Reklama

Z Krzyśkiem byłam od czterech lat. Poznaliśmy się jeszcze na studiach, zamieszkaliśmy razem w kawalerce po jego babci. Nie było luksusów – łóżko skrzypiało przy każdym ruchu, a czajnik elektryczny trzeba było stukać, żeby zaskoczył – ale byłam szczęśliwa. Mieliśmy siebie. Planowaliśmy ślub, odkładaliśmy na wkład własny na większe mieszkanie. On pracował w warsztacie samochodowym, ja kształciłam się na pielęgniarkę i szukałam lepszej pracy.

Kiedy pojawiła się oferta z Danii, długo się wahałam. Wyjazd na rok, kontrakt w szpitalu, zakwaterowanie i wypłata, jakiej w Polsce nigdy bym nie zobaczyła. Pieniądze mogłyby nas przybliżyć do wymarzonego mieszkania. Mimo to bałam się – tęsknoty, samotności, życia na obczyźnie. Krzysiek złapał mnie wtedy za rękę i powiedział:

– Jedź, Martyna. Damy radę. Ja tu na ciebie poczekam.

Wierzyłam mu. Zawsze był czuły, troskliwy, łagodny. Nigdy nie dał mi powodów do niepokoju. Ostatni wieczór spędziliśmy razem, przytuleni pod kocem, jakbyśmy oboje czuli, że coś się zmienia. Na lotnisku tulił mnie tak mocno, że prawie nie mogłam oddychać.

– Kocham cię – powiedział wtedy – i będę na ciebie czekał. Możesz mi zaufać.

Dzisiaj wiem, że nie wszystkie obietnice są warte tyle, ile byśmy chcieli.

Zobaczyłam to zdjęcie

Minęły trzy miesiące od mojego wyjazdu. Pracowałam w duńskim szpitalu, głównie na nocnych zmianach, bo tak więcej zarabiałam. Byłam zmęczona, ale dumna z siebie. Wysyłałam pieniądze do Polski na wspólne konto. Krzysiek pisał codziennie – krótkie wiadomości, czasem tylko: „Kocham cię. Tęsknię. Trzymaj się”. Nie było rozmów godzinami, jak na początku, ale mówiłam sobie, że to normalne. Że oboje mamy dużo na głowie.

Pewnego wieczoru po dyżurze leżałam na łóżku, przewijając zdjęcia w aplikacji. Nagle zatrzymałam się na zdjęciu z domówki u koleżanki z uczelni. Było ich kilka – śmiejący się ludzie, muzyka, plastikowe kubki. I nagle – Krzysiek. Na jednym ze zdjęć obejmował jakąś dziewczynę. Jej ręka była na jego klatce piersiowej. Patrzyła na niego tak jak ja kiedyś.

Zamarłam. Serce waliło mi jak oszalałe. Przewinęłam zdjęcie z powrotem. To nie mogło być... A jednak. Napisałam do niego od razu:

– „Dlaczego mi nie powiedziałeś, że byłeś na tej imprezie? Kim są te dziewczyny?”.

Odpowiedź przyszła po chwili:

– „To tylko impreza. Chciałem się trochę rozerwać. Tańczyliśmy. Nic się nie działo”.

Wbiło mnie w materac. Napisałam jeszcze:

– „Nie sądzisz, że powinnam o tym wiedzieć?”.

– „Przesadzasz, Martyna. Serio. Nic się nie stało”.

Zgasiłam telefon i wbiłam wzrok w sufit. Czy naprawdę miał prawo się „rozerwać”? Czy tylko ja tu walczę o lepsze wspólne życie?

Przyjaciółka napisała prawdę

Nie spałam prawie całą noc. W głowie kłębiły mi się myśli – czy to możliwe, że mnie zdradził? Czy może przesadzam? Wpatrywałam się w jego zdjęcie w telefonie, jakby miało mi cokolwiek powiedzieć. Twarz znajoma, ale obca. Pisał krótkie wiadomości bez czułości. Zawsze miał „dużo roboty”, „padnięty po pracy”. Zbywał mnie. Ja się martwiłam, a on… bawił się w objęciach innych.

Kilka dni później dostałam wiadomość od Izy – przyjaciółki, która znała nas oboje od lat. Nie pisała z byle czym. Serce mi stanęło, gdy zobaczyłam, co wysłała:

– „Martyna, nie wiem, czy powinnam, ale… muszę ci coś powiedzieć. On cię zdradzał. I to nie raz”.

Zadzwoniłam od razu.

Od kiedy? – zapytałam cicho, trzymając telefon, jakby miał zniknąć.

– Praktycznie od razu po twoim wyjeździe. Najpierw z jakąś z pracy, potem z inną... Na początku nie byłam pewna. Nie chciałam ci mówić, ale nie mogę już patrzeć, jak ty się dla niego poświęcasz.

– Ale on... przysięgał, że będzie czekać – wydukałam.

– Martyna, on cię okłamuje. Każdy w mieście o tym wie, tylko nie ty.

Zsunęłam się po ścianie, jakby ktoś odjął mi nogi. Nie mogłam złapać oddechu. Przecież to nie miało się tak skończyć. Mieliśmy plan, przyszłość. Siedziałam tak długo i słuchałam Izy. W końcu wyszeptałam:

– Nie wiem, co mam robić.

– Ja wiem. Nie możesz już mu ufać.

Wtedy coś we mnie zgasło. Złość powoli wypierała żal.

Zapytałam go wprost

Wzięłam głęboki wdech i nacisnęłam zieloną słuchawkę. Dłoń drżała, ale wiedziałam, że muszę to zrobić. Krzysiek odebrał po kilku sygnałach.

– Hej, wszystko w porządku? – zapytał, jakby nic się nie stało.

– Czy spałeś z kimś innym? – zapytałam prosto, bez owijania. Cisza po drugiej stronie trwała zbyt długo.

– Martyna, posłuchaj, to nie tak... Byłem sam. Potrzebowałem bliskości, czułości... Przysięgam, że to nic nie znaczyło.

Zamknęłam oczy. Powtarzał słowa, których nauczył się chyba z kiepskiego filmu.

– Myślisz, że ja tu nie jestem sama? Ty miałeś na mnie czekać, Krzysiek! Obiecywałeś!

– Nie chciałem cię skrzywdzić... Po prostu nie dawałem sobie rady. To było silniejsze ode mnie.

To trzeba było powiedzieć. A nie kłamać mi w żywe oczy!

– Kochanie, proszę... Nie dramatyzujmy. To tylko kilka błędów...

Zacisnęłam pięść. „Tylko kilka błędów”. Kilka? Te słowa jeszcze wzmogły moją wściekłość.

Kilka błędów?! To była nasza przyszłość! Nasze zaufanie!

Milczał.

– Martyna... ja cię naprawdę kocham.

Nie odpowiedziałam. W głowie miałam tylko jedno: on się mnie już nie boi. Nie liczy ze mną. Nie czuje wstydu. Rozłączyłam się. Spojrzałam na ekran – jego zdjęcie na tapecie. Wytarłam policzki. To był koniec. Nawet jeśli jeszcze tego nie powiedziałam.

Straciłam wszystkie marzenia

Kolejne dni zlewały się w jedną szarą masę. Chodziłam do pracy, wracałam, jadłam byle co, spałam źle. Czasem płakałam w łazience, czasem w autobusie. Z nikim nie rozmawiałam. Nawet Iza zaczęła pisać rzadziej, jakby się bała, że i ją odtrącę.

W pracy jedna z koleżanek, Polka, zapytała któregoś dnia:

– Martyna, wszystko w porządku? Wyglądasz jak cień.

Zawahałam się chwilę. W końcu odpowiedziałam cicho:

Zaufałam nie temu facetowi, co trzeba.

Nie dopytywała. Położyła mi tylko rękę na ramieniu.

Każdego dnia walczyłam ze sobą. Czy wracać? Czy jechać do niego? A może porozmawiać z którąś z tych kobiet? Zobaczyć w ich oczach, czy to była przygoda, czy coś więcej? Potrzebowałam zrozumieć, dlaczego. Dlaczego tak łatwo mnie przekreślił. A może to ja coś zrobiłam nie tak? Może byłam zbyt wymagająca? Może przestraszył się odpowiedzialności?

Obwiniałam się. W kółko analizowałam, szukałam momentu, w którym wszystko zaczęło się sypać. Przypominałam sobie każdą rozmowę przed moim wyjazdem. Czy było tam coś, czego nie zauważyłam? Patrzyłam w lustro i nie poznawałam tej dziewczyny, która kiedyś miała marzenia i planowała ślub. Każdego dnia stawiałam się do pracy, mimo że w środku wszystko we mnie krzyczało. Nie chodziło już o Krzyśka. Chodziło o mnie.

Nagle wszystko zrozumiałam

Wróciłam do Polski na kilka dni. Miałam urlop, który i tak musiałam wykorzystać, ale nie potrafiłam usiedzieć w Danii, wiedząc, że on chodzi sobie po tych samych ulicach, że oddycha tym samym powietrzem, jakby nic się nie stało.

Spotkaliśmy się w kawiarni. Krzysiek był spięty, ale nie wyglądał na skruszonego. Przyszedł w nowej kurtce, z telefonem w dłoni, jakby się spieszył.

– Cześć – rzucił, jakbyśmy się nie widzieli od tygodnia, nie od miesięcy, które zmieniły wszystko.

Dlaczego nie mogłeś być szczery? – zapytałam prosto, patrząc mu w oczy.

Wzruszył ramionami. Popatrzył na filiżankę z kawą, jakby nagle stała się interesująca.

Nie chciałem cię stracić. Ale też nie chciałem być sam.

Przez chwilę nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. To było tak żałośnie szczere, że aż nieprawdopodobne.

– To trzeba było nie przysięgać – odpowiedziałam. – Nie mówić, że będziesz czekać. Nie grać roli, której nie byłeś gotów udźwignąć.

– Martyna... ja po prostu nie jestem taki silny, jak myślałem. Nie nadaję się do życia na odległość.

Zrozumiałam wtedy, że nie tylko mnie zdradził. Zdradził też własne słowa. Swoją wizję siebie. Nie był zdrajcą z powieści. Był chłopakiem, który się pogubił, który nie dorósł. Nie wiedział, czego chce, więc brał wszystko, co mu łatwo przyszło. Patrzyłam na niego i już nie czułam bólu. Tylko pustkę i ulgę.

Wyszłam z tego cała

Wróciłam do Danii i od razu rzuciłam się w wir pracy. Nie żeby mi to jakoś szczególnie pomagało – wieczorami nadal nie mogłam zasnąć, a poranki witałam z zaciskiem w żołądku. Praca mnie przytłaczała, ale dawała iluzję normalności. Miałam kontakt z ludźmi, ratowałam innych – choć siebie nie potrafiłam.

Z Krzyśkiem już nie pisałam. On kilka razy próbował – raz zapytał, jak się czuję, innym razem napisał, że mu się śniłam. Nie odpowiadałam na żadne wiadomości. Nie miałam już siły rozgrzebywać ran.

Z czasem ból przestał być ostry. Stał się tępym, przewlekłym uciskiem. Żyłam dalej. Zaczęłam więcej wychodzić z koleżankami z pracy, rozmawiać, śmiać się z głupot. Nie czułam się jeszcze szczęśliwa. Nie byłam jednak już tamtą dziewczyną z lotniska, która wierzyła, że miłość to tylko kwestia przetrwania odległości.

Zrozumiałam, że przyszłości nie buduje się z kimś, kto nie potrafi być lojalny wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebujesz. Że zaufanie nie wraca na zawołanie. Nie wierzę już w wieczną miłość. Wierzę, że zasługuję na coś więcej niż okruchy uwagi.

Martyna, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama