Reklama

Wyjechałam do sanatorium z myślą, że to będzie tylko chwilowa zmiana miejsca. Oficjalnie jechałam dla zdrowia, nieoficjalnie — żeby wreszcie przestać być w ciągłej gotowości. Po raz pierwszy od lat nikt nie wołał mnie po imieniu z prośbą, nikt nie czekał na obiad ani na rozwiązanie swoich spraw. Ta cisza była obca, ale kojąca. Dopiero tam zrozumiałam, jak bardzo byłam zmęczona, choć przez całe życie nie dawałam sobie prawa, by tak to nazwać.

Anonimowość działała jak balsam

Pierwszego ranka obudziłam się bez dźwięku budzika. To było dla mnie tak nienaturalne, że przez chwilę leżałam nieruchomo, wpatrując się w sufit i nasłuchując, czy za chwilę ktoś mnie nie zawoła. Zamiast tego zza uchylonego okna dochodził jedynie szelest drzew i stłumione głosy innych kuracjuszy idących na śniadanie. Poczułam coś na kształt ulgi, choć nie umiałam jeszcze nazwać tego uczucia.

Zabiegi miały swoje godziny, posiłki swoje miejsce, a ja po raz pierwszy od dawna nie musiałam niczego pilnować w głowie. Nie myślałam, czy w lodówce jest wystarczająco dużo jedzenia dla Leny, ani czy Paweł zdąży z pracy, ani czy Kinga będzie niezadowolona, że znów coś zrobię nie tak. W sanatorium byłam jedną z wielu kobiet po sześćdziesiątce, z opaską na ręce i numerem pokoju. I ku mojemu zaskoczeniu, ta anonimowość działała jak balsam.

Helenę poznałam pierwszego dnia. Siedziała na łóżku, rozpakowując walizkę z taką pewnością ruchów, jakby robiła to regularnie.

— Trzeci raz tutaj jestem — powiedziała, zauważając moje nieporadne krążenie po pokoju. — Za pierwszym razem płakałam z poczucia winy, za drugim już tylko trochę, a teraz… teraz śpię jak dziecko. — Zaśmiała się cicho, a ja poczułam ukłucie zazdrości.

Dla mnie samo przyznanie, że czuję ulgę, było czymś wstydliwym. Jakby odpoczynek był nagrodą, na którą jeszcze nie zasłużyłam. W kolejnych dniach zaczęłam łapać rytm. Poranna kawa wypita powoli, bez zerkania na zegarek. Spacer po parku, gdzie nikt mnie nie znał i nikt ode mnie niczego nie chciał. Czasem siadałam na ławce obok Heleny i słuchałam, jak opowiada o swoich córkach, o tym, że nauczyła się mówić „nie”, nawet jeśli głos jej przy tym drżał.

— Zmęczenie to nie jest wina — powiedziała któregoś dnia, patrząc na mnie uważnie. — To sygnał.

Te słowa zostały we mnie na dłużej. Zaczęłam ostrożnie przyglądać się sobie bez oceniania. Zauważyłam, jak bardzo moje ciało potrzebowało tego spokoju, jak myśli przestawały się ścigać. Ulga była cicha, niepewna, jakby bała się, że ktoś ją zaraz odbierze. Jeszcze nie wiedziałam, jak krucha jest ta równowaga.

Rozłączyliśmy się chwilę później

Telefon zadzwonił wieczorem, kiedy wróciłam z kolacji i siedziałam na łóżku w kapciach, z książką na kolanach. Przez sekundę wahałam się, czy odebrać. Ekran podświetlił imię Pawła i poczułam, jak coś we mnie automatycznie się napina, jakbym znów miała wstać za szybko z krzesła.

— Mamo? — Jego głos był rzeczowy. — Masz chwilę?

— Mam — odpowiedziałam, choć już wiedziałam, że ta chwila nie będzie lekka.

Nie zapytał, jak się czuję. Nie zapytał, czy sanatorium mi służy. Od razu przeszedł do rzeczy, jakby rozmowa była zaległym obowiązkiem.

— Kinga ledwo ogarnia — powiedział. — Wiesz, jak jest z Leną po przedszkolu. Płacze, marudzi, a ja wracam późno. Myślałem, że pomożesz, a ty… no, jesteś tam.

To „tam” zabrzmiało jak zarzut.

— Paweł, mówiłam, że wyjeżdżam na trzy tygodnie — zaczęłam ostrożnie. — To było zaplanowane.

— No tak, ale nie sądziłem, że tak się odetniesz — westchnął. — Zawsze byłaś pod ręką.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam przyznać. Złapałam się na tym, że zaczynam się tłumaczyć, choć nikt mnie o to wprost nie prosił.

— Ja też mam swoje zdrowie — powiedziałam ciszej. — Lekarz…

— Nie chodzi o to, że nie masz prawa odpocząć — przerwał mi. — Tylko wiesz… wszystko się teraz sypie.

Słuchałam go i czułam, jak spokój z ostatnich dni odpływa. W głowie zaczęły pojawiać się obrazy: Lena stojąca w drzwiach, Kinga z zaciśniętymi ustami, niewypowiedziane pretensje. Poczułam znajome ukłucie winy, to samo, które przez lata popychało mnie do działania, zanim ktoś zdążył poprosić.

— Może… mogłabym wrócić trochę wcześniej — wymknęło mi się.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, a potem Paweł odetchnął z ulgą.

— Wiedziałem, że zrozumiesz — powiedział.

Rozłączyliśmy się chwilę później. Odłożyłam telefon na stolik i nagle poczułam, że w pokoju zrobiło się duszno. Helena spojrzała na mnie znad okularów.

— Wszystko w porządku? — zapytała.

Skinęłam głową, choć sama nie byłam tego pewna. Leżąc później w łóżku, zamiast ciszy słyszałam w głowie jego głos. Po raz pierwszy od przyjazdu pomyślałam, że mój odpoczynek może być luksusem, na który nie powinnam sobie pozwalać.

Ta myśl była przerażająca

Od tamtej rozmowy coś się we mnie przesunęło. Chodziłam na zabiegi, siadałam przy stole w jadalni, słuchałam rozmów wokół, ale już nie byłam w tym wszystkim do końca. Jakby jedna część mnie została w sanatorium, a druga wróciła myślami do domu i zaczęła pilnować rzeczy, które beze mnie przecież jakoś istniały. Patrzyłam na inne kobiety z turnusu. Jedna z nich odliczała dni do końca pobytu, zapisując je starannie w notesie. Inna planowała, że po powrocie zapisze się na zajęcia w domu kultury, bo „szkoda zdrowia, żeby je marnować na ciągłe czekanie”.

Słuchałam ich i czułam ukłucie czegoś między zazdrością a lękiem. One mówiły o swoim czasie tak, jakby naprawdę do nich należał. Z Heleną coraz częściej milczałyśmy razem. To było dobre milczenie, takie, które nie domaga się wyjaśnień. Któregoś popołudnia usiadłyśmy na ławce w parku. Liście szumiały cicho, a ja nagle poczułam potrzebę, by powiedzieć coś na głos:

— Myślisz, że to normalne, że człowiek się boi odpoczywać? — zapytałam, wpatrując się w alejkę.

Helena nie odpowiedziała od razu. Przez chwilę przyglądała się przechodzącym ludziom.

— Ja się bałam przez czterdzieści lat — powiedziała w końcu. — A potem zrozumiałam, że jeśli ja o siebie nie zadbam, to nikt mnie w tym nie wyręczy.

Te słowa zabrzmiały jak oskarżenie, choć wiedziałam, że nie były nim wcale. Uświadomiłam sobie, jak bardzo całe życie byłam „pod ręką”. Nie tylko dla Pawła. Dla wszystkich. Zawsze dostępna, zawsze gotowa, jakby moje istnienie miało sens tylko wtedy, gdy ktoś czegoś ode mnie potrzebował. Tego wieczoru długo siedziałam w pokoju, patrząc na walizkę stojącą pod ścianą. Pomyślałam, że jeśli teraz wrócę, jeśli znów powiem sobie, że „tak trzeba”, to już nigdy nie wyjadę tylko dla siebie.

Ta myśl była przerażająca. Równocześnie jednak bałam się, co stanie się, jeśli po raz pierwszy nie wrócę na zawołanie. Czułam pęknięcie między kobietą, którą byłam przez lata, a tą, która dopiero zaczynała się we mnie odzywać. Jeszcze nie wiedziałam, którą z nich wybiorę.

Złość mieszała się ze strachem

Tej nocy prawie nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, a w głowie układałam rozmowy, które jeszcze się nie wydarzyły. Widziałam Lenę siedzącą przy stole z zeszytem, Kingę krzątającą się po kuchni i Pawła, który mówi, że przecież wiedział, że na mnie można liczyć. Każdy z tych obrazów ciągnął mnie w swoją stronę. Nad ranem wstałam i usiadłam na łóżku. Helena jeszcze spała. Przez chwilę patrzyłam na jej spokojną twarz i pomyślałam, że ona potrafiła już wybrać siebie. Ja wciąż stałam w rozkroku.

Telefon leżał na stoliku. Wzięłam go do ręki i zanim zdążyłam się rozmyślić, wybrałam numer Pawła.

— Mamo? Coś się stało? — odebrał z wyraźnym zaskoczeniem.

— Nie… chciałam tylko zapytać, jak sobie radzicie — zaczęłam niepewnie.

— Jakoś — odpowiedział. — Lena wczoraj długo nie mogła zasnąć. Kinga jest zmęczona.

Zapadła cisza. Czekałam, aż powie coś jeszcze, jakby od jego słów zależała moja decyzja.

— Myślałam — odezwałam się w końcu — że może wrócę wcześniej.

Po drugiej stronie usłyszałam ulgę, której nawet nie próbował ukryć.

— Naprawdę? To by nam bardzo pomogło.

— Ale wiesz… — Zawahałam się. — Miałam zostać do końca turnusu.

— Mamo. — Jego głos stwardniał. — Rodzina jest ważniejsza niż jakieś wyjazdy.

Te słowa zapadły mi w pamięć na długo. Rozłączyłam się, czując, jak w gardle mnie ściska. Złość mieszała się ze strachem. Złość, że znów tak łatwo mnie postawiono pod ścianą. Strach, że jeśli teraz odmówię, coś pęknie nieodwracalnie.

Helena obudziła się chwilę później i spojrzała na mnie uważnie.

— Wracasz — stwierdziła, nie pytając.

— Chyba tak — odpowiedziałam. — Oni mnie potrzebują.

— A ty? — zapytała cicho.

Nie umiałam jej odpowiedzieć. Zamiast tego zaczęłam składać ubrania. Każdy ruch był jak przyznanie się do porażki, choć wmawiałam sobie, że robię to, co trzeba. Decyzja zapadła nie z potrzeby serca, ale z poczucia obowiązku, które znałam aż za dobrze.

Robiłam to samo, co zawsze

Pakowałam walizkę szybko, nerwowo, jakby ktoś stał za drzwiami i liczył mi minuty. Sweter, który jeszcze wczoraj dawał mi poczucie bezpieczeństwa, teraz był tylko kolejną rzeczą do złożenia. W pewnym momencie usiadłam na łóżku i znieruchomiałam. Dotarło do mnie coś, od czego zrobiło mi się zimno. Nikt mi nie kazał wracać.

Paweł nie powiedział: „Przyjedź natychmiast”. Kinga nie zadzwoniła z prośbą. Lena nie płakała w słuchawkę. To ja sama, szybciej niż ktokolwiek, uznałam, że powinnam. Że tak trzeba. Że moja obecność jest oczywista, a moja nieobecność to problem.

W domu wszystko wróciło na swoje miejsce w ciągu kilku godzin. Lena podała mi plecak, Kinga bez słowa postawiła zakupy na blacie, Paweł rzucił tylko:

— Dobrze, że jesteś.

I to było wszystko. Żadnych pytań, żadnego „jak było”. Hałas, pośpiech, cudze potrzeby znów przykryły moje zmęczenie jak kurz. Szybciej, niż się spodziewałam. Ale we mnie już coś nie pasowało. Każde „mamo, zrobisz”, każde spojrzenie pełne oczekiwania bolało bardziej niż wcześniej. Wiedziałam już, że to nie życie mnie tak bardzo niszczy, tylko moja zgoda na bycie zawsze dostępną. I że syn nauczył się tego ode mnie.

Nie miałam jeszcze odwagi nic zmieniać. Robiłam to samo, co zawsze. Ale robiłam to z wiedzą, że za każdą taką zgodę płacę sobą. I że jeśli nic się nie zmieni, któregoś dnia naprawdę mnie tu nie będzie — choć fizycznie wciąż będę stała w tej kuchni.

Irena, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama