„Podczas remontu domu po babci znalazłam skarb w ścianie. Niepotrzebnie wygadałam się rodzinie”
„Pierwszą myślą była ekscytacja, niemal dziecinna. Potem przyszło ukłucie strachu. Dlaczego to tu było? Przed kim babcia to chowała?”.

Dom po babci stał pusty od miesięcy, a jednak, gdy przekroczyłam próg, miałam wrażenie, że ktoś za chwilę wyjdzie z kuchni i zapyta, czy jestem głodna. Zapach starego drewna i wilgoci mieszał się z czymś znajomym, niemal czułym. Przyjechałam tu, żeby zrobić remont, ale od początku wiedziałam, że tak naprawdę wracam po odpowiedzi, których nikt w rodzinie nigdy nie chciał wypowiedzieć na głos.
Kochałam ten dom
Dom babci Leokadii witał mnie ciszą tak gęstą, że aż dzwoniło w uszach. Otworzyłam drzwi, które zawsze skrzypiały w tym samym momencie, jakby nie uznawały nowych zawiasów ani czasu, który minął od jej śmierci. W środku było chłodno. Wilgoć osiadała na ścianach i wnikała w ubrania, a ja nagle poczułam się tu jak intruz, choć spędziłam w tym domu pół dzieciństwa.
Przesunęłam dłonią po kredensie w kuchni. Warstwa kurzu była cienka, jakby babcia wyszła tylko na chwilę. Przypomniałam sobie, jak stała przy tym samym blacie, krojąc chleb powoli, zawsze równo. Milczała często, ale to milczenie nie było puste. Przynajmniej wtedy tak mi się wydawało.
– Naprawdę chcesz tu wszystko rozwalić? – głos mamy rozległ się w drzwiach kuchni, ostrzejszy, niż się spodziewałam.
Irmina stała oparta o framugę, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Rozglądała się po pomieszczeniu z mieszaniną niechęci i czegoś, co przypominało żal.
– Nie rozwalić. Odnowić – odpowiedziałam spokojnie. – Dach przecieka, ściany są do skucia. Ten dom się sypie.
– A jednak stał przez tyle lat – rzuciła. – I jej to wystarczało.
Wiedziałam, że nie mówi tylko o ścianach. Mama zawsze reagowała podobnie, kiedy temat schodził na babcię. Jakby każde wspomnienie było niebezpieczne.
– Tobie łatwo mówić – ciągnęła. – Ty miałaś z nią wakacje i ciasto drożdżowe. Ja miałam obowiązki.
Zamilkłam. Każda próba odpowiedzi kończyła się w takich rozmowach źle. Pamiętałam inną Leokadię niż ona. Czułą, uważną, ale też zamkniętą w sobie. Nigdy nie opowiadała o przeszłości, o swoich dzieciach mówiła oszczędnie, jakby bała się, że jedno słowo za dużo rozsypie coś kruchego.
– Ten dom to jedno wielkie muzeum pretensji – dodała mama ciszej. – I ty chcesz tu zamieszkać?
Spojrzałam na popękane ściany, na ślady po obrazach, których już dawno nie było. Coś ścisnęło mnie w środku. Czułam, że każdy kąt skrywa historię, której nikt nie chciał wysłuchać. Irmina odwróciła wzrok. W jej milczeniu było coś ciężkiego, niemal oskarżycielskiego. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że ten dom nie odda swoich tajemnic bez walki.
W ścianie coś było
Zaczęłam remont sama, kilka dni po wyjeździe mamy. Cisza w domu była inna niż wcześniej, bardziej surowa. Włączyłam radio tylko po to, żeby zagłuszyć własne myśli, ale po chwili je wyłączyłam. Dźwięki przeszkadzały. Wolałam słyszeć uderzenia młotka i własny oddech.
Skuwanie ściany w małym pokoju obok kuchni szło opornie. Tynk trzymał się zaskakująco mocno, jakby ktoś bardzo chciał, żeby to, co jest pod spodem, nigdy nie wyszło na światło dzienne. Kiedy uderzyłam po raz kolejny, usłyszałam głuchy, nienaturalny dźwięk. Zatrzymałam się. Przyłożyłam ucho do ściany i znów stuknęłam, tym razem delikatniej. Coś tam było.
Serce zaczęło mi bić szybciej. Ostrożnie wykruszyłam fragment muru i zobaczyłam coś szklanego. Wyciągnęłam duży słoik, ciężki, zakurzony, z metalową pokrywką. Usiadłam na podłodze, nie zdejmując rękawic. Przez chwilę tylko patrzyłam, jakby miał zaraz zniknąć.
W środku były banknoty i kilka drobiazgów: cienki łańcuszek, mały pierścionek, broszka. Pamiętałam ją. Babcia nosiła ją rzadko, tylko na większe okazje. Pierwszą myślą była ekscytacja, niemal dziecinna. Potem przyszło ukłucie strachu. Dlaczego to tu było? Przed kim babcia to chowała?
Zadzwoniłam do Pawła bez zastanowienia. Odebrał po trzecim sygnale.
– Musisz tu przyjechać – powiedziałam. – Coś znalazłam.
Pojawił się jeszcze tego samego dnia. Zrzucił kurtkę na krzesło i od razu uklęknął przy stole, gdzie położyłam słoik.
– No proszę – mruknął, odkręcając pokrywkę. – Wiedziałem, że ona coś miała.
– Skąd wiedziałeś? – zapytałam.
– Bo tacy ludzie zawsze mają. Chowają po kątach i udają, że nic nie ma.
Liczył szybko, sprawnie, jakby robił to setki razy. Patrzyłam na jego palce i czułam narastający niepokój.
– Trzeba to podzielić – oznajmił w końcu. – Sprawiedliwie. Mama, ja, ty. Może jeszcze wujek, jeśli się dowie.
– To nie są nasze pieniądze – powiedziałam cicho. – One były babci.
Paweł wzruszył ramionami.
– Babci już nie ma. Zostali spadkobiercy.
– Ale to ja znalazłam słoik, więc powinny być moje.
Zamknęłam słoik i przytuliłam go do siebie, zupełnie bezwiednie. W tamtej chwili zrozumiałam, że to znalezisko nie przyniesie nikomu ulgi. Ono dopiero zaczynało dzielić.
Zaczęliśmy się kłócić
Spotkaliśmy się kilka dni później, przy starym stole w jadalni. Tym samym, przy którym babcia podawała zupę i pilnowała, żeby każdy zjadł do końca. Teraz stół wydawał się za mały, jakby nie był w stanie udźwignąć tego, co mieliśmy sobie powiedzieć.
Mama siedziała sztywno, z dłoniami splecionymi na kolanach. Paweł kręcił się niespokojnie na krześle. Słoik stał pośrodku, przykryty ściereczką, jak coś wstydliwego.
– To ja się nią opiekowałam – zaczęła Irmina bez wstępu. – Jeździłam, robiłam zakupy, załatwiałam lekarzy. Wy mieliście swoje życie.
– Mamo, nikt tego nie neguje – odpowiedział Paweł, ale w jego głosie nie było ciepła. – Ale pamiętasz, ile razy prosiłem ją o pomoc? Zawsze słyszałem, że nie ma.
– Bo nie miała! – podniosła głos. – Żyła skromnie, liczyła każdy grosz.
– A jednak chowała pieniądze w ścianach – wtrąciłam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Zapadła cisza. Mama spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła obcą osobę.
– Ukrywała przede mną? – zapytała cicho. – Własną córką?
Paweł odsunął ściereczkę i znów sięgnął po słoik.
– Fakty są takie, że to jest konkretna suma. Można by coś z tym zrobić. Każdemu się należy.
– Należy? – mama uderzyła dłonią w stół.
Drzwi skrzypnęły. W progu stanął Wiktor. Zestarzał się bardziej, niż pamiętałam. Miał na sobie zbyt cienką kurtkę i spojrzenie kogoś, kto długo nie był mile widziany.
– Widzę, że trafiłem w sam środek – powiedział spokojnie.
Mama pobladła.
– Czego tu chcesz?
– Prawdy – odparł. – I może wreszcie przestaniemy udawać, że nic się nie stało.
Powietrze zgęstniało. Wiedziałam, że ten stół naprawdę zaraz pęknie, nie od ciężaru drewna, lecz od lat przemilczeń, które właśnie zaczynały się domagać głosu.
Wujek coś nam wyznał
Wiktor nie usiadł. Stał przy drzwiach, jakby bał się, że gdy zajmie miejsce, ktoś każe mu wyjść. Mama patrzyła na niego z napięciem, w którym było więcej bólu niż złości.
– Po tylu latach przypomniałeś sobie o rodzinie? – zapytała.
– O matce – poprawił ją spokojnie. – Przede wszystkim o niej.
Paweł prychnął pod nosem.
– Jeśli przyszedłeś po swoją część, to od razu mówię, że…
– Nie przyszedłem po pieniądze – przerwał mu Wiktor. – One nigdy nie były najważniejsze.
Mama odwróciła wzrok. Zauważyłam, że jej dłonie drżą.
– Leokadia bała się was – powiedział w końcu. – Bała się, że wszystko, co ma, zostanie jej zabrane. Nie siłą. Słowami, pretensjami, poczuciem winy.
– To kłamstwo – wyszeptała Irmina. – Byłam jej córką.
– Właśnie dlatego bolało ją najbardziej – odparł. – Pamiętasz tamtą kłótnię? O sprzedaż pola?
Mama milczała długo. Zbyt długo.
– Powiedziała wtedy, że nic jej nie zostawicie – ciągnął Wiktor. – Że nawet spokój jej zabierzecie. Od tamtej pory zaczęła chować wszystko.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Słoik nagle przestał być znaleziskiem. Stał się dowodem strachu starszej kobiety, która do końca nie czuła się bezpieczna we własnym domu.
– Nie chcę tych pieniędzy – powiedziałam nagle. – One nie są nagrodą.
Paweł spojrzał na mnie ostro.
– Łatwo ci mówić, skoro to ty znalazłaś.
– Właśnie dlatego – odpowiedziałam. – Bo wiem, gdzie były. Ukryte w ścianie.
Mama wstała gwałtownie.
– Całe życie myślałam, że mi nie ufała bez powodu – powiedziała drżącym głosem. – A ona po prostu się bała.
Nikt nie potrafił tego skomentować. Każde z nas nagle zobaczyło Leokadię inaczej. Nie jako matkę, babcię, czy teściową, ale jako kobietę, która do końca próbowała zachować kontrolę nad czymś, co wymykało się jej z rąk.
Zrobię remont za tę kasę
Rozjechali się bez pożegnań. Paweł wyszedł pierwszy, trzaskając drzwiami, jakby chciał zostawić tu całą złość. Mama została chwilę dłużej, stała w progu i patrzyła na mnie tak, jakby chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej odwagi albo sił. Wiktor tylko skinął głową i zniknął za bramą. Zostałam sama, w domu, który znów wypełniła cisza, tym razem cięższa, bardziej świadoma.
Usiadłam na podłodze w małym pokoju, tam gdzie znalazłam słoik. Dziura w ścianie wyglądała jak rana, jeszcze świeża. Dotknęłam jej palcami i pomyślałam, że babcia musiała stać dokładnie w tym miejscu, wciskając słoik w mur, może w pośpiechu, a może z ulgą. To była jej decyzja. Jedyna, której nikt nie mógł jej odebrać.
Chodziłam po domu do zmroku. Otwierałam szafy, zaglądałam do szuflad, ale nie szukałam już niczego. Raczej żegnałam się z tym, co zostało. Zrozumiałam, że odziedziczyliśmy po Leokadii nie pieniądze, lecz sposób milczenia. Uciekanie od rozmów, odkładanie prawdy na później, które nigdy nie nadchodzi.
Wieczorem postawiłam słoik na stole. Wiedziałam, co zrobię. Pieniądze zostaną tu. Wydam je na remont. Na dach, na ściany, na nowe okna. Ten dom nie będzie już skrytką. Chciałam, żeby stał się miejscem, w którym nic nie musi być chowane w murach ani między ludźmi.
Natalia, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Odkładaliśmy kasę na remont, a mąż wydał wszystko na zimowe ferie all inclusive. Odpadający tynk musi poczekać”
- „Po ślubie mąż rzucił pracę i zaczął gnić na kanapie. Zrozumiałam wtedy, że każdy książę z bajki ma pod skórą nieroba”
- „Całe życie wstydziłam się, że matka sprząta u obcych ludzi. Dziś jest już za późno nawet na zwykłe »przepraszam«”

