Reklama

Kiedy odkryłam zdradę męża, nie miałam pojęcia, że to właśnie jego matka stanie po mojej stronie. Przez lata sądziłam, że jestem jej ledwo tolerowaną synową. Że jest dla mnie uprzejma, bo tak wypada, ale bez przesady. Nasze relacje były poprawne, lecz chłodne. Dlatego w dniu, gdy moje życie się zawaliło, nie liczyłam na nikogo poza własną siłą. A jednak to właśnie teściowa usiadła obok mnie, złapała mnie za rękę i powiedziała coś, czego nie zapomnę do końca życia. Czasami prawdziwa lojalność przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.

Usiadłam na łóżku

Pamiętam dokładnie ten dzień. Był piątek, późne popołudnie. Wróciłam wcześniej z pracy, bo klient odwołał spotkanie. W domu panowała cisza — Łukasz jeszcze nie wrócił, dzieci były u mojej mamy. Postanowiłam uprać pościel. Szukałam ładowarki w jego szafce nocnej, kiedy usłyszałam dźwięk — taki krótki, cichy sygnał powiadomienia. Odezwał się jego drugi telefon, ten służbowy. Leżał w szufladzie, której nie otwierałam. Z ciekawości, bez złych zamiarów, wzięłam go do ręki. Na ekranie wyświetliła się wiadomość: „Było cudownie. Jeszcze czuję Twój zapach. Kocham”. Pod spodem zobaczyłam emotkę czerwonego serduszka i imię: Sandra.

Zamarłam. Nie znałam żadnej Sandry. Z sercem w gardle odblokowałam telefon. Zauważyłam wiadomości i zdjęcia. Jedno było zrobione chyba rano: jej stopy z paznokciami pomalowanymi na czerwono na jego prześcieradle. Moim prześcieradle. Usiadłam na łóżku, z telefonem w ręku, czując, jak serce mi pęka. Nie wiem, ile tak siedziałam. W końcu usłyszałam zgrzytnięcie zamka w drzwiach. Wrócił.

— Hej, skarbie. Czemu tak cicho? — zapytał wesoło. A ja już wiedziałam, że nic nigdy nie będzie takie samo.

Musiałam odetchnąć

Nie odpowiedziałam mu od razu. Siedziałam na łóżku jak w transie, wpatrzona w ekran, który właśnie wygasł. Usłyszałam jego kroki — zbliżał się, pogwizdując pod nosem. Miał dobry humor. Ostatni raz. Kiedy stanął w drzwiach sypialni, spojrzał na mnie i od razu zbladł.

— Co ty robisz z moim telefonem? — zapytał, chociaż dobrze wiedział, co się dzieje.

— Kim jest Sandra? — zapytałam cicho, bez krzyku, bez płaczu. Jeszcze.

Zanim zdążył coś powiedzieć, wstałam, minęłam go i zeszłam do kuchni. Musiałam odetchnąć. Nogi mi się trzęsły, więc oparłam się o blat. Wzięłam pierwszą lepszą filiżankę i nalałam sobie herbaty. Moje ręce były zimne, jakbym je trzymała w śniegu.

— To nie tak, jak myślisz — usłyszałam za plecami absurdalną formułkę.

Odwróciłam się powoli. Wciąż trzymałam filiżankę. Spojrzałam na niego i nagle puściłam naczynie. Roztrzaskało się o podłogę z hukiem.

— To dokładnie tak, jak myślę — powiedziałam lodowato.

Daj mi to wyjaśnić... — zaczął.

— Nie chcę słuchać. Nie dziś. — I poszłam do sypialni, zatrzaskując za sobą drzwi. Płakałam przez całą noc.

Wtedy zadzwoniła teściowa

Przez dwa dni nie odzywałam się do niego ani słowem. On próbował: przynosił herbatę, stukał cicho w drzwi, kładł jakieś kartki z wyjaśnieniami, a wieczorem nawet bukiet tulipanów zostawił pod drzwiami sypialni. W tym samym czasie pisała do niego Sandra. Widziałam, bo telefon leżał na stole, a on zapomniał go zabrać do łazienki. „I co ona mówi? Będziesz dziś?”. Nie odpisał. Może zrozumiał, że zaszedł za daleko. A może po prostu się bał.

Trzeciego dnia wyszedł do pracy, a ja zaczęłam pakować walizkę. Nie miałam gdzie pójść, ale nie mogłam znieść myśli, że sypiam w tym samym łóżku, w którym on... Zresztą, nie chciałam sobie tego wyobrażać. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. Zostawiłam mu tylko wiadomość na kartce: „Muszę odetchnąć. Zabieram dzieci do mamy. Nie dzwoń”.

Pojechałam do mojej matki. Nie zadała zbyt wielu pytań, przytuliła mnie tylko i powiedziała, że wszystko się ułoży. Ale ja wiedziałam, że nie. Nic się nie ułoży. Nie po czymś takim. Byłam jak dom, w którym ktoś zostawił uchylone drzwi, a przez nie wlał się brud. I wtedy zadzwoniła teściowa. Poprosiła, żebym przyszła do niej na herbatę. Sama. Bez dzieci. Zdziwiłam się, ale nie odmówiłam.

Spojrzałam na nią zaskoczona

Weszłam do mieszkania teściowej z duszą na ramieniu. Nie widziałyśmy się od Świąt, a nasze rozmowy zawsze krążyły wokół dzieci, pogody i przepisów na sernik. Nigdy nie byłyśmy sobie bliskie. Teraz czekała na mnie z dwiema filiżankami i herbatą z imbirem.

— Usiądź, proszę — powiedziała spokojnie.

Zajęłam miejsce, a ona spojrzała na mnie dłużej niż zwykle, bez udawanego uśmiechu. Bez „jak się trzymasz?”. Po prostu siedziała i patrzyła.

— Wiem, że Łukasz cię skrzywdził — powiedziała w końcu. — I nie mam zamiaru go bronić.

— On… ja... — zająknęłam się i poczułam, że łzy zaraz napłyną mi do oczu.

— Wiem wszystko — przerwała delikatnie. — On sam mi powiedział. Powiedział też, że się boi, że cię straci. A ja mu odpowiedziałam, że czasem nie da się naprawić czegoś, co się roztrzaskało.

Spojrzałam na nią zaskoczona. Westchnęła.

— Jesteś moją synową, ale przede wszystkim jesteś kobietą, którą podziwiam. Nie pozwól, żebyś musiała się jeszcze kiedyś tak garbić pod ciężarem czyjegoś tchórzostwa.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Słowa, których nie spodziewałam się nigdy usłyszeć, właśnie padły. I coś we mnie drgnęło. Jakby ktoś przypomniał mi, że mam prawo się podnieść.

Nie muszę już czekać

Siedziałyśmy jeszcze długo. Rozmawiałyśmy, pierwszy raz jak dwie kobiety — nie jak teściowa i synowa. Opowiedziała mi o swoich podejrzeniach, o tym, że Łukasz się zmienił już wiele miesięcy temu. Że patrzyła, milczała, bo bała się, że prawda rozerwie wszystko na strzępy. A teraz prawda i tak przyszła jak burza, zostawiając po sobie tylko błoto i bałagan.

— Kiedyś też byłam w podobnej sytuacji — powiedziała cicho. — Tyle że ja wtedy zostałam. I żałowałam każdego dnia, który oddałam człowiekowi, który nie potrafił być wierny ani mi, ani sobie.

Zamarłam. Nigdy wcześniej nie wspomniała o przeszłości. Myślałam, że jej małżeństwo było inne, spokojne.

— Nie mów mu jeszcze, co postanowiłaś. Przemyśl wszystko. Daj sobie czas. Ty masz teraz kontrolę. Nie on.

Jej słowa rozbrzmiewały w mojej głowie przez całą drogę powrotną. „Ty masz kontrolę”. Nie muszę już czekać, aż on wybierze. Nie muszę być tą, która czeka, aż zostanie pokochana „na nowo”.
Wróciłam do mamy i usiadłam przy stole. Zaczęłam pisać. Listę rzeczy, których chcę w życiu. I ani razu nie padło tam jego imię.

Nie uginałam się już

Tydzień później spotkałam się z Łukaszem. Chciał rozmawiać. Przyszedł skruszony, z tym samym spojrzeniem, które kiedyś uważałam za szczere. Usiadł na skraju fotela i zaczął mówić: o błędzie, o tym, że mnie kocha, że się pogubił, że to nie miało znaczenia. Słuchałam w milczeniu, nie przerywałam.

— I co teraz? — zapytał w końcu. — Wrócisz do domu?

— Do którego? — rzuciłam spokojnie. — Bo ten, który znałam, już nie istnieje.

Patrzył na mnie z przerażeniem.

— Nie wiem, czy ci wybaczę. Może kiedyś. Może nigdy. Ale wiem, że nie wrócę teraz. Nie mogę żyć z kimś, kto nie wie, kim jestem. Kto traktuje mnie jak opcję, a nie wybór.

Wstałam. Wzięłam torebkę i ruszyłam do drzwi. A wtedy przypomniałam sobie słowa jego matki — „Nie garb się pod cudzym ciężarem.” Nie uginałam się już. Byłam wyprostowana. Silna. Wiedziałam, że nawet jeśli teraz boli, to ten ból mnie oczyści. I że nie jestem sama. Z dziećmi zamieszkałam na razie u mamy. Szukam mieszkania, szukam siebie. Nie wiem, co będzie dalej, ale wiem jedno — już nigdy nie pozwolę, żeby ktoś mnie połamał.

Alicja, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama