Reklama

Przyjechałam tam z walizką pełną leków i przekonaniem, że to będzie czas ciszy. Po latach wdowieństwa byłam przyzwyczajona do samotnych poranków i obcych spojrzeń, które prześlizgiwały się po mnie bez zatrzymania. Sanatorium miało być rutyną: zabiegi, posiłki, sen. Nie spodziewałam się, że jeden śmiech, zasłyszany pierwszego dnia na korytarzu, obudzi we mnie coś, co od dawna uznałam za zamknięte.

Był zabawny

Pierwszy poranek w sanatorium pachniał środkiem do mycia podłóg i herbatą z metalowego dzbanka. Stałam w kolejce na zabieg, w szlafroku, który był o numer za duży, i patrzyłam na ludzi podobnych do mnie – w tym samym wieku, z tym samym zmęczeniem w oczach. Nikt się nie spieszył, nikt nie wyglądał na szczególnie ciekawego świata. Poczułam się przezroczysta, jakby moje istnienie było tylko kolejnym numerem na liście.

– Te kolejki są gorsze niż do lekarza na mieście – mruknęła kobieta stojąca za mną.

Przynajmniej mamy czas – odpowiedziałam grzecznie, choć bez przekonania.

I wtedy usłyszałam śmiech. Głośny, pewny siebie, zupełnie niepasujący do tej sennej przestrzeni. Odwróciłam głowę odruchowo i zobaczyłam mężczyznę opierającego się o framugę drzwi. Rozmawiał z dwiema kobietami, gestykulował, a one śmiały się, jakby opowiadał historię ich życia.

– Panie kochane, ja tu przyjechałem się leczyć, a nie stać jak kołek – mówił, puszczając im oko.

Prychnęłam pod nosem. Znałam ten typ. Dusza towarzystwa, sanatoryjny król parkietu. Obiecałam sobie, że będę trzymać się z daleka. Nie po to tu byłam.

W stołówce usiadłam przy stoliku z Ireną, moją współlokatorką. Spokojna, uważna, mówiła niewiele, ale patrzyła tak, jakby zapamiętywała każdy szczegół.

– Widzę, że już go zauważyłaś – rzuciła, mieszając zupę.

– Kogo? – udawałam obojętność.

– Wiktora. Jest tu znany.

Flirtuje ze wszystkimi – odpowiedziałam chłodno. – Nie mój świat.

Los miał inne plany. Po południu, podczas spaceru po parku, niemal na niego wpadłam.

– Przepraszam, zamyśliłem się – powiedział i spojrzał na mnie uważniej, niż bym chciała. – Nowa?

– Raczej zagubiona – odparłam, sama nie wiedząc dlaczego.

Uśmiechnął się inaczej niż wcześniej. I choć wmawiałam sobie, że to nic nie znaczy, wracając do pokoju, złapałam się na tym, że czekam na kolejny dzień. Na kolejny uśmiech.

Spędzaliśmy razem czas

Z czasem zauważyłam, że śmiech Wiktora przestał odbijać się echem po całym sanatorium. Coraz rzadziej słyszałam go w tłumie, za to coraz częściej obok siebie. Na początku było to niemal niezauważalne: wspólny marsz na zabieg, krótki spacer po obiedzie, miejsce przy tym samym stoliku, jakby zupełnie przypadkiem. Mówił mniej, słuchał więcej. A ja łapałam się na tym, że opowiadam mu rzeczy, których nie mówiłam nawet Irenie.

Wieczory stawały się dłuższe. Park pustoszał, a my krążyliśmy alejkami, jakbyśmy bali się zatrzymać. Nie było wielkich słów ani obietnic. Była uwaga. Pytania o to, jak mi minął dzień. Czekanie, aż skończę zabieg, choć sam mógł już wracać do pokoju. Ten rodzaj troski, który nie domaga się niczego w zamian, a właśnie dlatego tak łatwo mu uwierzyć.

Zmiany zauważyli inni. Kobiety, które wcześniej otaczały go gęstym kręgiem, patrzyły teraz z ukosa. Irena podniosła kiedyś na mnie wzrok znad książki i powiedziała, że dawno nie widziała mnie takiej ożywionej. Uśmiechnęłam się wtedy, ale w środku poczułam niepokój. Jakby coś, co długo było uśpione, zaczynało się rozciągać i boleć.

Zaczęłam się zastanawiać, czy nie mylę sygnałów. Może to tylko sanatoryjna bliskość, chwilowe zaczepienie o czyjeś życie. W końcu przyjechaliśmy tu wszyscy po coś: jedni po ulgę, inni po rozmowę, jeszcze inni po zapomnienie. Bałam się, że jestem tylko kolejnym przystankiem.

A jednak, kiedy któregoś dnia nie pojawił się na spacerze, poczułam wyraźny brak. Coś ścisnęło mnie w środku, jakbym straciła punkt odniesienia. Zrozumiałam wtedy, że przestało chodzić o żarty. Że pozwoliłam sobie czekać. A czekanie zawsze niesie ryzyko.

Nie słuchałam nikogo

Przez kilka dni chodziłam napięta, jakby każda rozmowa miała mnie zdradzić. Że już za bardzo. Że to widać. Irena obserwowała mnie uważniej niż zwykle, a ja udawałam, że nie dostrzegam jej spojrzeń. W końcu nie wytrzymała.

– Helena, ty wiesz, że to sanatorium, prawda? – zapytała cicho, gdy wieczorem składałyśmy pranie.

– Wiem – odpowiedziałam zbyt szybko.

– I że ludzie tu często koloryzują albo zwyczajnie kłamią?

– Nie jestem dzieckiem.

Zamilkła. A ja poczułam ukłucie, bo wiedziałam, że mówi z troski.

Kilka dni później Wiktor zaproponował, żebyśmy usiedli na ławce dalej od głównej alejki. Było chłodno, ale nie chciałam wracać. Siedzieliśmy obok siebie, ramiona mieliśmy blisko, choć żadne nie dotykało drugiego.

– Myślałaś kiedyś, że w tym wieku coś jeszcze może się zacząć? – zapytał nagle.

– Raczej, że wszystko już się skończyło – odpowiedziałam szczerze.

– A ja… – zawahał się. – Ja czuję się przy tobie spokojniej. Inaczej.

Spojrzałam na niego i pierwszy raz nie uciekłam wzrokiem.

– Boję się – powiedziałam. – Nie chcę być czyjąś chwilą.

– Nie jesteś – odparł szybko. – Przynajmniej nie dla mnie. Zakochuję się w tobie.

Te słowa zapadły we mnie głęboko, zwłaszcza że zara po nich mnie pocałował. Pozwoliłam sobie wtedy na coś, czego długo sobie odmawiałam: na nadzieję. Zaczęłam wyobrażać sobie powroty do domu, rozmowy przez telefon, może spotkania. Nie mówiłam tego głośno, ale już to czułam.

Irena ostrzegła mnie jeszcze raz.

O nim krążą różne historie – powiedziała, zapinając płaszcz.

– Ludzie zawsze gadają – ucięłam. – Zwłaszcza kiedy sami są sami.

Dziś wiem, że to była zgoda. Nie na niego nawet, ale na własną słabość. Na bliskość, która przyszła za późno, a może właśnie wtedy, gdy byłam najbardziej bezbronna.

Nie wiedziałam o żonie

Dowiedziałam się przypadkiem. Tak zwyczajnie, że aż boleśnie. Stałam przy recepcji, pytając o zmianę godziny zabiegu, kiedy usłyszałam jego imię. Wiktor. Wypowiedziane lekko, bez znaczenia.

– Żona pana Wiktora dzwoniła dziś rano – powiedziała recepcjonistka do koleżanki. – Pytała, czy wszystko w porządku, bo od kilku dni nie odbiera.

Poczułam, jakby ktoś nagle odsunął mi ziemię spod stóp. Żona. Słowo odbiło się w mojej głowie kilka razy, zanim dotarło do reszty. Oparłam się o ladę, udając, że czegoś szukam w torebce. Serce biło mi nierówno, a w gardle pojawiła się suchość, której nie dało się przełknąć.

Wyszłam na zewnątrz bez zabiegu. Park, który jeszcze wczoraj był dla mnie miejscem spokoju, teraz wydał się obcy. Każdy krok kosztował mnie wysiłek. W głowie kłębiły się myśli: od niedowierzania, przez gniew, aż po wstyd. Najgorszy był ten ostatni.

Kiedy go zobaczyłam, siedział na ławce, tej samej, na której mówiliśmy o spokoju i nadziei. Spojrzał na mnie i od razu wiedział, że coś się stało. Nie pytałam wprost. Nie musiałam. Jedno zdanie wystarczyło, wypowiedziane cicho, z zawstydzeniem, jakby to miało cokolwiek zmienić. Tłumaczył się samotnością, rutyną, tym, że to nic złego, że przecież nikogo nie skrzywdził. Słuchałam, ale każde kolejne słowo oddalało go ode mnie coraz bardziej. Zrozumiałam wtedy, że byłam dla niego zabawką.

Wyjechałam bez pożegnania

Spakowałam się bladym świtem. Cicho, uważnie, jakbym bała się, że ktoś mnie zatrzyma albo zapyta, dlaczego uciekam. Irena spała, odwrócona do ściany. Zostawiłam jej kartkę na stole, kilka prostych słów, bez tłumaczeń. Wiedziałam, że zrozumie więcej, niż bym potrafiła powiedzieć.

Nie poszłam na ostatni spacer. Nie zeszłam na śniadanie. Zostawiłam klucz w recepcji i wyszłam przed budynek, gdzie poranne powietrze było ostre i trzeźwiące. Czekał autobus. Stałam chwilę z walizką, patrząc na drzwi sanatorium, jakby miały się jeszcze otworzyć. Nie otworzyły się. I dobrze.

W drodze powrotnej próbowałam nazwać to, co czułam. To nie była tylko strata. Bardziej rozczarowanie sobą. Że tak łatwo uwierzyłam. Że wystarczyło kilka spojrzeń, kilka zdań wypowiedzianych półgłosem, bym znów zaczęła planować. A jednocześnie wiedziałam, że nie żałuję do końca. Bo przez chwilę naprawdę czułam się znów jak kobieta.

Nie wróciłam do punktu wyjścia. Coś we mnie pękło, ale razem z tym coś się odsłoniło. Zrozumiałam, że samotność nie czyni mnie gorszą, a bliskość nie usprawiedliwia cudzych kłamstw. Że nie chcę już być czyimś azylem na chwilę, nawet jeśli miałby ogrzewać mnie przez moment.

Helena, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama