Reklama

Wyjeżdżałam do sanatorium z myślą, że to tylko kilka tygodni leczenia i zmiany powietrza. Spakowałam walizkę starannie, jak zawsze, zostawiając w domu porządek i listę spraw do załatwienia. Nie żegnałam się długo. Dopiero w pociągu dotarło do mnie coś niepokojącego: zamiast ścisku w żołądku poczułam ulgę.

Cieszyłam się na ten wyjazd

Dzień wyjazdu zaczął się jak każdy inny. Wstałam wcześniej, żeby zdążyć zrobić wszystko jak należy. Zostawiłam obiad w lodówce, rozpisałam leki na kartce i położyłam ją na stole, dokładnie tam, gdzie Bogdan zawsze siadał. Kiedy wyszłam z łazienki z walizką, stał w przedpokoju i poprawiał kurtkę.

Masz wszystko? – zapytał, nie patrząc na mnie.

– Chyba tak – odpowiedziałam po chwili.

„Chyba” zawisło między nami, ale żadne z nas nie spróbowało go doprecyzować. Pocałunku nie było. Uścisku też nie. Tylko szybkie „uważaj na siebie” rzucone w stronę drzwi, które zamknęły się za mną z suchym kliknięciem. Zatrzymałam się na klatce schodowej, jakby coś miało mnie dogonić. Nic się nie wydarzyło.

W pociągu usiadłam przy oknie. Krajobraz przesuwał się powoli, a ja czułam, jak napięcie, którego nawet nie zauważałam, zaczyna ze mnie schodzić. To było niepokojące. Przez lata wyjazdy wiązały się z nieustannym myśleniem, czy wszystko w domu działa, czy Bogdan sobie poradzi, czy nie zapomniałam o czymś ważnym. Tym razem myśli nie wracały.

Zamiast tego przypominałam sobie poranki spędzone na krzątaniu się, rozmowy ograniczone do spraw organizacyjnych, wieczory, w których mówiłam coś tylko po to, żeby wypełnić ciszę. Zawsze byłam tą odpowiedzialną. Tą, która pamiętała, planowała i dostosowywała się.

Sanatorium przywitało mnie zapachem czystości i spokojem. Pokój dzieliłam z Danutą, kobietą o przenikliwym spojrzeniu i krótkich, konkretnych zdaniach.

– Pierwszy raz? – zapytała, gdy rozpakowywałam rzeczy.

– Tak – odpowiedziałam.

– To dobrze. Najwięcej odkrywa się właśnie wtedy – rzuciła z lekkim uśmiechem.

Wieczorem leżałam na łóżku i wsłuchiwałam się w ciszę, przerywaną tylko odległymi krokami na korytarzu. Nie bolała. Nie uwierała. Była jak miękka kołdra. Zamiast tęsknoty pojawiło się zdziwienie. I pytanie, które nie dawało spokoju: kiedy ostatni raz byłam sama ze sobą i dlaczego tak dawno temu przestało mi to być potrzebne?

Nie chciałam rozmawiać z mężem

Pierwszy telefon zadzwonił jeszcze tego samego wieczoru. Ekran rozświetlił się znajomym imieniem. Spojrzałam na niego bez pośpiechu, jak na przedmiot, który stracił swoje znaczenie. Nie odebrałam. Odłożyłam aparat ekranem do dołu i wróciłam do patrzenia w okno. Byłam zaskakująco spokojna.

Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. I kolejnego. Bogdan dzwonił regularnie, zawsze o podobnych porach, jakby odhaczał obowiązek. Zorientowałam się, że przez lata odbierałam takie telefony automatycznie, nawet jeśli byłam zmęczona albo nie miałam nic do powiedzenia. Teraz cisza po nieodebranym połączeniu nie niosła winy. Raczej ulgę.

– Nie odbierasz? – zapytała Danuta, kiedy siedziałyśmy przy małym stoliku w świetlicy.

– Chyba nie mam na to siły – odpowiedziałam po chwili.

– Albo potrzeby – poprawiła mnie spokojnie. – To nie to samo.

Danuta mówiła wprost. O swoim rozwodzie opowiadała bez dramatyzmu, jak o decyzji, która przyszła późno, ale była konieczna.

– Lojalność bez bliskości to tylko przyzwyczajenie – rzuciła kiedyś, mieszając herbatę. – A przyzwyczajenia potrafią uwierać, kiedy próbujesz je zostawić.

Jej słowa wracały do mnie w nocy. Czułam wstyd, że nie tęsknię. Złość, że wcześniej nie zauważyłam, jak bardzo przywykłam do roli. I zdziwienie, że telefon w dłoni może tyle ważyć.

Kiedy na ekranie pojawiła się wiadomość od Bogdana, krótka i rzeczowa, poczułam zmęczenie. Nie smutek. Nie strach. Zmęczenie ciągłym byciem dostępną, wyjaśniającą, gotową. Położyłam się wcześniej. Zrozumiałam, że to milczenie nie jest karą. Jest wyborem. A ja po raz pierwszy od dawna pozwalałam sobie go dokonać.

Spędzałam miło czas

Jerzego poznałam zupełnie zwyczajnie. Stał przede mną w kolejce na zabieg, trzymając w dłoni kartkę z godzinami, jakby sprawdzał ją po raz dziesiąty. Kiedy podniosłam wzrok, uśmiechnął się niepewnie.

– Te godziny ciągle się zmieniają, czy tylko ja nie umiem ich zapamiętać? – zapytał.

Chyba wszyscy mamy z tym problem – odpowiedziałam i sama się zdziwiłam, że mówię to bez napięcia.

Zaczęliśmy rozmawiać krótkimi zdaniami. O pogodzie, o jedzeniu, o tym, że czas tutaj płynie inaczej. Bez pośpiechu. Bez potrzeby popisywania się czymkolwiek. Podczas spacerów Jerzy często milczał, ale to nie było krępujące. Kiedy coś mówiłam, słuchał uważnie, nie poprawiał, nie kończył za mnie myśli.

– Masz spokojny głos – powiedział pewnego razu. – Taki, którego dobrze się słucha.

Te słowa były miłe, bo w domu nikt nigdy nie zwracał uwagi na to, jak mówię. Ważniejsze było, co trzeba załatwić, co jest nie tak, co należałoby zrobić lepiej.

Zauważyłam, że przy Jerzym nie muszę się pilnować. Nie tłumaczyłam się z ciszy ani z emocji. Wystarczyło, że byłam. I to odkrycie było trudniejsze, niż się spodziewałam. Bo skoro obcy człowiek potrafił dać mi spokój, dlaczego przez lata nie znajdowałam go w swoim własnym domu?

Wieczorami wracałam do pokoju z myślą, że coś się we mnie zmienia. Nie był to zachwyt ani ekscytacja. Raczej delikatne, bolesne uświadomienie, jak bardzo byłam niewidoczna. I że brak krzyku czy awantur nie zawsze oznacza harmonię.

Telefon znów zawibrował. Tym razem nawet na niego nie spojrzałam. Siedziałam na łóżku, słuchając odgłosów korytarza i wiedziałam, że ta uważność, której doświadczam, nie dotyczy Jerzego. Dotyczy mnie samej. I tego, że w końcu zaczęłam siebie słyszeć.

Wspominałam swoje życie

Samotne wieczory miały w sobie coś bezlitosnego. Kiedy gasły światła na korytarzu, a Danuta odwracała się na swoim łóżku, myśli wracały jak nieproszeni goście. Przypominałam sobie początki małżeństwa z Bogdanem – wspólne plany, rozmowy do późna, poczucie, że jesteśmy drużyną. Trudno było wskazać moment, w którym to się rozmyło. Nie było jednego zdarzenia. Raczej tysiące drobnych rezygnacji.

Widziałam siebie, jak przestaję mówić o zmęczeniu, bo inni mają gorzej. Jak odkładam swoje potrzeby na później, które nigdy nie nadchodziło. Jak milknę w połowie zdania, gdy Bogdan przewracał oczami albo poprawiał mnie przy obcych. Nie robił tego złośliwie. Po prostu przywykł, że ma rację, a ja przywykłam, że ustępuję.

Pewnego wieczoru znalazłam w telefonie starą wiadomość od niego. Krótką, rzeczową, pełną pretensji o coś zupełnie błahego. Kiedyś taka treść wywołałaby we mnie niepokój. Teraz poczułam tylko ciężar w ramionach, jakby ktoś położył mi na nich dodatkowe lata.

– Wiesz – odezwała się Danuta w półmroku – czasem najbardziej boli to, że pozwoliłyśmy się stłamsić.

Nie odpowiedziałam od razu. Wiedziałam, że mówi także o mnie. Żal, który poczułam, nie był skierowany wyłącznie w stronę Bogdana. Najbardziej bolało mnie to, jak konsekwentnie sama siebie pomijałam. Jak łatwo godziłam się na życie w trybie czekania.

Kolejna wiadomość od męża przyszła następnego dnia. Była chłodna, pełna wyrzutów i niepokoju o rzeczy, które zawsze brałam na siebie. Czytając ją, nie poczułam potrzeby tłumaczenia się. Tylko zmęczenie. G

Zrozumiałam wtedy, że to, co nazywałam lojalnością, często było strachem przed zmianą. A strach potrafi trzymać mocniej niż miłość. I choć nie byłam jeszcze gotowa na decyzje, jedno stało się jasne: emocjonalnie odeszłam dużo wcześniej, zanim wyjechałam z domu.

Mąż miał pretensje

Telefon zadzwonił w niedzielne popołudnie, kiedy pakowałam już część rzeczy. Zostawiłam to na ostatni dzień, celowo, jakby odwlekanie miało dać mi jeszcze trochę czasu dla siebie. Spojrzałam na ekran i tym razem nie odwróciłam go ekranem do dołu. Usiadłam na łóżku i odebrałam.

– No wreszcie – usłyszałam zamiast powitania. – Martwiłem się. Dlaczego nie odbierałaś?

Przez chwilę słuchałam jego oddechu. Był zdenerwowany, może nawet zły, ale nie czułam potrzeby, by go uspokajać.

– Potrzebowałam ciszy – powiedziałam spokojnie.

– Jakiej ciszy? Przecież jesteśmy małżeństwem. Powinnaś dać znać. Człowiek nie wie, co się dzieje – mówił szybko, jak zawsze, kiedy coś wymykało mu się spod kontroli.

– Właśnie o to chodzi – przerwałam mu łagodnie. – Zawsze „powinnam”. Zawsze coś jest do zrobienia, do wytłumaczenia, do dopilnowania.

Zapadła krótka pauza.

– Przesadzasz – rzucił w końcu. – Zawsze tak było.

I wtedy zrozumiałam wszystko. Tak, zawsze tak było. Tylko że ja już nie chciałam, żeby było dalej. Nie poczułam strachu przed samotnością. Nie pojawiła się panika ani myśl, że bez niego sobie nie poradzę. Było we mnie tylko zmęczenie i dziwny spokój.

– Właśnie dlatego odebrałam dopiero teraz – odpowiedziałam. – Musiałam pomyśleć o sobie.

Rozmowa zakończyła się chłodno. Bez wielkich słów, bez obietnic. Odłożyłam telefon i siedziałam jeszcze długo w ciszy. Nie płakałam. Czułam, że coś się domknęło.

W dniu wyjazdu spakowałam walizkę bez pośpiechu. Danuta spojrzała na mnie uważnie.

– Co teraz? – zapytała.

– Teraz wracam – odpowiedziałam. – Ale nie do tego samego życia.

Nie wiedziałam jeszcze, jakie decyzje podejmę. Wiedziałam jedno: te nieodebrane telefony nie były buntem ani karą. Były sygnałem, że obudziłam się po latach i zobaczyłam prawdę, od której wcześniej odwracałam wzrok. Miłość nie znika nagle. Ona cicho umiera, dzień po dniu, w braku uważności. A ja wreszcie przestałam udawać, że tego nie widzę.

Krystyna, 60 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama