Reklama

Mieszkanie miało być początkiem wspólnego życia, a stało się dowodem na to, że można pomylić plany z rzeczywistością. Przez rok patrzyłam na niedomalowane ściany i krzywo położone panele jak na wyrzut sumienia. W końcu postanowiłam, że zamiast wspominać, zacznę działać. Nie wiedziałam wtedy, że wraz z remontem zacznie się coś, co znów przyprawi mnie o szybsze bicie serca.

Byłam nim zaintrygowana

Olek przyszedł pierwszy raz w poniedziałek o ósmej rano. Otworzyłam drzwi w starym swetrze i z włosami związanymi byle jak, a on stał przede mną z miarką przypiętą do spodni i notatnikiem pod pachą.

– Dzień dobry. Pani Agata? – zapytał krótko.

– Tak. Proszę wejść. Tylko proszę uważać na próg, trochę się rusza.

Przeszedł przez przedpokój, spojrzał na pękniętą farbę i nierówne listwy.

– Da się to ogarnąć – powiedział spokojnie. – Trzeba będzie zdjąć stare panele i wyrównać podłogę.

Mówił rzeczowo, bez zbędnych słów. A ja, zamiast słuchać o kosztach, obserwowałam, jak przesuwa dłonią po ścianie, sprawdzając nierówności. Było w tym coś pewnego, stabilnego. Czegoś takiego brakowało mi od dawna. Z dnia na dzień przyzwyczajałam się do dźwięku jego kroków w mieszkaniu. Do stukotu narzędzi, do zapachu świeżej farby. Cisza, która wcześniej mnie przytłaczała, zniknęła. Zastąpiła ją obecność.

– Kawa? – zapytałam któregoś dnia, kiedy robił przerwę.

– Jeśli nie kłopot, to chętnie.

Usiedliśmy na podłodze w salonie, bo kanapa była przykryta folią.

– Długo się pani zastanawiała nad remontem? – spytał.

– Rok – odpowiedziałam po chwili. – To mieszkanie miało wyglądać inaczej.

Skinął głową, ale nie dopytywał. Właśnie to mnie w nim intrygowało. Nie był ciekawski, nie oceniał. Słuchał. Czasem, kiedy podawałam mu taśmę malarską albo śrubokręt, nasze palce stykały się na ułamek sekundy. Niby przypadek, ale czułam wtedy, jak serce przyspiesza mi zupełnie nieproporcjonalnie do sytuacji.

Między nami rosło napięcie

– Zostanę dziś trochę dłużej – powiedział pewnego wieczoru. – Lepiej skończyć tę ścianę zanim wyschnie.

– Jasne – odparłam zbyt szybko. – I tak nie mam planów.

Zostałam z nim w kuchni, siedząc na blacie i patrząc, jak wygładza powierzchnię. Opowiadał o poprzednich zleceniach, o tym, jak kiedyś źle wymierzył szafki i musiał zaczynać od nowa.

– Nie lubię niedoróbek – powiedział. – Albo coś robię porządnie, albo wcale.

Te słowa zabrzmiały w mojej głowie inaczej, niż powinny. Pomyślałam, że może w relacjach też taki jest. Może jeśli już się zaangażuje, to naprawdę. Zaczęliśmy rozmawiać nie tylko o ścianach. O muzyce, którą puszczał z telefonu podczas pracy. O mojej pracy w wydawnictwie. O tym, że zawsze chciałam mieć w salonie jasne zasłony i dużo światła.

– Lubi pani zmiany – zauważył.

– Chyba bardziej potrzebuję poczucia, że coś się zaczyna – odpowiedziałam.

Spojrzał na mnie wtedy dłużej niż zwykle. W powietrzu unosił się pył, a między nami coś, czego nie umiałam nazwać. Któregoś dnia przyszedł wcześniej, a ja jeszcze byłam w piżamie. Zawstydziłam się, ale on tylko odwrócił wzrok.

– Spokojnie, poczekam w przedpokoju – powiedział.

Ten drobny gest szacunku poruszył mnie bardziej niż niejedno wyznanie, które kiedyś słyszałam. Zaczęłam czekać na jego wiadomości o godzinie przyjścia. Sprawdzałam telefon częściej, niż powinnam. Remont trwał, a ja miałam wrażenie, że razem z nim coś się we mnie zmienia. Jakby każda położona płytka była dowodem, że tym razem buduję na solidniejszym gruncie.

Nie rozmawialiśmy o tym, co jest między nami, ale kiedy któregoś wieczoru usiadł obok mnie na podłodze, zbyt blisko, by uznać to za przypadek, nie odsunęłam się.

– Dobrze tu będzie – powiedział cicho, patrząc na odświeżony salon.

– Tak – odpowiedziałam. – Myślę, że bardzo dobrze.

Wyobrażałam sobie wspólną przyszłość

Zaczęłam liczyć czas nie tygodniami, tylko etapami remontu. Najpierw kuchnia, potem salon, na końcu sypialnia. Każde zakończone pomieszczenie traktowałam jak wspólny sukces, choć to on wykonywał większość pracy.

– Widzisz? Mówiłem, że ta jasna farba zrobi różnicę – powiedział, cofając się o krok i oceniając efekt.

– Widziałam to w wyobraźni – uśmiechnęłam się. – Ale dobrze, że ktoś potrafił to zrobić naprawdę.

Olek wzruszył ramionami.

– Ja tylko wykonuję plan.

To „tylko” brzmiało skromnie, ale dla mnie znaczyło więcej. Zaczęłam zostawiać mu w lodówce jego ulubiony jogurt, zapamiętałam, że nie słodzi herbaty. Pytałam, czy zdążył coś zjeść między zleceniami. On dziękował, czasem uśmiechał się lekko, lecz rzadko mówił o sobie. Wieczorami przesiadywaliśmy przy kuchennym stole, który stał jeszcze bez jednej nogi, oparty prowizorycznie o ścianę.

– Jak skończymy, to trzeba będzie to jakoś uczcić – rzuciłam pewnego razu. – Może kolacja? Już bez folii na podłodze.

Spojrzał na mnie uważnie.

– Zobaczymy, jak z czasem – odpowiedział. – Mam jeszcze dwa zlecenia w przyszłym miesiącu.

Zignorowałam ukłucie w brzuchu.

– To może później. Wakacje? Zawsze chciałam pojechać nad morze jesienią, kiedy nie ma tłumów.

Uśmiechnął się, ale nie podchwycił tematu. Coraz częściej wyobrażałam sobie, że zostawia tu swoje rzeczy. Że jego kurtka wisi obok mojej. Że klucze odkłada na komodę przy drzwiach. Gdy mówił „muszę jutro wcześnie wstać”, brzmiało to jak zapowiedź wspólnego poranka, choć nigdy go tu nie było o świcie. Moja przyjaciółka, Renata, patrzyła na mnie z rosnącą rezerwą.

– Agata, znasz go trzy tygodnie – powiedziała, mieszając herbatę. – On dla ciebie pracuje. To może być dla niego po prostu wygodne.

– Nie znasz go – obruszyłam się. – On jest zamknięty w sobie. Nie każdy mówi o uczuciach od razu.

– A powiedział w ogóle, że coś czuje?

Zamilkłam. W głowie miałam jego spojrzenia, to jak przysunął krzesło bliżej, jak zapytał, czy nie jest mi zimno, gdy siedziałam przy otwartym oknie.

– Nie wszystko trzeba nazywać – odpowiedziałam w końcu.

Renata westchnęła.

– Uważaj, bo zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.

W środku narastał niepokój

Po rozmowie z Renatą zaczęłam dostrzegać drobne sygnały, które wcześniej ignorowałam. Olek coraz częściej zerkał na telefon. Odbierał krótkie połączenia na klatce schodowej.

– To tylko klient – tłumaczył. – Terminy się przesuwają.

Przytakiwałam, choć w środku narastał niepokój. Zamiast zapytać wprost, co między nami jest, robiłam coś odwrotnego – planowałam więcej. Zamówiłam dwa komplety pościeli, choć mieszkałam sama. Wybrałam szafkę z dodatkową półką.

– Po co ci taka duża? – zdziwiła się Renata.

– Na przyszłość – odpowiedziałam bez wahania.

Ostatni tydzień remontu był najbardziej intensywny. Olek pracował szybciej, sprawniej, jakby chciał domknąć sprawę. A ja czułam, że wraz z końcem prac coś się kończy również między nami.

– Jeszcze tylko listwy i gotowe – oznajmił, pakując narzędzia do skrzynki.

– Tak szybko? – wyrwało mi się.

– Umawialiśmy się na miesiąc.

Miesiąc. Dla niego to był tylko kolejny termin w kalendarzu. Dla mnie – początek czegoś, co dopiero miało się rozwinąć. Kiedy wychodził tamtego dnia, zatrzymał się w drzwiach.

– Dobrze się tu pracowało – powiedział.

Przez chwilę miałam ochotę zapytać: „A ze mną też było dobrze?”. Ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

– Miło było cię mieć tu codziennie – odpowiedziałam zamiast tego.

Uśmiechnął się lekko i skinął głową. Patrzyłam za nim, czując, że moje marzenia mogą w każdej chwili rozsypać się jak domek z kart. Mimo to jeszcze się łudziłam. Jeszcze wierzyłam, że zostanie.

To była bolesna prawda

Ostatniego dnia przyszedł punktualnie. Mieszkanie wyglądało tak, jak sobie wymarzyłam – jasne ściany, równa podłoga, kuchnia pachnąca nowością. Stałam w salonie i miałam wrażenie, że zaraz wydarzy się coś ważnego. Że skoro przetrwaliśmy razem ten miesiąc, to teraz naturalnie przejdziemy do kolejnego etapu. Olek rozłożył na stole teczkę.

– Tu są rachunki za materiały. A tu podsumowanie robocizny – powiedział spokojnie.

Usiadłam naprzeciwko niego. Kartki zaszeleściły, kiedy je przesuwał w moją stronę. Kwota była dokładnie taka, jaką ustaliliśmy na początku. Rozsądna. Uczciwa. Tylko że w mojej głowie ten moment miał wyglądać inaczej.

– To wszystko? – zapytałam.

– Tak. Jeśli coś będzie wymagało poprawki, proszę dać znać w ciągu tygodnia.

Poczułam, jak coś się we mnie zaciska.

– Myślałam, że… – zaczęłam, ale urwałam.

Podniósł wzrok.

– Że?

Wzięłam oddech.

Że to nie było tylko zlecenie.

Cisza, która zapadła, była cięższa niż cały gruz wynoszony z mieszkania.

– Agata – powiedział ostrożnie. – Od początku umawialiśmy się na remont.

– A te wieczory? Rozmowy? To, że zostawałeś dłużej?

Westchnął.

– Zostawałem, bo chciałem skończyć pracę porządnie. Rozmawialiśmy, bo dobrze mi się z tobą rozmawiało. Ale to nie zmieniało ustaleń.

Słowa były spokojne, wyważone. Właśnie ta rzeczowość zabolała najbardziej.

– Czyli dla ciebie to nic nie znaczyło? – zapytałam cicho.

– Nie nic – odpowiedział po chwili. – Po prostu nie to, co sobie wyobraziłaś.

Zrobiło mi się gorąco. Przez głowę przemknęły wszystkie sceny, które interpretowałam jako obietnicę. Każde spojrzenie, każdy uśmiech.

– Mogłeś powiedzieć wcześniej – wyrzuciłam z siebie.

– Nie wiedziałem, że oczekujesz czegoś więcej – odparł. – Nie mówiłaś o tym wprost.

To była bolesna prawda. Rzeczywiście, nie mówiłam. Zamiast pytać, tworzyłam scenariusze, które teraz wydawały mi się śmieszne.

Największa zmiana zaszła we mnie

Wstałam i podeszłam do okna. Nowe zasłony lekko falowały przy uchylonym skrzydle.

– Wiesz, dla mnie to mieszkanie miało być nowym początkiem – powiedziałam, nie odwracając się. – Myślałam, że ty też jesteś jego częścią.

– Cieszę się, że mogłem pomóc ci je zmienić – odpowiedział. – Ale nie obiecywałem nic poza tym.

Odwróciłam się w końcu. Stał przy stole z dłońmi opartymi o blat, jakby czekał na decyzję. Usiadłam i sięgnęłam po telefon. Ręce drżały, kiedy logowałam się do banku. Wpisałam kwotę, sprawdziłam numer konta dwa razy. Dźwięk potwierdzenia przelewu przeciął ciszę.

Dziękuję za współpracę – powiedział, chowając dokumenty do teczki.

„Współpracę”. To słowo ostatecznie nas rozdzieliło. Podszedł do drzwi, włożył kurtkę.

– Mam nadzieję, że będzie ci się tu dobrze mieszkało.

Patrzyłam na niego, próbując zapamiętać jego twarz bez warstwy pyłu i farby.

– Będzie – odpowiedziałam. – Już jest inaczej.

Skinął głową i wyszedł. Drzwi zamknęły się cicho, bez dramatycznego trzasku. Jakby nic szczególnego się nie stało. Zostałam sama w salonie, który jeszcze wczoraj wydawał mi się wspólny. Usiadłam na podłodze, opierając się o świeżo pomalowaną ścianę. Była gładka, równa, bez pęknięć. Dopiero wtedy zrozumiałam, że zakochałam się nie w Olku, ale w poczuciu, że ktoś jest obok. W wizji, że tym razem nie będę sama przy podejmowaniu decyzji. On był spokojny, konkretny, uczciwy. To ja dopisałam resztę.

Wieczorem zadzwoniła Renata.

– I jak? – zapytała ostrożnie.

– Zapłaciłam – odpowiedziałam.

– A wy?

Spojrzałam na jasne ściany.

Remont skończony.

Nie płakałam. Czułam raczej wstyd i ulgę jednocześnie. Wstyd, że tak bardzo chciałam wierzyć w coś, czego nie było. Ulgę, że już nie muszę zgadywać. Kilka dni później przestawiłam meble. Powiesiłam zdjęcia, które wcześniej leżały w szufladzie. To mieszkanie wreszcie zaczęło być moje – nie wspomnieniem, nie projekcją przyszłości.

Zrozumiałam, że prawdziwy remont dotyczył mnie. Nauczyłam się, że jeśli czegoś chcę, muszę o tym mówić wprost. Nie budować historii z domysłów. Olek poszedł swoją drogą. Ja zostałam w przestrzeni, którą wybrałam świadomie. Tym razem nie czekałam, aż ktoś inny nada jej sens.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama