu przy windzie. Nie czekałam już, że Włodek się pojawi, że coś powie, że sięgnie po moją dłoń. Nie trzymałam się nadziei, jak nastolatka. Coś się we mnie przełamało. Nie bolało już tak ostro, ale zostawiło ślad. I może dobrze, bo przynajmniej zrozumiałam, że to nie ja byłam naiwna. Tylko zbyt długo czekałam, aż ktoś inny powie to, co sama powinnam była sobie uświadomić.

Widzieliśmy się jeszcze. Siadaliśmy czasem razem przy kawie, mijaliśmy się po zabiegach, raz poszliśmy na spacer w stronę tężni. Rozmawialiśmy spokojnie. Bez pretensji, bez złudzeń. Z Grażyną nie zamieniłam już ani jednego słowa. Omijałyśmy się wzrokiem, jakby żadna z nas nie chciała pamiętać tamtego wieczoru. I może lepiej. Tego też się nauczyłam – nie każdą bitwę trzeba wygrać, nie każdą warto w ogóle toczyć.

Wieczorami siadałam w kawiarni, czasem sama, czasem z Zosią. Śmiała się, mówiła, że powinnam napisać książkę o tych naszych turnusowych romansach. Ale ja nie miałam już na to ochoty. Wolałam obserwować, jak ludzie się zmieniają. Jak nagle przestają się śmiać, jak się prostują, gdy ktoś na nich spojrzy. Jak ktoś poci się przy flircie, a ktoś inny udaje obojętność. To było ciekawsze niż same emocje.

W ostatni dzień przed wyjazdem napisałam kartkę do wnuczki. Dobrze wiedziałam, że jeszcze jej nie przeczyta – miała dopiero jedenaście lat – ale zachowam ją dla niej na później. „Nie zawsze dostajesz to, czego chcesz. Ale czasem dostajesz coś lepszego – szansę, by zrozumieć siebie”.

A potem zadzwoniłam do córki.

– Nie pytaj, jak było – powiedziałam. – To nie rozmowa na telefon.

Położyłam się spać bez sukienki, bez czerwonych szpilek, bez planów. I pierwszy raz od dawna – bez żalu.

Wiesława, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama