Reklama

Przez piętnaście lat byliśmy z Tymonem małżeństwem, które nie dawało powodów do plotek. Mieliśmy stałe prace, wspólny kredyt i zdjęcia z wakacji w jednakowych ramkach. Z zewnątrz widać było spokój, ale w środku panowała cisza tak gęsta, że czasem słyszałam własny oddech, gdy leżeliśmy obok siebie. Remont starego domu miał być nowym początkiem. Wmawiałam sobie, że świeże ściany i nowe podłogi zrobią to, na co nam brakowało odwagi.

Ten dom miał być nasz

Plan domu rozłożyłam na stole w jadalni jak mapę przyszłości.

— Kuchnia musi być otwarta — powiedziałam stanowczo. — Światło to podstawa.

Tymon wzruszył ramionami.

Jak uważasz.

To „jak uważasz” słyszałam coraz częściej. Przy wyborze płytek, przy decyzji o schodach, nawet przy rozmowie o ogrodzie.

— Nie masz zdania? — zapytałam któregoś wieczoru, gdy Konrad, architekt, wyszedł po długiej naradzie.

— Mam — odpowiedział spokojnie. — Po prostu to twój projekt.

Zabolało mnie to bardziej niż sprzeciw. Ten dom miał być nasz. A jednak to ja przesuwałam ściany na rysunku, ja wybierałam kolory, ja negocjowałam terminy. Tymon stał z boku, jakby już dawno przestał tu mieszkać. Kłóciliśmy się o drobiazgi.

Nie chcę czarnej armatury — rzucił kiedyś. — Jest zimna.

— To nowoczesne rozwiązanie — odparłam. — Nie możemy urządzać wszystkiego pod twoje sentymenty.

Zamilkł. Zawsze milczał. A ja wygrywałam każdą taką potyczkę, czując jednocześnie, że coś przegrywam. Wieczorami siedział w gabinecie z laptopem. Ja przeglądałam katalogi z meblami. W jednym domu, w dwóch osobnych światach. Zaczęłam zauważać, że jego obojętność boli mnie bardziej niż jakikolwiek sprzeciw. Kiedyś walczył. Teraz jakby oddał pole. Dopiero później zrozumiałam, że remont był dla mnie ucieczką. Łatwiej było przesunąć ścianę niż zapytać: „Czy jeszcze jesteśmy szczęśliwi?”.

Zrobiło mi się gorąco

Nasza stara sypialnia była przestronna. Duże łóżko z jasnym zagłówkiem zajmowało centralne miejsce, jakby miało przypominać, że jesteśmy jednością. W praktyce spaliśmy na jego skrajach, niemal plecami do siebie. Między nami zostawał pas chłodnej pościeli, którego żadne z nas nie przekraczało. Pamiętam wieczór, gdy próbowałam wrócić do rozmowy o przyszłości.

— Myślałeś kiedyś, żeby wyjechać na kilka lat? — zapytałam, gasząc lampkę.

— Po co? — odpowiedział po chwili ciszy.

Dla odmiany. Dla nas.

Odwrócił się w moją stronę, ale w półmroku nie widziałam jego twarzy.

— Jagoda, my już wszystko mamy poukładane.

To słowo — „poukładane”, brzmiało jak wyrok. Poukładane, czyli przewidywalne. Bezpieczne. Martwe. Innym razem wspomniałam o dzieciach. Temat wracał do nas co kilka lat, jak niedokończona rozmowa.

Może to byłby dobry moment — powiedziałam ostrożnie.

Tymon westchnął.

— Nie wiem, czy chcę czegoś tylko dlatego, że tak wypada.

— A ja nie wiem, czego ty w ogóle chcesz — wyrwało mi się.

Usiadł na łóżku.

Własnej przestrzeni — odpowiedział cicho.

Zamarłam.

— Czyli?

— Takiej, w której nie muszę ciągle dopasowywać się do twoich planów.

Zrobiło mi się gorąco. Odebrałam to jak zarzut, jak oskarżenie, że wszystko psuję.

— To powiedz wprost, że ci ze mną źle — rzuciłam ostro.

— Nie powiedziałem tego.

— Ale to sugerujesz.

Zamilkł. Położył się z powrotem, odwrócony plecami. Te plecy były jak ściana, której nie potrafiłam przebić. Leżałam długo bez snu. W głowie krążyły mi jego słowa: „Własna przestrzeń”. W pierwszej chwili poczułam złość. W drugiej coś znacznie bardziej niewygodnego. Zrozumiałam, że ja też marzę o chwili, w której nikt nie oczekuje ode mnie perfekcji. O dniu bez udawania, że wszystko jest pod kontrolą.

Zamiast o tym porozmawiać, zaczęłam planować nową sypialnię. Większą szafę, inne oświetlenie, miękki dywan. Jakby zmiana wystroju mogła zmienić to, jak się do siebie odnosimy. Tymon coraz częściej wracał późno. Tłumaczył się projektami w pracy.

Muszę to domknąć — mówił, zdejmując marynarkę.

— Oczywiście — odpowiadałam, nawet nie pytając o szczegóły.

Między nami nie było już gwałtownych sprzeczek. Była poprawność. Uprzejmość. Dwoje ludzi, którzy nauczyli się omijać tematy niewygodne jak kałuże po deszczu. Któregoś ranka spojrzałam na łóżko z góry, zmieniając pościel. Dwa wyraźne zagłębienia po bokach i nienaruszony środek. Uderzyło mnie to mocniej niż jakiekolwiek słowa. Może od dawna nie spaliśmy w jednym łóżku. Może tylko udawaliśmy, że tak jest.

Ta decyzja nie dotyczyła mebla

Pod koniec remontu dom pachniał świeżą farbą i drewnem. Wszędzie stały jeszcze kartony, ale sypialnia była już prawie gotowa. Konrad przyszedł z ostatnimi rysunkami.

— Została kwestia łóżka — powiedział, przeglądając notatki. — Jedno duże, klasyczne? Czy dwa mniejsze, które w razie potrzeby można rozdzielić?

Zapadła cisza. Taka, która nie trwa sekundy, tylko rozciąga się i zaczyna ciążyć.

— Jedno — powiedziałam w tym samym momencie, gdy Tymon odezwał się:

— Dwa.

Spojrzeliśmy na siebie. Konrad uniósł wzrok znad kartki, wyraźnie czując napięcie.

— Może zostawię państwa na chwilę — zaproponował ostrożnie.

Kiedy drzwi się zamknęły, usłyszałam własne serce.

— Dlaczego dwa? — zapytałam, starając się brzmieć rzeczowo.

Tymon usiadł na parapecie.

Bo tak jest uczciwiej.

— Uczciwiej wobec kogo?

— Wobec nas.

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na świeżo pomalowaną ścianę, idealnie gładką, bez jednej rysy.

— Uważasz, że to już ten etap? — spytałam cicho.

— Jagoda… — Zawahał się. — My od dawna żyjemy obok siebie. To łóżko niczego nie zmieni.

— Czyli to koniec? — Słowo „koniec” zabrzmiało obco.

— Nie wiem, kiedy to się stało — powiedział. — Może wtedy, gdy przestaliśmy mówić, co naprawdę czujemy.

Poczułam, że coś we mnie pęka. Miałam w sobie tylko zmęczenie.

Czułam się niewidzialna — przyznałam nagle. — Jak element wyposażenia. Dobra żona, dobra organizatorka. Ale nie partnerka.

— Bałem się sprzeciwić — odpowiedział bez wahania. — Myślałem, że jeśli będę się zgadzał, wszystko się ułoży. A ja po prostu znikałem.

Usiadłam naprzeciwko niego na podłodze.

— Ten dom miał nas uratować — powiedziałam z goryczą.

— Dom to tylko ściany — odparł spokojnie. — My już wcześniej się pogubiliśmy.

W jego głosie nie było pretensji. Tylko fakt. To bolało najbardziej, bo nie było z kim walczyć. Nie było winnego.

— Chcesz odejść? — zapytałam wprost.

Chcę przestać udawać — odpowiedział. — A ty?

Spojrzałam na przestrzeń między nami. Na miejsce, gdzie miało stać łóżko.

— Ja też — wyszeptałam.

Kiedy Konrad wrócił, Tymon powiedział:

– Dwa łóżka. Proszę tak zaprojektować.

Architekt skinął głową, nie komentując. A ja zrozumiałam, że ta decyzja nie dotyczyła mebla.

Odwróciłam się do niego

Kiedy Konrad wyszedł, w domu zrobiło się nienaturalnie cicho. Echo naszych kroków odbijało się od pustych jeszcze ścian. W sypialni stały tylko dwie lampki nocne ustawione symetrycznie po obu stronach miejsca, gdzie miały stanąć łóżka. Usiedliśmy naprzeciwko siebie na podłodze. Bez stołu między nami, bez planów i katalogów.

Pamiętasz nasze pierwsze mieszkanie? — zapytał Tymon.

Uśmiechnęłam się blado.

— Z krzywą podłogą i oknem, które się nie domykało.

— Wtedy nie przeszkadzało nam nic — dodał. — Bo byliśmy razem naprawdę.

Słuchałam go i czułam, że nie ma w tym tęsknoty za powrotem. Było raczej stwierdzenie, że coś się skończyło.

— Ja tak bardzo chciałam, żeby wszystko było idealne — powiedziałam. — Myślałam, że jeśli będziemy mieli piękny dom, poukładane życie, to poczujemy się bezpiecznie.

— A ja myślałem, że jeśli będę spokojny i nie będę się sprzeciwiał, to nie odejdziesz — odpowiedział.

Spojrzałam na niego z zaskoczeniem.

— Nigdy nie chciałam odchodzić.

— Może nie wprost — przyznał łagodnie. — Ale kiedy przestaliśmy rozmawiać, czułem się, jakbym już cię tracił.

Wiedziałam, że miał rację. Zajęta planami, tabelami, terminami, przestałam pytać go, co przeżywa. A on, zamiast walczyć o uwagę, wycofywał się krok po kroku.

— Nie zdradziliśmy się, nie było wielkich awantur — powiedziałam. — A jednak coś się rozpadło.

— To było powolne — odparł. — Każde przemilczenie dokładało cegłę do muru.

Wstałam i podeszłam do okna. Na podjeździe stał nasz samochód, ten sam od lat. Stabilność. Przewidywalność. Wszystko, o co kiedyś zabiegaliśmy.

— Czuję ulgę — przyznałam cicho. — I to mnie przeraża.

Tymon podszedł bliżej.

— Ja też. Myślałem, że będzie dramat. A jest… spokój.

Odwróciłam się do niego.

— Co teraz?

— Spróbujmy być wobec siebie uczciwi do końca — powiedział. — Bez udawania, że jeszcze to naprawimy.

Przytaknęłam. Nie było w tej decyzji gniewu. Była zgoda na prawdę. Tego wieczoru nie wróciliśmy do starego mieszkania razem. On pojechał do hotelu, tłumacząc, że musi przemyśleć kilka spraw. Ja zostałam w nowym domu, siedząc na podłodze sypialni, w której miały stanąć dwa łóżka. Nie czułam, że przegrywam. Czułam, że przestaję grać rolę.

Czułam smutek, ale nie rozpacz

Kilka tygodni później sypialnia była gotowa. Dwa łóżka stały równolegle, oddzielone niewielkim stolikiem. Symetryczne, estetyczne, zaprojektowane z dbałością o każdy detal. Patrzyłam na nie jak na eksponat — dowód naszej decyzji. Tymon coraz częściej wyjeżdżał służbowo. Któregoś wieczoru usiedliśmy przy nowym stole w jadalni. Bez planów remontu, bez katalogów. Tylko my i kartka papieru.

— Oglądałem dziś mieszkanie — powiedział spokojnie. — Niedaleko mojego biura.

Skinęłam głową.

— Ja rozmawiałam z agentem nieruchomości. Dom pewnie szybko się sprzeda.

Nie było w tej rozmowie napięcia. Omawialiśmy podział rzeczy tak, jak kiedyś omawialiśmy kolor ścian.

— Weź biblioteczkę z gabinetu — zaproponowałam. — Zawsze była bardziej twoja niż moja.

— A ty zatrzymaj fortepian — odpowiedział. — Wiesz, że bez niego ten dom nie miałby charakteru.

Zatrzymaliśmy się na chwilę przy wspomnieniach. Przy pierwszym wspólnym urlopie, przy nocach spędzonych na składaniu mebli w starym mieszkaniu. To było prawdziwe. Nie udawane. I może dlatego łatwiej było się z tym pożegnać. Ostatnią noc w domu spędziliśmy osobno. On w jednym łóżku, ja w drugim. Leżałam, patrząc w sufit. Nie płakałam. Czułam smutek, ale nie rozpacz. Raczej świadomość, że zamykam rozdział, który trwał piętnaście lat.

Rano spotkaliśmy się w kuchni.

Dziękuję ci za te lata — powiedział Tymon, podając mi kubek z herbatą.

— Ja tobie też — odpowiedziałam.

Przytuliliśmy się krótko, bez teatralnych gestów. Byliśmy już bardziej dwojgiem ludzi niż małżeństwem. Remont miał być początkiem. Stał się lustrem. Pokazał nam to, czego nie chcieliśmy widzieć — że dom można odnowić, ale relacja wymaga czegoś więcej niż nowych ścian. Nie rozstaliśmy się przez pytanie o łóżko. Rozstaliśmy się, bo w końcu odpowiedzieliśmy sobie szczerze. Dziś wynajmuję mniejsze mieszkanie. Nie jest idealne. Ale kiedy zasypiam, wiem, że nie udaję już nikogo — ani przed kimkolwiek, ani przed sobą.

Jagoda, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama