Reklama

Kiedyś myślałam, że dwadzieścia sześć lat to wiek, w którym wszystko powinno być już poukładane: miłość, plany, jakaś wizja przyszłości. Teraz wiem, że to bzdura. Od kilku miesięcy żyję w związku, który bardziej przypomina przeciąganie liny niż bycie razem. Ja ciągnę, Tomek puszcza. Albo udaje, że ciągnie. Wieczory wyglądają zawsze tak samo. Siedzimy przy stole, jedzenie na talerzach stygnie, a między nami wisi cisza gęsta jak dym.

Czekam, aż Tomek coś powie, ale on scrolluje telefon. Czekam na wiadomości w ciągu dnia — te w stylu „jak się czujesz?”, „tęsknię”, ale telefon milczy tak samo jak on. Zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jeszcze jesteśmy parą, czy tylko dwojgiem ludzi dzielących mieszkanie. Mimo wszystko zgodziłam się na wyjazd. Zakopane, ferie, góry — pewnie będzie fajnie. Może nawet zmiana miejsca coś naprawi. Może przypomnimy sobie, dlaczego w ogóle byliśmy razem.

Dzień przed wyjazdem zadzwoniłam do Ani.

— Iza, po co ty tam jedziesz? — zapytała bez ceregieli.

— Bo… to może ostatnia próba — odpowiedziałam po chwili ciszy. — Albo się jeszcze odnajdziemy, albo już naprawdę nie ma czego ratować.

W samochodzie było niewiele lepiej.

— Daleko jeszcze? — zapytał Tomek, nie odrywając wzroku od drogi.

— Dwie godziny — rzuciłam.

— Aha.

Patrzyłam na niego i miałam dziwne wrażenie, że jadę w góry nie z partnerem, tylko z kimś zupełnie obcym.

Jestem w tym sama

Drugi dzień w Zakopanem przywitał nas śniegiem i hałasem. Krupówki były pełne ludzi, śmiechu, zapachu jedzenia i dźwięków, które normalnie powinny mnie cieszyć. Szłam obok Tomka, trzymałam go za rękę, a mimo to czułam się samotna. Jego dłoń była ciepła, ale obca. Miałam wrażenie, że idziemy obok siebie tylko z przyzwyczajenia, jakby ktoś nas tak ustawił i zapomniał powiedzieć, po co.

Od rana było mi niedobrze. Tłumaczyłam to zmęczeniem, drogą, stresem. W głowie jednak krążyła jedna myśl, natrętna i niechciana. Gdy Tomek wszedł do sklepu z pamiątkami, ja skręciłam do apteki. Powiedziałam farmaceutce, że potrzebuję witamin. Test, który też od niej wzięłam, schowałam głęboko do kieszeni kurtki, jakby był czymś zakazanym. W łazience pensjonatu siedziałam na brzegu wanny i patrzyłam na biały prostokąt w dłoniach.

— Jeśli to prawda… co ja zrobię? — wyszeptałam do siebie, czując, jak serce bije mi zbyt szybko.

Dwie kreski pojawiły się prawie natychmiast, a ja nie poczułam radości. Zamiast tego pojawił się strach, który ścisnął mnie w środku. Wieczorem długo milczałam.

— Muszę ci coś powiedzieć — odezwałam się w końcu. — Jestem w ciąży.

Tomek spojrzał na mnie, potem odwrócił wzrok. Cisza trwała zbyt długo.

To nie jest dobry moment — powiedział w końcu.

Wtedy zrozumiałam, że jestem w tym sama.

Potem przyszła fala smutku

Kolejne dni minęły w dziwnej, ciężkiej ciszy. Tomek wychodził wcześnie rano, mówił, że idzie się przejść albo że musi przewietrzyć głowę. Wracał po kilku godzinach, pachniał zimnem i obcym powietrzem, jakby uciekał przede mną, a nie przed górami. Ja zostawałam w pokoju, leżałam nieruchomo i wpatrywałam się w sufit. Nie spałam, nie miałam apetytu, a myśli krążyły w kółko.
Próbowaliśmy zjeść razem obiad. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, każde zajęte własnym talerzem i własnymi lękami. Nie dotknął mnie ani razu. Nawet przypadkiem. Czułam, że między nami powstała niewidzialna bariera, której nie da się już przestawić jednym zdaniem.

Wieczorem nie wytrzymałam.

— Nie chcę tego sama nosić. Musisz być ze mną — powiedziałam cicho, ale stanowczo.

Tomek westchnął i przetarł twarz dłońmi.

— Nie wiem, co chcesz, żebym powiedział. Ja… ja się nie nadaję.

Zabolało mnie to bardziej, niż gdyby podniósł głos.

— Wiem — odpowiedziałam po chwili. — Zawsze to wiedziałam.

Poczułam, jak złość ustępuje miejsca zmęczeniu. Potem przyszła fala smutku, a na końcu coś na kształt obojętności. Zrozumiałam, że nie walczę już o nas. Walczę tylko o to, żeby nie rozsypać się całkiem.

Nie trzymaliśmy się za ręce

Ostatni dzień zaczął się wcześnie. Obudziłam się, gdy za oknem było jeszcze szaro, a śnieg skrzypiał pod butami kogoś, kto już wychodził na szlak. Leżałam chwilę bez ruchu i słuchałam oddechu Tomka. Był spokojny, równy, jakby spał bez żadnych myśli. Wstałam pierwsza. Zaczęłam pakować swoje rzeczy powoli, bez pośpiechu, składając je mechanicznie, jakbym robiła to nie pierwszy raz.

Tomek usiadł na łóżku i od razu sięgnął po telefon. Przewijał ekran kciukiem, nie pytając, czy pomóc, nie patrząc w moją stronę. Każdy jego gest utwierdzał mnie w przekonaniu, że już podjął decyzję, tylko nie miał odwagi jej wypowiedzieć na głos. W pokoju panowała cisza, która nie była nerwowa ani napięta. Była ostateczna. Gdy zamknęłam walizkę, na stoliku pojawiły się banknoty. Pięćset złotych, równo ułożone.

Na start — powiedział, jakby mówił o zakupach albo rachunku do zapłacenia.

Nie odpowiedziałam. Nie chciałam pytać, co to znaczy, ani dokąd jest ten start. Wiedziałam, że to jego sposób na zamknięcie sprawy, na uspokojenie sumienia. W drodze na dworzec nie trzymaliśmy się za ręce. W pociągu usiadłam przy oknie. Patrzyłam na Tatry, które powoli znikały za horyzontem, i czułam w sobie pustkę. Nie płakałam. Łzy skończyły mi się wcześniej, jeszcze zanim tu przyjechaliśmy. Myślałam tylko o jednym. Znałam tę decyzję od dawna, nosiłam ją w sobie jak cichy ciężar. Nienawidziłam jedynie tego, że muszę ją podjąć sama.

Wieczorem przyszła Ania

Wróciłam do swojego mieszkania późnym popołudniem. Otworzyłam drzwi i uderzyła mnie cisza, która była inna niż ta w Zakopanem. Tutaj była znajoma, codzienna, a jednocześnie obca, jakby mieszkanie zdążyło już odzwyczaić się ode mnie. Zdjęłam kurtkę, buty odstawiłam pod ścianę i przez chwilę stałam bez ruchu, nie wiedząc, co zrobić dalej.

Z kosmetyczki wyjęłam test i położyłam go na stole. Dwie kreski wyglądały tak samo jak wcześniej, spokojne i niepodważalne. Usiadłam naprzeciwko i patrzyłam na nie długo, próbując zrozumieć, jak to możliwe, że całe życie może zmieścić się w tak małym przedmiocie. Wieczorem przyszła Ania. Spojrzała na mnie uważnie, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

— Co się stało? — zapytała cicho.

— Dwie kreski. A jego już nie ma — odpowiedziałam bez wstępów.

Usiadła obok mnie i milczała przez chwilę.

— Iza… co teraz?

— Nie wiem — powiedziałam zgodnie z prawdą. — Nienawidzę tego, że jestem w tym sama.

Poczułam, jak strach miesza się ze złością. Na Tomka, na siebie, na to, że życie potrafi być tak bezlitosne w momentach, gdy najbardziej potrzebuje się oparcia.

Poradzę sobie

Siedziałam przed lustrem z kubkiem herbaty w dłoni. Para unosząca się znad napoju mijała się z moim spojrzeniem w lustrze, które było obce, jakby należało do kogoś innego. Czułam się, jakbym postarzała się o kilka lat w ciągu tygodnia. Nie tylko przez ciążę. Przez wszystko. Przez to, jak Tomek się wycofał. Przez to, że nie miałam na kim się oprzeć, kiedy najbardziej tego potrzebowałam.

Na kolanach trzymałam telefon. Otworzyłam kontakt do lekarza, ale nie nacisnęłam zielonej słuchawki. Jeszcze nie. Oparłam głowę o dłoń i słuchałam muzyki z radia, jakby to miało mi pomóc cokolwiek zrozumieć. Na ekranie pojawiła się wiadomość od Tomka. „Mam nadzieję, że sobie poradzisz”.

Przeczytałam ją dwa razy. Krótką, zdystansowaną, napisaną tak, jakby rozmawiał z kimś przypadkowym. Nie odpisałam. Co miałabym mu napisać? Że sobie poradzę? Że nie chcę już jego nadziei ani pieniędzy? Że dziecko być może nigdy nie pozna ojca? Nic nie napisałam. Wstałam, schowałam telefon do torebki, a test zniknął w dolnej szufladzie biurka. Włożyłam notatki do torby, jutro miałam wrócić do pracy. Patrzyłam na siebie przez chwilę, jakbym w tej twarzy miała znaleźć podpowiedź. Nie znalazłam.

— Poradzę sobie. Ale nie zapomnę — powiedziałam do swojego odbicia.

Wzięłam głęboki oddech

Niektóre decyzje podejmuje się w milczeniu. Po prostu pewnego dnia wstajesz, zakładasz płaszcz i wychodzisz z domu już inną osobą. Już nie tą, która czekała, aż coś się zmieni. Już nie tą, która łudziła się, że ktoś za nią coś zdecyduje, coś naprawi, wróci, powie „przepraszam”. To się nie wydarzyło. I już nie musiało.

Patrzyłam przez okno, za którym świat toczył się swoim rytmem. Ktoś szedł do pracy, ktoś prowadził dziecko do przedszkola, ktoś inny spieszył się na autobus. Siedziałam przy stole i myślałam o Zakopanem. Nie jako o miejscu odpoczynku, nie jako o wspomnieniu zimowego wyjazdu. Tam skończyło się coś, co i tak było już tylko cieniem. Iluzją bliskości, której od dawna nie było. To miasto, te góry, ta cisza między nami — to wszystko było końcem moich złudzeń. I nie płakałam, bo wszystko już wypłakałam. A może… to była moja decyzja od zawsze. Tylko nie miałam odwagi jej wypowiedzieć.

Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, jaką matką będę. Na pewno jednak nie poczekam na miłość, która rani. Już nie będę się godzić na obecność kogoś, kto jest tylko ciałem obok, a myślami wszędzie indziej. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. To, co przede mną, może być trudne, ale przynajmniej będzie moje.

Iza, 26 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama