Reklama

Zbliżały się walentynki, a ja jak zwykle zostawiłem zakup prezentów na ostatnią chwilę. Chociaż jestem żonaty od ośmiu lat, wciąż nie potrafiłem wyczuć tych subtelnych oczekiwań, jakie moja Olka ma wobec takich okazji. Chciałem, żeby poczuła się wyjątkowa, ale też zależało mi, by nie zaniedbać mamy — w końcu to ona nauczyła mnie, jak ważne są rodzinne gesty. Stałem więc w zatłoczonej drogerii i patrzyłem na półki pełne flakonów, czując coraz większy stres.

Po kilku minutach wybrałem delikatne, słodkie perfumy. Uznałem, że obie — Olka i mama, je pokochają. Przecież zapach jest uniwersalny, tak mi się wydawało. Wracając do domu, czułem satysfakcję: tym razem nie zapomniałem, nie kupiłem nic na odczepnego. Nie miałem pojęcia, że jedna, pozornie niewinna decyzja uruchomi lawinę zdarzeń, których zupełnie się nie spodziewałem.

Każdy będzie zadowolony

Już od rana czułem lekki niepokój. W pracy co chwilę zerkałem na zegarek, mając w głowie listę spraw, których nie mogłem dziś zawalić. Dzień jak co dzień — trochę maili, trochę telefonów, a w tle myśl: „muszę zdążyć do drogerii przed zamknięciem”. Wszyscy koledzy mieli już zaplanowane walentynki z żonami, nawet ten stary kawaler z księgowości chwalił się, że rezerwował stolik w restauracji już dwa tygodnie temu. Ja czułem presję. Olka zawsze mówiła, że dla niej nie liczy się prezent, tylko pamięć. Z drugiej strony, gdybym naprawdę wrócił z pustymi rękami, miałbym wielotygodniową cichą wojnę w domu.

Po pracy wpadłem do drogerii na szybko, tłum ludzi, gwar, a ja z duszą na ramieniu podchodziłem do półek z perfumami. Sprzedawczyni, młoda dziewczyna z burzą loków, doradziła mi najnowszy hit: słodki, owocowy zapach, podobno bestseller wśród kobiet.

— Zabiorę dwa flakoniki — powiedziałem bez wahania. Jeden dla Olki, drugi dla mamy. Nie rozumiałem, co złego może być w takim rozwiązaniu, przecież obie są dla mnie najważniejsze na świecie, a zapach jest uniwersalny i bardzo dziewczęcy. Byłem przekonany, że każdy będzie zadowolony. Po powrocie do domu czułem ulgę i lekką dumę, że wreszcie się ogarnąłem.

W jej oczach pojawiło się rozczarowanie

Walentynkowy wieczór miał być spokojny. Wróciłem do domu wcześniej niż zwykle, bo uznałem, że to ważne, żeby Olka poczuła, że to jej dzień. Zastałem ją w kuchni, mieszała coś w garnku, pachniało pomidorami i bazylią. Uśmiechnąłem się szeroko, sięgając do torby po paczuszkę przewiązaną czerwoną wstążką.

— To dla ciebie, kochanie — powiedziałem z zadowoleniem. — I jeszcze… — wyciągnąłem drugi, identyczny pakunek. — Dla mamy. Odwiozę jej jutro, niech wie, że pamiętam.

Olka spojrzała na mnie z niepewnym uśmiechem, a potem odwinęła papier. Zatrzymała się w pół ruchu.

— O, perfumy… — mruknęła i przez chwilę wdychała zapach. — Ładne.

Poczułem ulgę.

— Fajne, co? Pachną tak świeżo i słodko. Podobają ci się? — zapytałem, przekonany, że zaraz usłyszę komplement.

— Tak… tylko… — Westchnęła, a ja zobaczyłem, że coś ją gryzie. — Dla mamy kupiłeś dokładnie te same?

— No tak, myślałem, że to będzie miłe — odparłem, nie rozumiejąc, dlaczego w jej oczach pojawiło się rozczarowanie. — To chyba dobrze?

Wtedy jeszcze nie widziałem, że ta decyzja może wywołać cokolwiek poza wdzięcznością.

Spojrzała na mnie z jakimś smutkiem

Następnego dnia od rana czułem, że coś jest nie tak. Olka chodziła po mieszkaniu jakby w lekkim zamyśleniu, nie rzucała już tych swoich żartów pod moim adresem, nawet śniadanie podała bez zwyczajowego „smacznego”. W pracy wyciągnąłem telefon i napisałem do niej wiadomość: „Jak tam nasz wieczór, podobał ci się prezent?” Odpisała dopiero po godzinie, lakonicznie: „Dzięki, zapach ładny”. Próbowałem nie doszukiwać się podtekstu, ale nie dawało mi to spokoju.

Po południu podjechałem do mamy z kwiatami i prezentem. Była zachwycona, obcałowała mnie, powąchała perfumy i aż zapiszczała z radości.

— Synku, skąd wiedziałeś, że lubię takie słodkie zapachy? — zagadnęła.

Z dumą powiedziałem jej, że Olka dostała dokładnie takie same. Mama od razu się ucieszyła:

— To będziemy się czuły jak rodzina, hihi!

Wracając, poczułem ulgę, byłem pewien, że zrobiłem dobrze. Tymczasem w domu atmosfera była coraz bardziej napięta. Kiedy wszedłem do kuchni, Olka siedziała przy stole z filiżanką herbaty i patrzyła w okno. Zapytałem:

— Olka, coś się stało?

Nie odpowiedziała od razu, tylko spojrzała na mnie z jakimś smutkiem, który zupełnie nie pasował do naszego święta.

Stałem bezradny

Wieczorem atmosfera zrobiła się gęsta jak mgła nad rzeką. Olka snuła się po mieszkaniu w ciszy, której nie znałem. Zwykle nawet gdy była zła, rzucała krótkie, kąśliwe uwagi, tymczasem teraz… nic. Usiadłem obok niej na kanapie, spróbowałem objąć, lecz delikatnie się odsunęła.

— Ej, powiesz mi w końcu, o co chodzi? — zapytałem spokojnie, szukając jej wzroku.

Olka westchnęła głęboko i w końcu wyrzuciła z siebie:

— Słuchaj, po prostu nie rozumiem, jak mogłeś kupić mi i swojej mamie to samo na walentynki. To miał być wyjątkowy dzień, a ja mam się czuć jak twoja druga mama? — Jej głos zadrżał, a ja poczułem się jak idiota, chociaż naprawdę nie rozumiałem, czemu to aż taki problem.

— Przecież to piękny zapach. Chciałem, żebyście obie były zadowolone — próbowałem się bronić, nieświadomie podnosząc ton.

— Może następnym razem kupisz mi jeszcze taki sam szlafrok jak jej, co? — rzuciła gorzko, wstając z kanapy. — Albo zapytasz, czy nie chce się z tobą wybrać na romantyczną kolację?

Stałem bezradny, nie wiedząc, jak wyjaśnić, że dla mnie to był po prostu praktyczny, szczery gest.

Jakbym dostał obuchem w głowę

Noc minęła niespokojnie. Olka spała odwrócona plecami, a ja przewracałem się z boku na bok, próbując zrozumieć, gdzie popełniłem błąd. Nad ranem zebrałem się na odwagę i zagaiłem, gdy tylko zobaczyłem ją w kuchni.

— Słuchaj, nie chciałem cię urazić. Dla mnie prezent to prezent, liczy się intencja, nie to, czy jest identyczny. Czy naprawdę to aż taki problem, że podarowałem wam te same perfumy?

Olka spojrzała na mnie z czymś w rodzaju rozczarowania.

— Po prostu chciałabym poczuć się wyjątkowo. Chociaż w taki dzień. Nie chcę pachnieć tak jak twoja mama. To dla mnie nie jest miłe. To znaczy… Nie jestem twoją mamą, jestem twoją żoną — mówiła cicho, ale każde słowo wbijało mi się w głowę.

Milczałem, nie potrafiąc znaleźć sensownej odpowiedzi. W końcu Olka dodała już spokojniej:

— Nie zrozumiesz chyba nigdy, że czasem drobiazg może znaczyć wszystko. Wolałabym dostać cokolwiek, co byłoby tylko dla mnie. Nawet głupią kartkę, byle z myślą o mnie.

Stałem, jakbym dostał obuchem w głowę. Nigdy nie pomyślałem, że perfumy mogą być czymś więcej niż tylko flakonikiem z zapachem.

Będę się starał

Minęło kilka dni, zanim sytuacja w domu zaczęła wracać do normy. Olka wciąż była oschła, a ja, mimo najlepszych chęci, czułem, jak oddalamy się od siebie. Dla mnie sprawa prezentów zawsze była czymś prostym: liczy się gest, nie szczegóły. Tymczasem dla niej to był symbol. Oczekiwała, że ją odróżnię od innych kobiet, nawet tych najbliższych mi na świecie. Gdy zrozumiałem, jak bardzo ją zawiodłem, poczułem coś w rodzaju wstydu. Próbowałem to naprawić — kupiłem jej ulubione czekoladki i napisałem krótką, szczerą wiadomość, choć wiedziałem, że to za mało, by wszystko naprawić.

Wieczorem usiedliśmy razem na kanapie, bez zbędnych słów.

Chciałem dobrze, naprawdę — powiedziałem, choć wiedziałem, że to nie wystarczy.

— Wiem — odparła. — Tylko czasem chciałabym poczuć się jedyną, nie jedną z dwóch.

Wiedziałem już, że nie chodzi o sam zapach, a o uczucia, które powinienem pokazać w inny sposób. Może nigdy nie pojmę wszystkich tych subtelności, ale będę się starał. Być może następnym razem zrobię coś niepowtarzalnego, nawet jeśli tylko po to, by nie musieć znowu tłumaczyć się z własnej głupoty.

Damian, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama