Reklama

Po świętach życie powinno wracać do normy, a jednak coś od tamtego czasu tkwiło we mnie jak zadra. Ten prezent od teściowej – pięknie zapakowany, ale wyjątkowo nietrafiony. Miałam go schować do szuflady i zapomnieć o nim, ale zrobiłam inaczej. Oddałam go. Zrobiłam to z myślą, że nikt się nie dowie. Problem jednak w tym, że sekretów w mojej rodzinie nigdy nie udaje się utrzymać zbyt długo. Dziś dzieci pytają, czemu babcia już do nas nie przychodzi. A ja... ja udaję, że nie wiem. Chociaż wiem aż za dobrze. I pewnie nigdy sobie tego nie wybaczę.

Teściowa wbiła mi szpilę

Choinka jeszcze stała, chociaż igły już sypały się na dywan. Dzieciaki biegały po domu w nowych piżamach ze Świętym Mikołajem, rozpakowywały zabawki, a ja z kuchni obserwowałam tę domową sielankę z kubkiem kawy w dłoni. Zosia przytargała torbę z prezentami od babci.

– Mamo, a to twoje! – pisnęła, podsuwając mi błyszczący pakunek.

Uśmiechnęłam się z grzeczności. Od lat wiedziałam, że prezenty od mojej teściowej to loteria. Ręcznie robione swetry, ziołowe specyfiki na wszystko i masujące kapcie, które były zupełnie niepraktyczne. Rozdarłam papier i wyjęłam z pudełka… krem przeciwzmarszczkowy z serii 60+. Dodała jeszcze liścik: „Wiem, że to jeszcze nie ten wiek, ale prewencja to podstawa”. Zmarszczyłam brwi.

– Dziękuję, mamo – powiedziałam potem, gdy ją odwoziliśmy. – Bardzo się przyda.

– Wiem, kochanie, jak człowiek przekroczy czterdziestkę, to już wszystko się sypie – puściła do mnie oko.

Chciałam się uśmiechnąć, ale poczułam ukłucie zażenowania. To nie był prezent, to był komunikat. Jakby mówiła: „Starzejesz się, a ja ci to delikatnie wytknę w świąteczny poranek”. Zawsze potrafiła wbić mi szpilę, ale tym razem przesadziła. Kiedy teściowej już nie było, odłożyłam krem na półkę w łazience. Patrzył na mnie codziennie, kiedy myłam zęby. I w końcu nie wytrzymałam.

To miał być sekret

W pierwszą sobotę po Nowym Roku poszłam do drogerii. Bez wielkiego planu. Po prostu wiedziałam, że nie chcę tego kremu mieć w domu. Nie chciałam, żeby stał na półce i codziennie przypominał mi, że ktoś patrzy na mnie przez pryzmat moich zmarszczek. Pani w drogerii przyjęła zwrot bez pytania, dała kartę podarunkową. Kupiłam sobie balsam do ciała i szminkę. Poczułam się lepiej.

Nikt miał się o tym nie dowiedzieć. I wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie Zosia. Moja córka miała wtedy sześć lat i wszystko widziała.

– Mamo, co się stało z tym kremem od babci?

Oddałam go – powiedziałam bez namysłu. – Kupiłam sobie coś innego.

Zosia wzruszyła ramionami. Nie wyglądało, żeby ją to obeszło, a ja założyłam, że taka informacja będzie dla niej kompletnie nieistotna. Tylko że dzieci siedzą cicho do czasu, a potem nagle przypominają sobie o czymś w najmniej odpowiednim momencie. Jak wtedy, tydzień później, podczas obiadu u teściowej.

– Babciu, mama oddała twój prezent! Kupiła sobie pomadkę!

Zamarłam. Widelec zatrzymał się w połowie drogi do ust.

– Co? – Teściowa spojrzała na mnie z uniesionymi brwiami.

– To nie tak – próbowałam się ratować. – Po prostu... pomyślałam, że bardziej mi się przyda coś innego.

– Rozumiem – powiedziała chłodno. – Każdy robi, co chce. Ja też.

Obiad skończył się szybciej niż zwykle.

Obraziła się na amen

Przez następne tygodnie coś się zmieniło. Teściowa przestała dzwonić, pisać. Nie proponowała spotkań, chociaż do tej pory widywaliśmy się nawet kilka razy w tygodniu. Skończyły się tradycyjne obiady z rodziną w niedzielę. Dzieci pytały, kiedy pojedziemy do babci. Wzruszałam ramionami.

– Babcia pewnie jest zajęta – mówiłam, choć sama sobie nie wierzyłam w te słowa.

A potem mąż wrócił z pracy i zapytał:

– Co się stało z moją mamą? Ostatnio jest jakoś dziwnie między nami.

– W jakim sensie?

Nie odzywa się do mnie. Odbiera rzadko, odpowiada chłodnym tonem, mówi, że jest zmęczona. Że nie ma siły na odwiedziny. Że w tym roku to może święta spędzi sama.

Milczałam.

– Czy ja o czymś nie wiem?

– To głupota – powiedziałam. – Chodzi chyba o ten nieszczęsny krem, pamiętasz? Raz na obiedzie Zosia się wygadała, że oddałam prezent.

Mąż pokręcił głową.

– Naprawdę? I o to się obraziła?

– A nawet jeśli, to co? – rzuciłam ostrzej niż chciałam. – Od lat daje mi w prezencie rzeczy, które są bardziej zawoalowaną krytyką niż podarunkiem. A ja mam się uśmiechać i dziękować, że znowu mnie upokorzyła?

– Może po prostu chciała dobrze.

– Może.

Tylko że to „może” już wtedy niewiele znaczyło. Zaczęliśmy milczeć, nie tylko na jej temat.

Nie chciałam o tym rozmawiać

Mijały miesiące, a teściowa wciąż trzymała dystans. Tłumaczyliśmy sobie, że może chora, może zmęczona, może potrzebuje przestrzeni. Zosia jeszcze próbowała:

– Mamo, a może ja do niej zadzwonię?

– Lepiej nie teraz, skarbie. Może musi odpocząć – odpowiadałam, choć sama nie wierzyłam w to, co mówię.

Wiedziałam, że nie śpi. Po prostu nie chciała rozmawiać. Odcinała się od nas kawałek po kawałku, aż w końcu nie zostało nic. Nie było zaproszenia na obiad, nie było zdjęć wnuków na jej lodówce, nie było sms-a na Dzień Kobiet. Cisza. Mąż początkowo jeszcze próbował jakoś temu zaradzić.

– Może pojedziemy, wpadniemy z dziećmi bez zapowiedzi? – rzucił któregoś dnia.

– Żeby patrzyła na mnie jak na złodziejkę? – odparłam z przekąsem. – Daj spokój. Jest dorosła. Jeśli chce kontaktu, może napisać.

– Może to my powinniśmy zrobić pierwszy krok.

– Ja? Po tym, jak zrobiła ze mnie starą babę przy dzieciach?

– Nie zrobiła z ciebie starej baby. Dała ci krem. To wszystko.

– To nie wszystko. To cała historia naszej relacji. Ona zawsze wie lepiej. Zawsze musi postawić na swoim. Zawsze z uśmiechem, ale tak, żeby zabolało. Krem był tylko gwoździem do trumny.

– No i ten gwóźdź teraz nas dobija.

Wzruszyłam ramionami. Miałam dość tej rozmowy. Dość krążenia wokół tematu, który i tak prowadził donikąd.

– Nie rozmawiajmy o tym – powiedziałam w końcu. – Po prostu nie rozmawiajmy.

I od tej pory rzeczywiście przestaliśmy.

Wszystko zepsułam

Było sobotnie popołudnie, zwykłe, spokojne. Graliśmy w planszówkę, śmialiśmy się, aż w pewnym momencie Zosia podniosła głowę znad kostek i powiedziała:

– Fajnie by było, jakby babcia zagrała z nami. Zawsze się śmiała, że oszukuję, a potem i tak wygrywała.

Mąż spojrzał na mnie, potem odwrócił wzrok. Nikt nie odpowiedział. Długo nie mówił nic, ale wieczorem, kiedy dzieci już spały, w kuchni rzucił tylko:

Nie wytrzymam tego dłużej. To moja matka. Nie chcę, żeby moje dzieci dorastały z myślą, że ich babcia zniknęła, bo... bo ktoś oddał krem.

– Więc co chcesz zrobić?

– Nie wiem. Może to ty coś zrób?

– A może ty? To przecież twoja matka.

– Ale to ty oddałaś ten prezent.

– To był tylko krem!

– Właśnie! Tylko krem! Więc czemu teraz nie ma mojej matki w naszym życiu?!

Krzyknął, pierwszy raz od lat, a potem wyszedł bez słowa. Trzasnęły drzwi, a ja... ja po prostu usiadłam na podłodze, oparta o kuchenną szafkę i rozpłakałam się. Następnego dnia, przy śniadaniu, Zosia zapytała cicho:

– Mamo, czemu babcia już nas nie kocha?

Patrzyłam na nią i miałam ochotę zniknąć. Zapaść się pod stół. Powiedzieć: „Babcia cię kocha. To ja wszystko zepsułam. Nie umiałam przełknąć jednego gestu. Jednego nieszczęsnego słoiczka kremu”. Ale nie powiedziałam tego. Zamiast tego rzuciłam:

– Dorośli czasem się kłócą. Ale to nie znaczy, że przestają kochać.

Choć czasem właśnie tak to wyglądało.

Nie tak miało być

Minął rok. Święta przyszły ponownie, bez białego obrusu na stole, bez pierogów, które teściowa robiła lepiej niż ktokolwiek inny. Dzieci nie pytały już o nią. Przestały. Zosia nie rysowała laurek. Jasiek nie zaglądał do okna w oczekiwaniu na srebrne auto z klaksonem, który zawsze trąbił dwa razy. Jakby ich małe serca przyjęły, że ludzie po prostu czasem znikają. A ja... wciąż nie zadzwoniłam.

Parę razy miałam już wybrany numer, nawet nacisnęłam „zadzwoń”, ale rozłączałam przed pierwszym sygnałem. Raz podjechałam pod jej blok, siedziałam w aucie pół godziny i wróciłam. Wytłumaczyłam sobie, że pewnie nie ma jej w domu. Że po co ją niepokoić. Tylko że prawda była inna. Bałam się. Bałam się, że mnie nie wpuści. Że zamknie drzwi z trzaskiem i już nigdy się nie otworzą. Że usłyszę, jak mówi: „Za późno, Ania. Za późno”.

Czasem wyobrażam sobie inne zakończenie tej historii. Że zamiast oddać ten krem, powiedziałam: „Dziękuję, mamo. Dziękuję, że pamiętasz”. Że pocałowałam ją w policzek. Że dzieci zobaczyły, jak się przytulamy.

Czasem wyobrażam sobie, że jeszcze da się to wszystko posklejać. Ale nawet jeśli, to wiem, że już nie będzie tak samo. Że w naszej rodzinie zawsze zostanie to pęknięcie. Jak blizna po skaleczeniu, która nie boli, ale czuć ją pod palcem.

Teściowa wciąż jest częścią naszej rodziny, ale przestała być babcią. Nie przychodzi, nie dzwoni, nie pisze. Nie dlatego, że nie chce. Tylko dlatego, że ja nie umiałam powiedzieć: przepraszam. I może nie powiedziałam tego do niej, ale dziś mówię to głośno – do siebie. Tyle że to już niczego nie zmieni.

Anna, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama