„Po tłustym czwartku zostały mi czerstwe pączki i złamane serce. Do wiosny ogłosiłam wielki post od facetów i słodkości”
„Obudziłam się rano z potwornym bólem głowy i poczuciem beznadziei. Spojrzałam w lustro: opuchnięte oczy, szara cera, resztki cukru pudru na piżamie. I wtedy, patrząc na swoje odbicie, poczułam złość. Nie na Artura, ale na siebie. Że znowu pozwoliłam, by ktoś inny decydował o moim samopoczuciu”.

- Redakcja
To miał być zwykły wtorek, ale w moim kalendarzu od tygodni widniała czerwona data tłustego czwartku, zakreślona serduszkiem. Nie dlatego, że tak bardzo kochałam pączki – choć uwielbiałam je miłością szczerą i bezwarunkową. Chodziło o Artura. To miał być nasz pierwszy wspólny tłusty czwartek.
Miałam mu zaserwować moje popisowe wypieki z konfiturą różaną i wreszcie usłyszeć deklarację, na którą czekałam od pół roku. Zamiast tego zostałam z blachą stygnącego ciasta, lukrem klejącym się do palców i wiadomością, która w pięciu słowach zburzyła mój świat.
Wyglądałam jak obraz nędzy i rozpaczy
Pamiętam zapach, który unosił się w mojej kuchni tego ranka – mieszanka drożdży, smażonego smalcu i skórki pomarańczowej. Wstałam o piątej, żeby ciasto zdążyło wyrosnąć. Artur uwielbiał domowe jedzenie, a ja, niczym naiwna bohaterka taniego romansu, wierzyłam, że droga do serca mężczyzny faktycznie prowadzi przez żołądek.
W naszej relacji od tygodni działo się coś dziwnego. On bywał nieobecny, odwoływał spotkania w ostatniej chwili, tłumacząc się nawałem pracy w korporacji, ale potem wracał z bukietem kwiatów i tym swoim chłopięcym uśmiechem, który sprawiał, że natychmiast mu wybaczałam.
Gdy zegar wybił osiemnastą, stół był nakryty. Dwanaście idealnie okrągłych, złotobrązowych pączków leżało na porcelanowym półmisku. Czekałam. Osiemnasta trzydzieści. Dziewiętnasta. Telefon milczał. Zaczęłam odczuwać ten znajomy ucisk w żołądku, który pojawiał się zawsze, gdy intuicja próbowała przekrzyczeć serce. W końcu o dziewiętnastej piętnaście ekran mojego smartfona rozbłysnął.
– Przepraszam, nie dam rady. To koniec – przeczytałam.
Tylko tyle. Żadnych wyjaśnień, żadnego „musimy porozmawiać”, żadnego szacunku dla czasu, który poświęciłam, ani dla uczuć, które w to włożyłam. Patrzyłam na te słowa, a ich sens docierał do mnie z opóźnieniem. Wzięłam do ręki jeszcze ciepłego pączka. Ugryzłam go machinalnie. Słodycz lukru zmieszała się ze słonymi łzami, które zaczęły spływać mi po policzkach. Zjadłam jednego, potem drugiego. Przy trzecim poczułam mdłości, ale jadłam dalej, jakbym chciała tym ciastem zatkać dziurę, która właśnie powstała w mojej klatce piersiowej.
Obudziłam się rano z potwornym bólem głowy i poczuciem beznadziei. Na stole wciąż stał półmisek z resztkami zeschniętego lukru. Spojrzałam w lustro: opuchnięte oczy, szara cera, resztki cukru pudru na piżamie. Wyglądałam jak obraz nędzy i rozpaczy. I wtedy, patrząc na swoje odbicie, poczułam złość. Nie na Artura, ale na siebie. Że znowu pozwoliłam, by ktoś inny decydował o moim samopoczuciu.
– Dość tego – powiedziałam głośno do pustego mieszkania.
Miałam dość wszystkich facetów
Decyzja była radykalna. Do Wielkanocy koniec z pączkami i ani jednej randki. Musiałam oczyścić organizm z uczuć i rzeczy, które niszczyły mnie od środka.
Pierwszy tydzień był koszmarem. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo brakuje mi bliskości i słodkich chwil przyjemności. Byłam rozdrażniona, a brak kontaktu z Arturem powodował niemal fizyczny ból. Łapałam się na tym, że co pięć minut sięgam po telefon, licząc na to, że on zmieni zdanie. Ale telefon milczał. W pracy koleżanki patrzyły na mnie ze współczuciem.
– Ewelina, może kawałek sernika? I jakaś randka wieczorem? – przekonywała Monika z księgowości, trzymając talerzyk z puszystą masą serową tuż przed moim nosem.
– Nie, dziękuję – odpowiedziałam sztywno, zaciskając dłonie pod biurkiem. – Skończyłam z tym.
– Masz dość przez jednego faceta? – zapytała, puszczając oko.
– Nie. Mam dość wszystkich facetów – odparłam i wyszłam z kuchni, zanim zapach wanilii złamałby moją silną wolę.
Wróciłam do domu, gdzie cisza była ogłuszająca. Zazwyczaj w takich chwilach włączałam komedię romantyczną i jadłam lody. Teraz musiałam zmierzyć się z własnymi myślami. Uświadomiłam sobie, że od lat skaczę z relacji w relację, bojąc się, że moje życie bez tych „osładzaczy” okaże się puste.
To była cenna lekcja
W kolejnym tygodniu, kiedy wynosiłam worki ze starymi ubraniami w ramach oczyszczania przestrzeni, natknęłam się na sąsiada z parteru. Pan Stanisław, starszy, elegancki mężczyzna, szarpał się z ogromnym kartonem, który wyraźnie był dla niego za ciężki.
– Może panu pomóc? – zapytałam, zaskakując samą siebie. Zazwyczaj unikałam sąsiedzkich interakcji.
Pan Stanisław wyprostował się i poprawił kaszkiet.
– Byłbym zobowiązany, droga pani. Kupiłem nowy fotel. To pudło zajmuje mi pół przedpokoju, a do kontenera nie chce wejść.
Pomogłam mu zgnieść karton i wrzucić go do pojemnika. Kiedy skończyliśmy, uśmiechnął się ciepło.
– Może napije się pani herbaty w podziękowaniu? Mam doskonałą mieszankę z bergamotką. I chyba gdzieś są herbatniki...
– Herbatę chętnie, ale herbatnikom podziękuję – zaśmiałam się, czując ulgę, że mogę z kimś porozmawiać.
Mieszkanie pana Stanisława przypominało muzeum zatrzymane w czasie. Spędziliśmy dwie godziny na rozmowie. Opowiedział mi o swojej żonie, Basi, która odeszła pięć lat temu. Mówił o niej z taką czułością, jakiej nigdy nie doświadczyłam od żadnego z moich partnerów.
– Wie pani – powiedział, nalewając mi drugą filiżankę – Basia zawsze mawiała, że miłość jest jak ciasto drożdżowe. Potrzebuje ciepła, czasu i cierpliwości. Nie da się jej poganiać, bo wyjdzie zakalec.
Te słowa uderzyły mnie prosto w serce. Ja całe życie próbowałam smażyć na dużym ogniu. Chciałam gotowych rozwiązań i natychmiastowych deklaracji. Artur był właśnie takim szybkim wypiekiem – z wierzchu ładny, w środku zakalec. Wychodząc od pana Stanisława, czułam się lżejsza i dziwnie nasycona, mimo braku ciastek i flirtu.
Byłam z siebie dumna
Najtrudniejsze były jednak weekendy. W trzecim tygodniu samotność zaatakowała ze zdwojoną siłą. Dostałam wiadomość od Michała – kolegi z dawnych lat.
– Cześć, widziałem w internecie, że jesteś wolna. Może wpadniesz na pizzę? Będzie wesoło.
Mój kciuk zawisł nad klawiaturą. Pizza i męskie ramię, do którego można się przytulić, nawet jeśli nic nie znaczy. Pokusa była gigantyczna. Mózg podpowiadał: "Idź, należy ci się nagroda". Podeszłam do lustra. Moja cera wyglądała lepiej, oczy odzyskały blask. Czułam, że odzyskuję kontrolę. Jeśli pójdę do Michała, wrócę do punktu wyjścia – znów będę planem zapasowym, epizodem w czyimś życiu.
– Dzięki, Michał, ale mam inne plany – odpisałam.
Moim planem była długa kąpiel z książką. Kiedy zgasiłam światło, czułam dumę. To była mała wygrana bitwa, ale znaczyła dla mnie więcej niż zdobycie szczytu. Jednak przeszłość zapukała do moich drzwi raz jeszcze, tydzień przed Wielkanocą. Spotkałam Artura w sklepie, przy stoisku z warzywami.
– Ewelina?
Odwróciłam się. Stał tam, w skórzanej kurtce, którą tak lubiłam. Serce zabiło mi mocniej – stary nawyk.
– Cześć, Artur – powiedziałam spokojnie.
– Dobrze wyglądasz – zmierzył mnie wzrokiem, w którym dostrzegłam błysk zainteresowania. – Słuchaj, może głupio wyszło z tym tłustym czwartkiem. Miałem dużo na głowie. Może skoczylibyśmy na kawę? Pogadalibyśmy.
Patrzyłam na niego i czekałam na falę emocji, nadzieję, motyle w brzuchu. Ale nic takiego się nie stało. Zobaczyłam faceta, który stchórzył, wysyłając SMS-a, a teraz badał grunt. Przypomniałam sobie słowa pana Stanisława o cieście drożdżowym. Artur nie miał cierpliwości. Chciał pączka kupionego w biegu.
– Nie, Artur – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. – Nie skoczymy na kawę. I nie mamy o czym gadać. Spieszę się.
Odeszłam, nie oglądając się za siebie. Czułam, jakby spadł mi z ramion stukilogramowy ciężar. Nie potrzebowałam jego akceptacji, żeby czuć się wartościową kobietą. To odkrycie smakowało lepiej niż najsłodsza czekolada.
Zmieniłam się na lepsze
Nadeszła Niedziela Wielkanocna. Post dobiegł końca. Przez te czterdzieści dni z pozoru nie zmieniło się nic – wciąż byłam singielką w tej samej pracy. Ale w środku byłam inna. Zrozumiałam, że pustki nie da się zasypać cukrem ani przykryć ciałem drugiego człowieka. Zaczęłam biegać, zapisałam się na wymarzoną ceramikę i zaprzyjaźniłam z panem Stanisławem, z którym grywam w szachy.
Siedziałam przy stole u rodziców, a mama postawiła przede mną talerz z mazurkiem kajmakowym.
– No, córeczko, koniec postu. Częstuj się – zachęcał tata.
Spojrzałam na lśniącą, złocistą masę. Ukroiłam mały kawałek i włożyłam do ust. Był słodki, kremowy, idealny. Ale tym razem to nie było pocieszenie ani ucieczka. To była po prostu przyjemność. Jedna z wielu.
– Pyszny – powiedziałam.
Telefon w mojej torebce zawibrował. Nie rzuciłam się nerwowo, by sprawdzić ekran. Dokończyłam ciasto, wytarłam usta serwetką i dopiero wtedy sięgnęłam po aparat. Wiadomość była od Kaśki z kursu ceramiki: "Hej, jutro po zajęciach idziemy całą grupą na wystawę. Idziesz z nami? Będzie ten fajny instruktor, Paweł". Uśmiechnęłam się. Paweł miał ciepłe oczy i dłonie ubrudzone gliną, a kiedy tłumaczył mi, jak toczyć dzbanek, robił to z niesamowitą cierpliwością.
– Idę – odpisałam. – Ale nie dla instruktora. Dla wystawy.
Choć, kto wie? Może kiedyś. Ale na razie wystarczało mi moje własne towarzystwo. Zrozumiałam, że czerstwe pączki i złamane serce były najlepszym, co mogło mi się przytrafić. Dzięki nim przestałam być głodna cudzej uwagi i nauczyłam się karmić samą siebie tym, co naprawdę wartościowe.
Ewelina, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gdy w walentynki dostałam róże, myślałam, że mąż wciąż mnie kocha. Taki z niego romantyk, że aż pomylił adresatki”
- „Czekałam na kolejny Dzień Singla. Bałam się, że zostanę starą panną, ale serce pragnęło rozkwitnąć na wiosnę”
- „W tłusty czwartek mąż zajadał się pączkami z cukierni, a mi zafundował oponki z dyskontu. Egoizm słono go kosztował”

