„Pojechałam do Krynicy jako zbolała wdowa, a wróciłam z wiosną w sercu. W życiu szkoda czasu na opłakiwanie przeszłości”
„Weszliśmy na parkiet. Jego dłoń na moich plecach była ciepła i pewna. Przyciągnął mnie bliżej, niż wymagała tego przyzwoitość. Piosenka była wolna. Poczułam zapach jego wody kolońskiej. Oparłam głowę na jego ramieniu”.

Pakując walizkę, czułam, że zdradzam pamięć o Januszu. Każda złożona bluzka, każda para butów wydawała mi się aktem nielojalności, jakbym przygotowywała się do ucieczki z naszego wspólnego życia, które nagle stało się życiem w liczbie pojedynczej.
Tęskniłam za nim
Kiedy wysiadłam z autobusu w Krynicy, uderzyło mnie zimne, ostre powietrze. Szaro, buro, bez nadziei na słońce. Ciągnęłam za sobą walizkę na kółkach, której stukot o nierówny chodnik brzmiał jak wyrok. Janusz nie żył od roku i trzech miesięcy. Przez ten czas stałam się mistrzynią w budowaniu murów. Odgrodziłam się od przyjaciół, którzy nie wiedzieli, jak ze mną rozmawiać, od dzieci, które próbowały mnie naprawić na siłę, i od samej siebie. Modliłam się tylko o jedno: żeby moja współlokatorka była niemową. Niestety, los bywa złośliwy.
– Jola jestem! – krzyknęła kobieta w panterkowej bluzce, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć drzwi. – Rozwódka, dwa koty, nadciśnienie i chęć na przygodę. A ty?
Spojrzałam na nią, czując, jak narasta we mnie zmęczenie.
– Marta. Wdowa.
To słowo zadziałało jak hamulec ręczny. Jola zamilkła na sekundę, jej twarz spoważniała, ale tylko na chwilę.
– Kochanie, to tym bardziej musisz się rozerwać. Tu się dzieją cuda, mówię ci. Turnus to jest życie w pigułce.
Nie chciałam tańczyć
Nie chciałam życia w pigułce. Chciałam ciszy. Rozpakowałam rzeczy, stawiając na szafce nocnej zdjęcie Janusza. Jego uśmiech sprawił, że gardło mi się ścisnęło. „Co ja tu robię, Janek?” – zapytałam w myślach. „Powinnam być w domu, pilnować twoich książek, a nie słuchać o dansingach”.
Pierwsze trzy dni były koszmarem rutyny. Śniadanie, zabiegi, obiad, spacer, kolacja. Czułam się jak w mechanizmie zegarowym, który ktoś nakręcił, ale zapomniał nadać mu sens. Unikałam ludzi. W stołówce siadałam przy oknie, wpatrując się w ośnieżone szczyty, byle tylko nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z innymi kuracjuszami.
Sanatorium to specyficzny mikrokosmos. Ludzie przyjeżdżają tu leczyć stawy i serca, ale to drugie często rozumieją opacznie. Kobiety w moim wieku, wystrojone jak na wesele już od śniadania, i mężczyźni wciągający brzuchy, taksujący wzrokiem każdą nową twarz. To targowisko próżności i desperacji napawało mnie obrzydzeniem. Jola każdego wieczoru próbowała wyciągnąć mnie na tańce.
– Nie możesz gnić w tym pokoju! Zdzisiek z 305 już pytał o ciebie.
– Zdzisiek ma obrączkę – zauważyłam chłodno.
– Ale żona została w Radomiu! – roześmiała się, pryskając lakierem do włosów.
Wyszła, zostawiając za sobą chmurę perfum. Zostałam sama z książką, której treści nie rozumiałam, bo myśli wciąż uciekały do Janusza. Do ciszy w domu, która dzwoniła w uszach.
Zaczął rozmowę
Czwartego dnia czekałam na korytarzu na okłady borowinowe. Obok mnie usiadł mężczyzna. Nie wyróżniał się niczym szczególnym.
– Też pani nienawidzi tego zapachu? – zapytał nagle.
Drgnęłam. Głos miał niski, spokojny, pozbawiony tej jowialnej nuty, którą słyszałam u innych kuracjuszy.
– Zapachu?
– Borowiny. Pachnie jak bagno, w którym utknęliśmy – powiedział i spojrzał na mnie. Miał oczy koloru wyblakłego nieba. Smutne oczy.
– Pachnie ziemią – poprawiłam go odruchowo. – Mi to nie przeszkadza. Ziemia jest szczera.
Uśmiechnął się kącikiem ust. To nie był uśmiech flirtu. To był uśmiech uznania.
– Piotr.
– Marta.
– Pierwszy raz? – zapytał.
– Tak. I chyba ostatni. Nie pasuję tutaj.
– Nikt tutaj nie pasuje, pani Marto. Wszyscy tylko udajemy, że naprawiamy kręgosłupy, a tak naprawdę próbujemy zagłuszyć ciszę. Ja uciekłem z Warszawy. Tam każda ulica mi przypomina o żonie.
Otworzyłam się
Zamarłam. To zostało wypowiedziane taką wielką literą, że nie miałam wątpliwości.
– O żonie? – zapytałam cicho.
– Ewa odeszła dwa lata temu. Nagle.
Poczułam ukłucie w sercu. Moje pożegnanie z Januszem trwało miesiące. Jego – sekundy.
– Mój mąż, Janusz… Mieliśmy rok, żeby się pożegnać, a i tak zabrakło czasu.
Piotr pokiwał głową.
– Czas to dziwna waluta. Zawsze mamy debet.
Zawołali mnie do gabinetu. Weszłam tam oszołomiona. To była pierwsza prawdziwa rozmowa, jaką przeprowadziłam od miesięcy. Bez użalania się, bez fałszywego pocieszania typu „czas leczy rany”. Zaczęliśmy się spotykać. Ale nie tak, jak myśli Jola czy reszta sanatorium. Nie było randek, nie było trzymania się za ręce. Spotykaliśmy się na kawie w pijalni wód, siadaliśmy na ławce w parku, mimo że mróz szczypał w policzki.
Piotr był inny. Nie próbował mi zaimponować. Opowiadał o Ewie z czułością, która na początku mnie bolała, a potem zaczęła koić. Ja opowiadałam mu o Januszu.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytał pewnego popołudnia, gdy szliśmy aleją w stronę Góry Parkowej. – Poczucie winy.
Rozumieliśmy się
Zatrzymałam się. Śnieg chrzęścił pod naszymi butami.
– Jakie poczucie winy? Przecież ich nie zabiliśmy.
– Nie o to chodzi. Poczucie winy, że ja tu jestem. Że czuję smak tej kawy, widzę ten śnieg, że żyję. A ona leży w zimnej ziemi. Czasem, jak się śmieję, bo zdarza mi się zaśmiać, to zaraz potem czuję się jak zdrajca. Jakbym nie miał prawa do radości.
Patrzyłam na niego i czułam, jak łzy napływają mi do oczu. On nazwał to, co mnie trawiło od środka.
– Mam to samo – wyszeptałam. – Kupiłam sobie nową sukienkę przed wyjazdem. Stałam przed lustrem i myślałam: „Dla kogo się stroisz, stara babo? Janusz cię nie zobaczy”. Odłożyłam ją. Przyjechałam w starych swetrach.
Piotr spojrzał na mnie intensywnie. W jego oczach coś błysnęło.
– Powinnaś była ją wziąć. Janusz pewnie wolałby widzieć cię w nowej sukience niż w żałobnym worku. Ewa by mnie kopnęła w kostkę, gdyby widziała, jak zdziadziałem.
Zaśmialiśmy się oboje. To był gorzki śmiech, ale prawdziwy. W tym momencie poczułam, że pancerz wokół mojego serca pęka. Tylko rysa. Ale to wystarczyło.
Dałam się namówić
Wróciłam do pokoju w dziwnym nastroju. Jola malowała paznokcie na krwistą czerwień.
– Widziałam cię z tym wysokim, smutnym – rzuciła, nie odrywając wzroku od dłoni. – Ten Piotr, tak? Inżynier z Warszawy. Podobno dziany, ale straszny gbur. Dziewczyny z 210 próbowały go zagadać przy kolacji, to tylko mruknął i wyszedł. A z tobą gada jak najęty.
– Rozumiemy się – ucięłam krótko, siadając na łóżku.
– Rozumiecie się… – Jola parsknęła. – Obudź się. Facet to facet. Jak gada, to znaczy, że bada grunt. Ale uważaj, bo wdowcy są najgorsi. Szukają pielęgniarki i gosposi w jednym, żeby zastąpić ideał.
– Piotr taki nie jest.
– Każdy taki jest, dopóki nie trzeba mu uprać skarpetek. Słuchaj, dzisiaj jest wieczorek zapoznawczy. Idziesz. Nie przyjmuję odmowy.
– Nie mam w co się ubrać.
– Pożyczę ci bluzkę z cekinami, na tobie będzie leżeć idealnie.
Chciałam odmówić, ale potem przypomniałam sobie słowa Piotra o „zdziadzieniu”. Czy naprawdę chciałam spędzić resztę życia, pielęgnując w sobie ból jak rzadki kwiat? Czy Janusz by tego chciał?
– Dobrze – powiedziałam. – Pójdę. Ale bez cekinów.
Dosłownie oniemiałam
Kilka dni później relacja między mną a Piotrem zaczęła ewoluować w stronę, której się bałam. Zaczęliśmy jadać razem posiłki. Ludzie szeptali. Czułam na sobie te lepkie spojrzenia. „O, wdówka już się pocieszyła”. Nienawidziłam ich, ale obecność Piotra była jak narkotyk. Dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Aż do czwartku.
Wyszłam wcześniej z masażu i skierowałam się do kawiarni. Z daleka zobaczyłam Piotra. Nie był sam. Przy stoliku siedziała młoda, atrakcyjna kobieta. Długa blond włosy, krótka spódniczka. Piotr trzymał ją za rękę. Głaskał jej dłoń. Zatrzymałam się jak wryta. Serce podeszło mi do gardła.
A więc Jola miała rację. Wszyscy faceci są tacy sami. Gbur dla starych bab, a dla młodej czuły wujek. Czułam się upokorzona, że ja, dorosła kobieta, uwierzyłam w tę duchową więź, w to porozumienie dusz ponad grobami. A on po prostu szukał rozrywki, a ja byłam tylko wypełniaczem czasu, zanim znajdzie coś lepszego. Zawróciłam na pięcie. W oczach miałam łzy wściekłości. Wróciłam do pokoju i zaczęłam pakować walizkę.
– Co ty robisz? – Jola weszła akurat z zabiegu.
– Wyjeżdżam. Mam dość tego cyrku.
– Ale turnus kończy się za trzy dni!
– Dla mnie skończył się dzisiaj.
Byłam wściekła
Wtedy usłyszałam pukanie do drzwi. Jola otworzyła. W progu stał Piotr. Wyglądał na zaniepokojonego.
– Marta? Nie przyszłaś. Czekałem.
Wyszłam z łazienki, trzymając w ręku kosmetyczkę jak broń.
– Nie przeszkadzam? Myślałam, że jesteś zajęty trzymaniem za rączkę tej blondynki.
Piotr zamrugał, zaskoczony moim atakiem.
– Blondynki?
– Nie udawaj. Widziałam was w kawiarni. Młoda, ładna. Pasuje do twojego kryzysu wieku średniego.
Jola patrzyła na nas z otwartymi ustami, jakby oglądała najlepszy odcinek brazylijskiej telenoweli. Piotr wszedł do pokoju, ignorując obecność mojej współlokatorki.
– To była moja córka.
Zamarłam. Kosmetyczka wypadła mi z ręki.
– Córka?
– Przyjechała mnie odwiedzić. Chciała sprawdzić, czy nie zapijam się na śmierć. Martwi się o mnie. Trzymałem ją za rękę, bo płakała. Rozwodzi się.
Zrobiło mi się gorąco. Rumieniec wstydu musiał być widoczny z kosmosu. Spojrzałam na Piotra i zobaczyłam w jego oczach nie złość, ale ulgę. I coś jeszcze. Troskę.
– O Boże… – usiadłam na brzegu łóżka. – Ale ze mnie idiotka.
– Zazdrosna idiotka – poprawiła Jola, uśmiechając się szeroko. – Czyli jednak ci zależy. Wiedziałam!
Pomyliłam się
Piotr podszedł do mnie.
– Kazałem jej wracać do domu. Powiedziałem, że jestem w dobrych rękach.
W tym momencie bariera pękła ostatecznie. Zrozumiałam, że moja wściekłość nie wynikała z urażonej dumy, ale ze strachu przed utratą go. Że Piotr nie jest już tylko towarzyszem niedoli. Stał się kimś ważnym.
Ostatni wieczór turnusu. Bal pożegnalny. Jola w końcu postawiła na swoim – ubrała mnie w granatową sukienkę, którą kupiła na lokalnym bazarku.
– Wyglądasz jak milion dolarów, a nie jak wdowa po Januszu – powiedziała, zapinając mi zamek.
Zabrzmiało to brutalnie, ale potrzebowałam tej brutalności.
Zeszłam na dół. Sala była udekorowana balonami, zespół grał szlagiery Krzysztofa Krawczyka. Piotr czekał przy wejściu. Miał na sobie garnitur. Wyglądał… męsko.
– Zatańczysz? – wyciągnął rękę.
Wahałam się. Od śmierci Janusza nie tańczyłam. Czułam, że moje ciało zapomniało, jak się poruszać w rytm muzyki.
– Nie umiem już – szepnęłam.
– Ja też nie. Spróbujmy razem.
Chciałam coś zmienić
Weszliśmy na parkiet. Jego dłoń na moich plecach była ciepła i pewna. Przyciągnął mnie bliżej, niż wymagała tego przyzwoitość. Piosenka była wolna. Poczułam zapach jego wody kolońskiej. Oparłam głowę na jego ramieniu. Wokół wirowały pary, Jola szalała z jakimś kuracjuszem z Ciechanowa, a my byliśmy w innej czasoprzestrzeni.
– Boję się – szepnęłam w jego marynarkę.
– Czego?
– Że zapomnę o Januszu. Że jeśli pozwolę sobie na to… na ciebie… to go wymażę.
Zatrzymał się na środku parkietu, mimo że muzyka grała dalej. Ujął moją twarz w dłonie. Jego palce były szorstkie, ale delikatne.
– Nie zapomnisz. Serce to nie jest mały pokój, który ma ograniczoną pojemność. Serce się rozciąga. Janusz tam zawsze będzie. Ewa też. Ale my jeszcze tu jesteśmy, my żyjemy. Mamy prawo do ciepła.
Później wyszliśmy do ogrodu zimowego. Siedzieliśmy na ławce, trzymając się za ręce, podczas gdy w tle dogasała impreza. Rozmawialiśmy do świtu. O tym, co dalej. O logistyce – on w Warszawie, ja dwieście kilometrów dalej. O strachu przed reakcją dzieci. O wszystkim.
Wyjazd był trudny
Wymieniliśmy numery telefonów, obiecaliśmy dzwonić. W autobusie powrotnym Jola spała, chrapiąc cicho, a ja patrzyłam na przesuwający się krajobraz. Wyciągnęłam telefon. Tapeta na ekranie wciąż przedstawiała Janusza. Uśmiechnęłam się do niego. „Dziękuję, że byłeś” – pomyślałam. – „Ale teraz muszę iść dalej. Chyba byś nie chciał, żebym była sama, prawda?”. Tydzień po powrocie zadzwonił telefon.
– Dzień dobry, tu Piotr. Zastanawiałem się, czy lubisz teatr?
Serce zabiło mi mocniej, jak nastolatce.
– Uwielbiam.
– Bo wiesz… mam dwa bilety na sobotę. I pomyślałem, że może przyjedziesz? Albo ja przyjadę po ciebie?
Minął rok. Piotr właśnie parzy kawę w mojej kuchni. Na półce stoją dwa zdjęcia – jedno Janusza, drugie Ewy. Czasem zapalamy im świeczki. Czasem płaczemy, gdy dopadnie nas wspomnienie. Ale częściej się śmiejemy.
Marta, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki mąż zrobił mi najpiękniejszy prezent i zgodził się na dziecko. Święto skończyło się już dzień później”
- „W walentynkowy wieczór zapanował chłód nie tylko przez awarię ogrzewania. Zimno wyciągnęło z nas to, co najgorsze”
- „Szykowałam idealne walentynki dla ukochanego. Gdy pojawiła się awaria ogrzewania, on postanowił zagrzać się u innej”

