„Podsłuchałem, jak faceci narzekają, że żona każe im wynosić śmieci. Niech się cieszą, bo ja sam ogarniam dom i dzieci”
„Musiałem pozbierać się po ciosie, który nas dotknął i jeszcze pomóc swoim pociechom dojść do siebie po stracie matki… Ciężko było, oj, ciężko. Niejedną godzinę przepłakaliśmy z tęsknoty za nią, nie wstydząc się przed sobą swoich łez”.

Owszem, moje losy nie potoczyły się tak, jak to sobie wymarzyłem. Ale co mogłem zrobić? Miałem dwa wyjścia – załamać się albo wziąć się w garść. Usłyszałem rozmowę dwóch pasażerów siedzących za mną. Autobus był pełen ludzi wracających z pracy i człowiek, chcąc nie chcąc, musiał usłyszeć to i owo z prowadzonych pogaduszek.
Narzekali na swoje ciężkie życie
– Nie dość, że człowiek haruje jak wół, to jeszcze w domu spokoju nie ma! – mówił jeden. – Jeszcze dobrze nie wejdę, a już żona do mnie z problemami, że to trzeba zrobić albo tamto! To się kran zepsuł, to znów zawiasy w drzwiach skrzypią... A jeszcze mały płacze: „Tata, pobaw się ze mną!”. A przecież Monika w domu siedzi, to co, małym się nie może zająć, pobawić się z nim?
– U mnie to samo! – rozżalił się drugi. – Jeszcze dobrze nie siądę z piwkiem przed telewizorem, a tu już Gośka do mnie, żebym się domem zainteresował, dziećmi zajął. A co ja mam robić? Zarabiam w końcu, to mi się odpoczynek należy. A ona jęczy, że zmęczona po całym dniu i chce też odpocząć. A tak samo, jak twoja, do pracy nie chodzi, to czym może być zmęczona?
Zaczynało się we mnie gotować, ale nie dawałem tego po sobie poznać. Drugi facet nadal kontynuował swoje „gorzkie żale”.
– A cóż to tyle w domu do roboty jest?! W garnku łyżką zamieszać, odkurzaczem dywan przejechać! Niech nie przesadza. I też tylko jednego małego mamy!
Panowie wysiadali na następnym przystanku. Młodzi mężczyźni, koło trzydziestki, ale z minami skwaszonymi jak staruszkowie. Ciekawe, co by zrobili, jakby się znaleźli na moim miejscu? Jak też by sobie dali radę? Jechałem aż na pętlę, więc mogłem zagłębić się w rozmyślaniach. Raz jeszcze przed oczami stanęły mi minione lata.
Byliśmy z Ewą bardzo szczęśliwym i zgodnym małżeństwem. Naszego szczęścia dopełniły narodziny trójki zdrowych, udanych dzieciaków: Martynki, Emila i Darii. Dzieci rosły zdrowo, oboje mieliśmy dobrą pracę i wkrótce dorobiliśmy się większego mieszkania. Marzyliśmy jednak o domku z ogródkiem. Wieczorami, przed snem, przytuleni do siebie snuliśmy swoje plany. Ale ktoś kiedyś powiedział, że człowiek nie może być zbytnio szczęśliwy, bo zawsze musi się zdarzyć coś, co to szczęście zburzy…
Żona zachorowała
Zaczęło się od kłopotów ze wzrokiem, a potem nasz poukładany, radosny świat runął. Postępujące kalectwo Ewy zmieniło nasze życie. Musieliśmy wszystko mu podporządkować. Dzieci z początku nie mogły zrozumieć, dlaczego mama nie może się już tak z nimi bawić, jak dotąd. Ale były dzielne. Nauczyły się pomagać jej i wykonywać proste domowe obowiązki, żeby mnie odciążyć, bo przecież musiałem pracować na nasze utrzymanie. Ale i tak po powrocie z pracy czekało mnie gotowanie, pranie, prasowanie.
Kiedy moi kumple oglądali mecz, ja przygotowywałem posiłki, układałem rzeczy w szafach, chodziłem na wywiadówki i głowiłem się, jak wywabić plamy z soku z bluzeczki małej Darii. Ot, babskie problemy, powiedzieliby ze śmiechem moi koledzy, ale kto to miał zrobić za mnie?
Zresztą od początku małżeństwa starałem się pomagać żonie, która łączyła pracę z opieką nad dziećmi, przejąłem więc po prostu na siebie wszystkie domowe obowiązki. Nasze pociechy rosły. Byłem z nich naprawdę dumny.
Nie buntowały się, uczyły się dobrze, jak gdyby nie chciały przysparzać problemów chorej mamie. Choć na pewno nieraz było im smutno, że ich rówieśnicy mają beztroskie życie, podczas gdy one muszą zajmować się chorą matką i domem. Bo trzeba powiedzieć, że nasze dzielne dzieciaki, w miarę, jak rosły, przejmowały ode mnie większą część domowych obowiązków. Dziewczynki prały, gotowały, prasowały, a Emil gorliwie im pomagał, sprzątał, dźwigał zakupy i jeszcze włączył się w rehabilitację Ewy. Postanowił, że zostanie fizjoterapeutą i kiedy matka ze smutnym uśmiechem mówiła, że ma przy niej tyle roboty, żartował, że traktuje to jako praktykę zawodową.
Nieraz miałem łzy wzruszenia w oczach. Myślałem o tym, jakie nasze dzieci są wspaniałe. Tak mijały lata i jakoś ułożyliśmy sobie wszystkie sprawy, nauczyliśmy się żyć z chorobą żony. Wydawało się, że wyszliśmy na prostą, kiedy nastąpiła tragedia i moja żona zmarła.
Zostałem sam z trójką dzieci
Musiałem pozbierać się po ciosie, który nas dotknął i jeszcze pomóc swoim pociechom dojść do siebie po stracie matki… Ciężko było, oj, ciężko. Niejedną godzinę przepłakaliśmy z tęsknoty za nią, nie wstydząc się przed sobą swoich łez.
Śmierć Ewy jeszcze mocniej nas ze sobą związała. Mieliśmy teraz tylko siebie. Pomału wszystko wracało do normy. Ja pracowałem teraz więcej, brałem dodatkowe zlecenia, bo ubyła nam renta Ewy, a wydatki wcale nie były mniejsze. Dzieci starały się pomóc jak mogły. Całkowicie przejęły ode mnie prowadzenie domu.
Same też próbowały dorobić, ale sprzeciwiałem się temu, bo bałem się, że ucierpi na tym ich nauka. Tak więc stanęło na tym, że będą dorabiać tylko w wakacje. W skrytości ducha obawiałem się też, że po śmierci żony dzieci, pozbawione jej wsparcia, mogą wpaść w złe towarzystwo, zaniedbać naukę, dać się wciągnąć w nałogi.
Za te czarne myśli muszę jednak przeprosić moje pociechy. Lata zmagań z chorobą mamy sprawiły, że stały się odpowiedzialne, rozsądne i dojrzałe ponad swój wiek. Mają naprawdę wspaniałe charaktery, choć zupełnie różne – Martynka skupiona i poważna, Emil energiczny i szybki w działaniu, a Daria, najmłodsza, wesoła śmieszka, która potrafi nas wszystkich rozbawić.
Autobus dojeżdżał do pętli. Pomyślałem o młodych mężczyznach, których rozmowa wywołała te wspomnienia. Najwyraźniej nie mieli pojęcia, ile trudu i wysiłku kosztuje prowadzenie domu i wychowanie dzieci.
Pomyślałem gorzko, że gdyby żona któregoś z nich zachorowała ciężko, to niewielką miałaby pociechę z takiego małżonka. Wysiadłem z autobusu i uśmiechnąłem się do kwitnących mleczy, których żółte kwiatki lubiła Ewunia.
– Chyba cię nie zawiodłem, ukochana – szepnąłem.
Witek, 47 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Płaciłam teściowej za opiekę nad moją córką, bo była bez pracy. Teraz moja mama też żąda kasy, choć ma niezłą emeryturę”
- „Chciałam wyremontować wiosną kuchnię, a mąż żałuje mi pieniędzy. Od teraz sknera będzie jadł obiady u swojej mamusi”
- „Na emeryturze dopadła mnie strzała Amora, a sąsiadki się śmieją, że to nie wiek na romanse. Mam w nosie, co myślą inni”

