Reklama

Mieszkaliśmy pod jednym dachem, ale mijaliśmy się jak obce planety, które dawno wypadły ze swoich orbit. Cisza między nami stała się tak gęsta i lepka, że momentami brakowało mi tchu, a ja byłam niemal pewna, że nic już nas nie uratuje przed ostatecznym oddaleniem.

Mijaliśmy się

W naszym domu od miesięcy panowała specyficzna atmosfera. To nie była wojna. Nie rzucaliśmy talerzami, nie krzyczeliśmy na siebie, sąsiedzi nie słyszeli trzaskania drzwiami. To był raczej powolny uwiąd, cicha rezygnacja, która osiadała na meblach niczym kurz.

Krzysztof wracał z pracy, mruczał coś pod nosem na powitanie, zjadał obiad, wpatrzony w ekran telefonu, i znikał w sypialni lub przed telewizorem. Ja robiłam to samo. Funkcjonowaliśmy jak doskonale naoliwiona maszyna logistyczna: kto odbiera córkę ze szkoły, kto robi zakupy, kiedy trzeba zapłacić rachunki. Zero emocji, zero iskier. Tylko chłodna kalkulacja i rutyna.

Mieliśmy za sobą piętnaście lat małżeństwa. Kiedyś wydawało mi się, że to wieczność, gwarancja stabilizacji. Teraz czułam, że tych piętnaście lat stało się ciężarem, kulą u nogi, która ciągnie nas na dno obojętności. Moja praca w księgowości też nie pomagała. Ostatnie miesiące były koszmarem – ciągłe nadgodziny, stres związany z nowym systemem rozliczeń i szefowa, która uważała, że życie prywatne pracowników to zbędny luksus. Wracałam do domu wyżęta jak ścierka, marząc tylko o ciszy, a w domu dostawałam ciszę.

Traciłam z nimi kontakt

Nasza czternastoletnia córka Kinga zaczęła się izolować, zamykać w swoim pokoju ze słuchawkami na uszach, jakby chciała odgrodzić się od chłodu panującego w salonie. Czułam, że tracę kontakt nie tylko z mężem, ale i z dzieckiem, a to przerażało mnie najbardziej.

Wszystko zmieniło się w pewną kwietniową sobotę. Obudziłam się z dziwną energią, taką, która każe człowiekowi przewrócić życie do góry nogami albo przynajmniej umyć okna. Słońce wdzierało się do sypialni bezczelnie jasno, obnażając każdą drobinkę kurzu wirującą w powietrzu. Krzysztof jeszcze spał, odwrócony do mnie plecami, zawinięty w kołdrę jak w kokon. Wstałam, zrobiłam kawę i otworzyłam drzwi balkonowe, żeby wpuścić trochę wiosennego powietrza.

Wyszłam na balkon i zamarłam. Odwróciłam wzrok od ulicy i spojrzałam pod nogi. Nasz balkon, kiedyś nasza dumna oaza w środku miejskiej dżungli, wyglądał jak pobojowisko. Płytki były popękane i brudne, drewniana balustrada, którą Krzysztof montował z taką dumą dekadę temu, łuszczyła się szarymi płatami farby. W kącie stały uschnięte badyle w donicach, pozostałość po zeszłorocznych, nieudanych próbach hodowania pomidorów, o których zapomnieliśmy w ferworze codziennych obowiązków. Stary, rattanowy fotel, na którym kiedyś uwielbiałam czytać książki, teraz straszył dziurą w siedzisku i wyblakłym kolorem.

Przeraziłam się

To miejsce wyglądało dokładnie tak, jak nasze małżeństwo. Zaniedbane, zapomniane, smutne. Przypomniałam sobie, jak bardzo cieszyliśmy się tymi czterema metrami kwadratowymi, kiedy wprowadziliśmy się do tego mieszkania. To tu planowaliśmy przyszłość, tu piliśmy herbatę w letnie wieczory, tu kołysałam wózek z małą Kingą. Teraz balkon był składowiskiem rzeczy niepotrzebnych i symbolem naszej porażki.

– Co tam robisz? – Usłyszałam za sobą zaspany głos Krzysztofa.

Odwróciłam się. Stał w drzwiach balkonowych, mrużąc oczy od słońca.

– Patrzę na ten bałagan – powiedziałam, wskazując ręką na łuszczącą się barierkę. – Wygląda to okropnie. Jakby nikt tu nie mieszkał.

Podszedł bliżej. Stanął obok mnie, opierając dłonie na balustradzie. Kawałek farby odpadł pod jego dotykiem i poszybował w dół, na chodnik.

– Faktycznie – przyznał, drapiąc się po brodzie. – Zapuściliśmy to miejsce.

– Może powinniśmy to ogarnąć? – rzuciłam, zanim zdążyłam pomyśleć. To był impuls.

Podjęliśmy decyzję

Krzysztof milczał przez chwilę. Patrzył na zniszczone deski, potem na mnie. W jego oczach zobaczyłam jakiś błysk refleksji, a może po prostu wstydu, że dopuściliśmy do takiej ruiny.

– Masz rację – powiedział w końcu. – Trzeba to zrobić dzisiaj. Bo jak nie dzisiaj, to znowu minie rok.

Zaskoczył mnie. Spodziewałam się oporu, a dostałam sojusznika. Godzinę później byliśmy już w samochodzie, jadąc do wielkiego marketu budowlanego. Zazwyczaj takie wyjazdy kończyły się kłótnią jeszcze na parkingu. O to, że źle zaparkowałam, że on zapomniał listy zakupów, albo że jest za duży tłum. Tym razem jednak panował rozejm. W sklepie błądziliśmy między alejkami z farbami i drewnem. Musieliśmy podjąć decyzje, a decyzyjność w naszym związku ostatnio leżała.

– Jaki kolor? – zapytał Krzysztof, stojąc przed ścianą próbników. – Ten szary byłby praktyczny. Nie widać brudu.

Skrzywiłam się.

– Szary? Mamy szaro w życiu. Nie chcę szarego balkonu. Chcę coś ciepłego. Może ten orzech? Albo mahoń?

Spojrzał na mnie, jakbym powiedziała coś w obcym języku, ale nie zaprotestował.

– Okej. Niech będzie orzech. Ale ty malujesz detale, ja biorę duże powierzchnie.

– Zgoda.

Mieliśmy wspólny cel

Kupiliśmy farbę, papier ścierny, nowe doniczki, ziemię i kilka sadzonek pelargonii. Kiedy pakowaliśmy to wszystko do bagażnika, poczułam dziwną satysfakcję. To było coś nowego. Po powrocie do domu przebrałam się w stare legginsy i poplamioną koszulkę. Krzysztof wyciągnął z piwnicy szlifierkę.

Zaczęliśmy od wyniesienia wszystkich gratów. Stary fotel wylądował na śmietniku – z bólem serca, ale wiedziałam, że nie da się go uratować. Uschnięte rośliny poszły do kosza bio. Została tylko goła, betonowa płyta i ta nieszczęsna barierka.

Krzysztof zabrał się za szlifowanie drewna. Hałas był niemiłosierny, a pył unosił się wszędzie, osiadając na naszych włosach i ubraniach. Ja zajęłam się szorowaniem podłogi i czyszczeniem metalowych elementów szczotką drucianą. To była ciężka, fizyczna praca. Bolały mnie plecy, ręce piekły od detergentów, ale w dziwny sposób czułam, jak schodzi ze mnie napięcie z całego tygodnia, a może i z całych miesięcy.

Byłam z nas dumna

W pewnym momencie na balkonie obok pojawiła się pani Stanisława. To nasza sąsiadka, starsza kobieta, która mieszka sama. Zawsze elegancka, z idealnie ułożonymi siwymi włosami. Często widywałam ją, jak siedzi na swoim balkonie z filiżanką herbaty i obserwuje świat. Dla mnie była symbolem samotności, której się podświadomie bałam.

– O, widzę, że wielkie zmiany! – zawołała, wychylając się przez barierkę.

Krzysztof wyłączył szlifierkę.

– Dzień dobry, pani Stanisławo. Tak, w końcu trzeba było się za to wziąć, bo wstyd przed sąsiadami – zaśmiał się, ocierając pot z czoła wierzchem dłoni.

– E tam, wstyd – machnęła ręką. – Ważne, że robicie to razem. Mój Edek, świeć Panie nad jego duszą, zawsze mówił, że dopóki ludzie potrafią razem pracować, to potrafią też razem żyć. Najgorzej, jak każdy dłubie w swoim kącie. Pięknie to będzie wyglądać.

Jej słowa zawisły w powietrzu między mną a Krzysztofem. Spojrzeliśmy na siebie. Miał twarz umazaną pyłem, wyglądał trochę jak górnik po szychcie, ale uśmiechnął się do mnie nieśmiało.

Poczułam ciepło w środku, które nie miało nic wspólnego z wiosennym słońcem. Pani Stanisława miała rację. Robiliśmy to razem. Podawałam mu narzędzia, on przesuwał ciężkie donice, żebym mogła zamieść. To była symbioza, o której istnieniu zapomniałam.

Wspomnienia wróciły

Około piętnastej zrobiliśmy przerwę. Siedzieliśmy na podłodze w salonie, patrząc na schnącą pierwszą warstwę farby na barierkach. Wtedy zauważyłam coś w kącie balkonu, przy samej framudze drzwi, co wcześniej przeoczyliśmy. Mała, metalowa puszka, wciśnięta głęboko w szczelinę między murem a donicą, którą właśnie odsunęliśmy.

– Co to jest? – zapytałam, podchodząc bliżej.

Wyciągnęłam puszkę. Była zardzewiała, ale wieczko wciąż trzymało. Krzysztof podważył je śrubokrętem. W środku znajdowały się jakieś papiery i… zasuszone płatki róż.

– O rany – szepnęłam, czując, jak gardło mi się ściska. – Pamiętasz to?

Krzysztof wziął do ręki pożółkłą kartkę papieru. To był paragon z włoskiej restauracji, datowany na dzień naszej trzeciej rocznicy ślubu. Dwanaście lat temu.

– Pamiętam. Zamówiliśmy wtedy pizzę z truflami, która ci nie smakowała, ale zjadłaś, żeby nie robić mi przykrości.

– A ty zamówiłeś owoce morza i potem bałeś się, że dostaniesz uczulenia – zaśmiałam się, a wspomnienie tamtego wieczoru uderzyło we mnie z całą mocą.

Tęskniłam za nim

Było wtedy ciepło, siedzieliśmy w ogródku restauracyjnym. Byliśmy młodzi, pełni planów, zakochani. Kinga miała dwa latka i została z babcią, a my mieliśmy ten jeden wieczór tylko dla siebie. Schowaliśmy ten paragon i kwiaty, które dostałam, do puszki po herbacie i wcisnęliśmy na balkon, traktując to jako naszą „kapsułę czasu”. I zapomnieliśmy o niej. Zupełnie jak o tamtych uczuciach.

– Byliśmy wtedy tacy beztroscy – powiedział Krzysztof, obracając paragon w palcach. – Kiedy to się wszystko tak skomplikowało?

Spojrzałam mu w oczy. Nie było w nich już tego chłodu, co rano. Był smutek, ale i jakaś czułość.

– Życie nas dopadło. Kredyt, praca, szkoła Kingi, twoje awanse, moje bilanse. Przestaliśmy ze sobą rozmawiać, zaczęliśmy tylko wymieniać informacje.

– Przepraszam – powiedział nagle. – Za to, że ostatnio byłem nieobecny. Myślałem, że jak będę więcej pracował, żebyśmy mieli więcej pieniędzy, to wszystko będzie dobrze. A wychodzi na to, że gubiłem po drodze to, co najważniejsze.

– Ja też nie byłam idealna – przyznałam. – Zamknęłam się w swojej skorupie. Łatwiej było mi się obrażać na ciszę, niż spróbować ją przerwać.

Dołączyła do nas

Siedzieliśmy tak przez dłuższą chwilę na podłodze, brudni, zmęczeni, trzymając w rękach śmieci sprzed dekady, które nagle stały się największym skarbem. Wtedy weszła Kinga. Spojrzała na otwarte drzwi balkonowe, na odnowioną barierkę, na naszą brudną od farby odzież.

– O, robicie balkon? – zapytała.

– Tak – powiedziałam, uśmiechając się do niej. – Chcieliśmy, żeby było tu znowu ładnie. Może latem będziesz mogła tu zaprosić koleżanki.

Kinga podeszła do okna.

– Wygląda spoko. Ten kolor jest lepszy niż tamten stary.

To była krótka wymiana zdań, ale dla nas znaczyła wiele. Kinga nie poszła od razu do siebie. Została chwilę, patrząc, jak sadzę pelargonie w nowych skrzynkach.

– Pomóc ci, mamo? – zapytała niespodziewanie.

Zamarłam z łopatką w ręku. Moja nastoletnia córka, która uważała każdą domową czynność za zamach na jej wolność osobistą, chciała pomóc.

– Jasne, kochanie. Trzymaj tę skrzynkę, ja dosypię ziemi.

Przez następną godzinę pracowaliśmy we trójkę. Kinga opowiadała o jakiejś dramie w szkole, o nowym nauczycielu od biologii, a my słuchaliśmy. Krzysztof nie patrzył w telefon, ja nie myślałam o fakturach. Byliśmy tu i teraz. Sadziliśmy czerwone kwiaty i śmialiśmy się z tego, jak Krzysztof niezdarnie próbował przykręcić uchwyt do doniczki.

Coś się zmieniło

Wieczorem balkon był gotowy. Może nie wyglądał jak z katalogu wnętrzarskiego – gdzieniegdzie farba była nierówno nałożona, a jedna płytka nadal była lekko pęknięta – ale dla nas był najpiękniejszy na świecie. Pachniało świeżą ziemią, drewnem i naszą pracą. Wstawiłam mały stolik i dwa krzesła. Zapaliłam kilka świeczek w słoikach.

– Zamówiłem pizzę – zawołał Krzysztof z kuchni. – Nie z truflami, ale myślę, że będzie okej.

Zjedliśmy kolację na nowym balkonie. Było chłodno, więc okryliśmy się kocami. Kinga zjadła z nami dwa kawałki, po czym stwierdziła, że „jest klimatycznie” i wróciła do swojego świata, ale tym razem zostawiła otwarte drzwi do swojego pokoju.

Zostaliśmy sami. Miasto szumiało w dole, światła latarni odbijały się w szybach sąsiednich bloków. Spojrzałam na sąsiedni balkon. Był pusty, ale wiedziałam, że pani Stanisława gdzieś tam jest i pewnie cieszy się, że w końcu widzi nas razem.

– Ładnie nam to wyszło – powiedział Krzysztof, biorąc moją dłoń w swoją.

– Tak. Wyszło – odpowiedziałam, opierając głowę o jego ramię.

– Wiesz co? – zaczął, patrząc w niebo, gdzie nieśmiało przebijały się pierwsze gwiazdy. – Może nie musimy czekać na kolejny remont, żeby tak posiedzieć. Może możemy to robić w każdy piątek? Albo chociaż raz w tygodniu wyłączyć telefony i po prostu pogadać?

Jestem szczęśliwa

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie ze smutku, ale z ulgi.

– Bardzo bym tego chciała.

Siedzieliśmy tam długo w noc. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. O planach na wakacje, o problemach w pracy, o tym, co nas boli i co nas cieszy. Otworzyliśmy się przed sobą na nowo, warstwa po warstwie, tak jak zdzieraliśmy starą farbę z barierki.

Ten balkon nie rozwiązał magicznie wszystkich naszych problemów. Nadal mieliśmy kredyt, stresującą pracę i nastoletnią córkę z humorkami. Ale odzyskaliśmy coś, co zgubiliśmy po drodze – poczucie, że jesteśmy drużyną. Że gramy do jednej bramki. Że nawet jeśli coś się łuszczy i pęka, to można to naprawić, jeśli tylko włoży się w to trochę pracy i serca.

Iwona, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama