„Po zdradzie przestałam wierzyć w miłość. Wyjazd w Bieszczady, na który namówiła mnie koleżanka, wszystko zmienił”
„Góry wyglądały jakby czekały tylko na mnie: obojętne, majestatyczne, dokładnie takie, jakimi ich potrzebowałam. Nie miałam ochoty na rozmowy, na pytania, na pocieszenia. Julia coś jeszcze mówiła o trasach, które chciałaby przejść, ale ja już byłam daleko. Myślami uciekłam stamtąd, gdzie ostatnio wszystko we mnie zgasło”.

Wszystko zaczęło się od jednej filiżanki zimnej kawy i rozciągniętego dresu, który miałam na sobie już piąty dzień z rzędu. Siedziałam na kanapie i patrzyłam tępo w ekran telewizora, na którym jakaś para właśnie żegnała się wylewnie na dworcu. Ich łzy wyglądały jak z reklamy. Moje z kolei, jeśli w ogóle jeszcze je miałam, były mało przekonujące. Po dwóch latach związku zakończonego zdradą i tekstem: „To nie ty, to ja”, zostało mi tylko echo.
Z jednej strony chciałam kogoś zdzielić patelnią, a z drugiej po prostu mieć w końcu święty spokój. A między tym wszystkim siedziałam ja, kobieta z rozmazanym tuszem i jedynym planem na weekend: nie myśleć. Julia wparowała do mnie jak wichura. W ręce trzymała coś, co z grubsza przypominało plan podróży, a w oczach miała determinację godną komandosa.
— Pakuj się. Nie siedzimy tu jak dwie rośliny w doniczkach — rzuciła tonem nieznoszącym sprzeciwu.
— A jak znajdę tam jeszcze większą pustkę? — spytałam, nie podnosząc głowy znad kubka.
— To przynajmniej będziesz miała widok na góry — odpowiedziała i już wiedziałam, że przegrałam tę bitwę.
Jej plan był prosty: wynajmujemy pokój w schronisku w Bieszczadach, bez zasięgu, bez planów, z termosami, książkami i ciszą. I chociaż miałam ochotę wcisnąć się głębiej w sofę i scalić z nią w jedno ponure ciało, w jakiś pokręcony sposób uznałam, że to może być właśnie to, czego potrzebuję. Cisza, przestrzeń i dystans. Od siebie samej.
Przez całą drogę samochodem milczałam. Julia mówiła, jakby próbowała zagłuszyć własne wątpliwości. Że może i dobrze, że to się rozpadło. Że jak facet odchodzi „bo potrzebuje przestrzeni”, to znaczy, że po prostu ma już kogoś innego, z kim chce ją dzielić. A ja tylko patrzyłam przez okno, obserwując, jak szare miasta zmieniają się w puste drogi, a puste drogi w coraz wyższe wzgórza.
W głowie wciąż miałam słowa, które wypowiedziałam na głos dopiero pod sam koniec podróży:
— Nie wiem, czy jeszcze wierzę w miłość.
Julia spojrzała na mnie kątem oka, ale nie skomentowała. Po prostu włączyła radio. I na cały samochód poleciało coś o nowym początku.
Nie było napięcia
Do schroniska dotarłyśmy wczesnym popołudniem. Zimne powietrze przywitało mnie lepiej niż cokolwiek innego przez ostatnie tygodnie. Góry wyglądały jakby czekały tylko na mnie: obojętne, majestatyczne, dokładnie takie, jakimi ich potrzebowałam. Nie miałam ochoty na rozmowy, na pytania, na pocieszenia. Julia coś jeszcze mówiła o trasach, które chciałaby przejść, ale ja już byłam daleko. Myślami uciekłam stamtąd, gdzie ostatnio wszystko we mnie zgasło.
Schronisko było proste, drewniane, pachniało wilgocią i dymem. Miałyśmy niewielki pokój na piętrze, dwa łóżka, grube koce, okno z widokiem na las. Rozpakowałyśmy się w milczeniu, każda zajęta sobą. Przysiadłam na skraju łóżka, słuchając wiatru uderzającego o szyby. Przez chwilę naprawdę wierzyłam, że uda mi się odetchnąć. Wieczorem zeszłyśmy na dół. W jadalni ciepło rozchodziło się z kominka, ktoś nalewał gorącą herbatę do metalowego dzbanka, kilka osób siedziało przy stołach, rozmawiali szeptem. Wśród nich zauważyłam mężczyznę.
Siedział sam, blisko okna. Ubrany był zwyczajnie, w ciemny polar, czoło lekko zmarszczone, jakby się nad czymś zastanawiał. Zwrócił uwagę, ale nie od razu. Po prostu był tam i wyglądał jak ktoś, kto przestał czegoś szukać. Julia po godzinie poszła spać. Powiedziała tylko, że rano planuje wyjść wcześnie. Zostałam. Nie czułam zmęczenia, a siedzenie przy kominku dawało więcej spokoju niż łóżko na piętrze.
— Można? — spytałam, wskazując krzesło obok niego.
Skinął głową. Nie patrzył długo. Milczeliśmy. Przez chwilę słuchaliśmy tylko drewna trzaskającego w kominku.
— Długo tu jesteś? — zapytałam.
— Trzeci dzień. Ty?
— Dopiero przyjechałam.
Nie było napięcia ani też nie było luzu. Było coś innego — spokojna obecność. Tak jakbyśmy oboje zrezygnowali z udawania.
— Czasem trzeba się zgubić, żeby znowu siebie znaleźć — powiedział w końcu, patrząc przez okno.
— A czasem po prostu trzeba przestać myśleć — odpowiedziałam bez zastanowienia.
— Dlatego jesteś tu?
— Dlatego właśnie.
Uśmiechnął się lekko, ale nie odpowiedział. Przesunął filiżankę herbaty w moją stronę.
— Ciepła. Pomaga.
Wzięłam łyk. Nie wiem, czy to była herbata, czy chwilowa cisza, ale pierwszy raz od dawna coś się we mnie uspokoiło.
— Tomek — przedstawił się po chwili.
— Ola.
Nie podał mi ręki. I dobrze. Nie trzeba było jej podawać, żeby wiedzieć, że ten wieczór coś we mnie zmienił.
Czułam, że nie idę sama
Drugiego dnia Julia zniknęła zaraz po śniadaniu. Zabrała termos, mapę i powiedziała tylko, że wróci na kolację. Nie dopytywałam. W mojej głowie i tak panowała cisza, którą wolałam zachować. Poszłam na krótki spacer wokół schroniska, potem usiadłam na werandzie i wpatrywałam się w drzewa. Niczego nie oczekiwałam. I może dlatego, kiedy po południu Tomek usiadł obok mnie z książką, nie poczułam się zaskoczona.
— Będzie ognisko — powiedział cicho. — Dziś wieczorem. Wszyscy schodzą się na polanę przy strumyku.
— Nie przepadam za ludźmi — odparłam.
— Ja też nie. Ale lubię patrzeć w ogień.
Nie odpowiedziałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, czy tam pójdę. A jednak przyszłam. Wzięłam kurtkę, usiadłam nieco z boku, na kawałku zwalonego pnia. Kilka osób śmiało się głośno, ktoś przyniósł gitarę, ktoś inny plastikowe kubki z winem. Ogień był żywy, gorący, skakał w górę, jakby nie mógł się zatrzymać. Tomek siedział po drugiej stronie kręgu. W końcu podszedł i usiadł obok.
— To dziwne — zaczął po chwili — jak szybko można się przyzwyczaić do milczenia.
— Albo jak bardzo się go pragnie.
Ogień oświetlał jego twarz nierówno. Miał w oczach coś, co trudno było nazwać — może zmęczenie?
— Wiesz, że czasem mam wrażenie, że przegapiłam coś ważnego? — powiedziałam, wpatrując się w płomienie.
— Może to nie było to, co miałaś znaleźć — odpowiedział spokojnie.
— A jeśli w ogóle nie umiem szukać?
— To dobrze, że góry cię znalazły.
Siedzieliśmy długo, nie rozmawiając. Ogień trzaskał, ludzie śmiali się dalej, jakby nas nie było. Nie było dotyku. Nie było spojrzeń, które coś sugerowały. Było tylko coś pod skórą. Spokojne napięcie. Milczenie, które nie bolało. Kiedy wracałam do schroniska, czułam, że nie idę sama. Choć za mną nie szedł nikt.
Wiedziałam, że się uśmiecha
Ostatni dzień. Plecak miałam spakowany, buty stały przy drzwiach, na łóżku czekała rozłożona bluza, którą obiecałam sobie zabrać, ale teraz nie byłam pewna, czy chcę. Julia siedziała na parapecie, popijała kawę i co chwilę spoglądała w moją stronę.
— Wyglądasz, jakbyś czegoś zapomniała — rzuciła.
— Może tak właśnie się czuje człowiek, który nie chce wracać.
Uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała. Wiedziała, że nie mówię o widokach. Tomek przyszedł chwilę przed naszym wyjściem. Powiedział, że odprowadzi mnie na przystanek. Julia uniosła brwi, ale nie skomentowała. Pożegnałyśmy się w drzwiach. W jej spojrzeniu nie było kpiny, tylko cicha aprobata. Może nawet ulga, że ktoś mnie tu zatrzymał choć na chwilę.
Szliśmy w milczeniu. Droga do przystanku była prosta, wąska, zasypana liśćmi. Mijaliśmy drzewa, które szumiały cicho, jakby chciały coś powiedzieć, ale nie mogły dobrać słów. W połowie drogi Tomek zatrzymał się przy strumyku. Usiadł na kamieniu i spojrzał na mnie, jakby ważył coś, co trudno było unieść.
— A może wrócimy razem? — zaproponował cicho, ale bez niepewności.
Poczułam, jak wszystko we mnie się napina. Nie wiedziałam, co on miał na myśli, dokąd chciał jechać, na jak długo i w jakim sensie.
— Nie wiem, czy to ma sens — odpowiedziałam w końcu.
— To nie musi mieć sensu. Może po prostu tak musi być.
Patrzyłam na wodę. Płynęła powoli, obmywała kamienie, omijała przeszkody. Czasem coś zatrzymywało ją na chwilę, ale nigdy na stałe.
— A jak znowu się zawiodę?
— To nie będzie koniec świata. Ale może to będzie coś, czego warto było spróbować.
Zamknęłam na moment oczy. Wszystko we mnie krzyczało, żeby nie ryzykować, żeby wrócić do znanego. A jednak słowa, które wypowiedziałam, przyszły same.
— Ale tym razem w twoim kierunku.
Nie spojrzałam na niego. Wiedziałam, że się uśmiecha.
Usiedliśmy przy oknie z herbatą
Nie wróciłam tam, skąd uciekłam. Wracałam, ale nie w swoim kierunku. Droga była inna, pociąg jechał w przeciwną stronę niż planowałam. W milczeniu siedzieliśmy obok siebie, jakbyśmy już to robili tysiące razy. Nie trzymaliśmy się za ręce. Nie musieliśmy. Tomek wysiadł przede mną, w jego mieście. Podniósł moją torbę, jakby to było oczywiste, i nie pytał, czy chcę iść z nim. Po prostu szliśmy.
Jego mieszkanie pachniało drewnem i kawą. Było tam cicho. Nikt nie mówił, co trzeba, co wypada, czego się oczekuje. Usiedliśmy na podłodze, jakby nie było potrzeby udawać, że mamy cokolwiek więcej niż siebie.
— Nie musisz tu zostawać — powiedział, kiedy zapadła cisza.
— Wiem.
— Ale jeśli zostaniesz, nie będę pytał, na jak długo.
— Dobrze — odpowiedziałam, bo tylko to miało sens.
Wieczorem zadzwoniłam do Julii. Odebrała od razu.
— No to leć… ale nie zapomnij napisać — rzuciła i dodała coś jeszcze, ale nie usłyszałam. Słowa zniknęły w moim niedowierzaniu, że to się naprawdę dzieje.
Nie całowaliśmy się namiętnie, nie przyrzekaliśmy sobie niczego. Zamiast tego usiedliśmy przy oknie z herbatą. Patrzyliśmy na ulicę i nie mówiliśmy nic. Tylko byliśmy. I to wystarczyło.
Chcę tylko, żeby ktoś był
Czasem nie trzeba znać odpowiedzi. Nie trzeba wiedzieć, co dalej, ile to potrwa, jak się skończy. Czasem wystarczy usiąść z kimś przy oknie, w ciszy. Z herbatą, która stygnie zbyt szybko, ale nikt się tym nie przejmuje. Nie wiem, co będzie za miesiąc, za pół roku, za rok. Może odejdę. Może on odejdzie. Może zostaniemy. Może to wszystko rozpadnie się jak poprzednie rzeczy, które miały trwać. Ale pierwszy raz od dawna nie chcę uciekać.
Tomek nie obiecuje mi cudów. Nie mówi, że mnie naprawi. I dobrze. Bo nie chcę, żeby ktoś mnie naprawiał. Chcę tylko, żeby ktoś był. I milczał ze mną wtedy, kiedy nie umiem nic powiedzieć.
Może na tym właśnie polega początek. Nie na wielkich słowach. Nie na tym, że wszystko się nagle układa, a na tym, że można usiąść obok drugiego człowieka. I nie czuć się samotną. W tym wszystkim właśnie to było dla mnie nowe. Nie musiałam wracać do siebie. Mogłam iść w jego stronę. Bez mapy. Bez planu. Bez lęku.
Ola, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mama kazała mojej córce zmywać naczynia po wszystkich. Chce ją wychować na służącą, a ja na to nie pozwolę”
- „Ledwo nowy rok się zaczął, a my już nie mamy pieniędzy. Żona wydała tyle kasy, że stać nas tylko na chleb z promocji”
- „Za moim bratem dopiero zamknęło się wieko trumny, a bratowa już szasta jego pieniędzmi. Zaraz zostanie z niczym”

