Reklama

Po studniówce atmosfera w szkole zupełnie się zmieniła. Większość moich znajomych zaczęła mówić tylko o jednym – o maturze. Tworzyli grupki do wspólnej nauki, robili powtórki, zapisywali się na korepetycje, zakuwali w czytelniach. Wszyscy, jak jeden mąż, wkręcili się w ten szał przygotowań. A ja? Patrzyłem na nich jak na obcych ludzi. Miałem wrażenie, że stoję obok i patrzę na to wszystko zza szyby. Od miesięcy noszę w sobie jedną myśl, która nie daje mi spokoju. Muszę w końcu powiedzieć rodzicom, że nie zamierzam podejść do matury.

Studniówka była końcem

Na studniówce byłem obecny ciałem, ale duchem – zupełnie gdzie indziej. Wszyscy wokół wyglądali, jakby czekali na ten wieczór od miesięcy. Sukienki, garnitury, zdjęcia w fotobudce, śmiechy, toasty bezalkoholowym szampanem. Tańczyłem, kiedy trzeba było, rozmawiałem z kim wypadało. Nawet udawałem, że dobrze się bawię. Ale już wtedy wiedziałem, że to będzie moja ostatnia taka szkolna impreza. Nie dlatego, że za chwilę kończy się liceum. Tylko dlatego, że ja już się w to wszystko nie wpisywałem.

– Co wybierasz na studia? – pytał mnie Michał, sącząc oranżadę i poprawiając muchę.

Wzruszyłem ramionami.

– Jeszcze nie wiem – rzuciłem wymijająco.

– Ja celuję w prawo, może w Warszawie... Stare marzenie mojego ojca, ale chyba w końcu też moje – uśmiechnął się z dumą.

Przytaknąłem i nawet się uśmiechnąłem. A w środku... kompletnie pusto. Ja niczego nie celuję. Ja nawet nie planuję podejść do matury. To postanowione. Od miesięcy. Może nawet od początku roku. Tylko jakoś nie miałem odwagi tego wypowiedzieć na głos. Po powrocie ze studniówki usiadłem na łóżku w garniturze i gapiłem się w sufit. Wiedziałem jedno: nie będzie już odwrotu.

Przestałem udawać przed sobą

Zacząłem unikać szkoły. Najpierw opuszczałem pojedyncze lekcje. Potem całe dni. Miałem gotowe wymówki – ból brzucha, migrena, rzekome wizyty u dentysty. Mama z początku była zaniepokojona, ale z czasem odpuściła. Tata pracował do późna, więc nawet nie zauważył. Nauczyciele próbowali mnie jeszcze łapać po kątach, dopytywać, czy wszystko u mnie w porządku, ale robiłem z siebie zmęczonego życiem nastolatka, który „po prostu ma gorszy moment”. Prawda była taka, że przestałem widzieć sens w całym tym biegu do matury.

Codziennie rano wstawałem i miałem ochotę zawrócić do łóżka. Włączałem komputer, żeby niby się pouczyć, ale po chwili lądowałem na YouTubie albo scrollowałem bezmyślnie Instagram. Patrzyłem, jak moi znajomi wrzucają zdjęcia notatek, chwalą się kolejnymi próbami matur, testami diagnostycznymi, spotkaniami z korepetytorami. Czułem się, jakbyśmy żyli w dwóch różnych światach. Oni – ambitni, skoncentrowani, zmotywowani. Ja – obok, poza systemem, zrezygnowany.

Nie byłem głupi. Wiedziałem, że matura to ważna sprawa. Wmawiałem to sobie tyle razy, ale w końcu przestałem. Przestałem udawać, że to wszystko mnie obchodzi. Nie miałem energii, by się starać. Chciałem powiedzieć prawdę. Najpierw sobie. Potem – innym.

Nie chciałem tego słuchać

W szkole coraz częściej słyszałem rozmowy, które mnie uwierały. Na przerwach wszyscy porównywali wyniki próbnych matur, stresowali się czasem, kluczami odpowiedzi, arkuszami z poprzednich lat. Siadałem obok nich, ale czułem się jak intruz. Jak ktoś, kto nie powinien tam być.

Stary, ile ci wyszło z polskiego? – zapytał mnie Bartek, kiedy siedzieliśmy na schodach.

– Nie pisałem – odpowiedziałem krótko.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

– Jak to nie pisałeś? Przecież była obowiązkowa.

– Nie było mnie – wzruszyłem ramionami.

– Ty coś kombinujesz… – rzucił półżartem, ale w jego głosie pojawiło się napięcie.

Kombinowałem. Cały czas. Unikałem nauczycielki od matematyki, która zaczęła mnie łapać po lekcjach i mówić, że „jeszcze nie jest za późno”. Polonistka zaprosiła mnie na rozmowę i długo tłumaczyła, że mam potencjał, że dobrze piszę, że szkoda to zmarnować. Kiwałem głową, patrzyłem w podłogę i czułem narastającą irytację. Nikt nie pytał, czego ja chcę. Wszyscy wiedzieli lepiej.

W domu też zaczęło się robić nerwowo. Mama coraz częściej zaglądała do mojego pokoju.

– Uczysz się? – pytała ostrożnie.

– Tak… – kłamałem bez mrugnięcia okiem.

Coraz trudniej było mi to ciągnąć. Wiedziałem, że zbliża się moment, w którym nie da się już udawać.

Tego nikt się nie spodziewał

W pewien wieczór siedzieliśmy wszyscy przy stole dłużej niż zwykle. Tata wrócił wcześniej z pracy, mama zrobiła kolację „jak za dawnych czasów”, a ja od początku czułem, że to nie jest przypadek. Rozmowa krążyła wokół szkoły, terminów, przyszłości. Słuchałem jednym uchem, drugie miałem jakby zatkane strachem.

– Wiesz już, kiedy masz próbną maturę z matematyki? – zapytał tata, odkładając widelec.

Zawahałem się.

– Chyba w przyszłym tygodniu – odpowiedziałem wymijająco.

Mama spojrzała na mnie uważniej, jakby próbowała wyłapać coś w moim głosie.

– A z polskiego? Pisałeś ostatnio jakieś wypracowanie? – dopytała.

– Coś tam było… – mruknąłem.

Czułem, jak pot spływa mi po plecach. Każde pytanie było jak kolejny kamień dokładany do plecaka, który już ledwo dźwigałem. Po kolacji uciekłem do pokoju. Zamknąłem drzwi i usiadłem na podłodze, opierając się o łóżko. W głowie kłębiły się myśli. Jak im to powiedzieć? Jak wytłumaczyć coś, czego sam do końca nie rozumiałem?

Wiedziałem tylko jedno: nie mogę już dłużej kłamać. Każdy dzień udawania kosztował mnie coraz więcej. Bałem się ich reakcji, rozczarowania, gniewu. Bałem się ciszy, która zapadnie po moich słowach. A jednak czułem, że ta rozmowa jest nieunikniona. Im dłużej ją odkładam, tym bardziej wszystko się komplikuje.

Powiedziałem to na głos

Następnego dnia wróciłem ze szkoły wcześniej. Plecak rzuciłem w kąt, buty zostały przy drzwiach. Usiadłem w kuchni i czekałem. Serce waliło mi jak oszalałe. Kiedy mama weszła do domu, od razu zauważyła, że coś jest nie tak.

– Wszystko w porządku? – zapytała, zdejmując kurtkę.

– Musimy porozmawiać – powiedziałem ciszej, niż planowałem.

Usiedliśmy przy stole. Chwilę później dołączył tata. Cisza była gęsta, lepka. Przesuwałem palcami po krawędzi blatu, zbierałem się w sobie.

– Nie podejdę do matury – wyrzuciłem w końcu.

Mama zastygła. Tata zmarszczył brwi.

Jak to nie podejdziesz? – zapytał powoli.

– Po prostu. Nie chcę. Nie dam rady – mówiłem szybko, jakbym bał się, że jeśli zwolnię, zabraknie mi odwagi.

– To jakiś żart? – głos taty był chłodny.

– Nie. To decyzja – odpowiedziałem, czując, jak drży mi głos.

Mama spuściła wzrok. Tata wstał i zaczął chodzić po kuchni.

– Wiesz, co robisz? – zapytał po chwili. – Wiesz, jakie to ma konsekwencje?

– Wiem – skłamałem. Wiedziałem tylko, że dalsze udawanie zniszczyłoby mnie całkiem.

Nie było krzyków. Było coś gorszego. Rozczarowanie. Długa cisza. A potem pytania, na które nie umiałem jeszcze odpowiedzieć. Wiedziałem jednak, że pierwszy raz od dawna powiedziałem prawdę.

Co będzie dalej?

Po tamtej rozmowie w domu nic nie było już takie samo. Nie było awantur ani dramatycznych scen, ale między nami pojawił się dystans. Rodzice chodzili ostrożniej, jakby bali się dotknąć tematu, który mógłby wszystko znowu rozchwiać. Ja też milczałem. Czułem ulgę, że prawda w końcu wyszła na jaw, ale ta ulga mieszała się z lękiem. Nie miałem planu B. Nie wiedziałem, co zrobię za miesiąc, za pół roku, za rok.

W szkole stałem się kimś w rodzaju cienia. Koledzy odliczali dni do matury, a ja liczyłem dni do końca roku. Patrzyli na mnie z ciekawością albo politowaniem, jakbym popełnił błąd, którego jeszcze nie rozumiem. Może mieli rację. A może nie. Tego wtedy nie potrafiłem ocenić.

Czasami w nocy budziłem się z myślą, że jednak powinienem spróbować. Innym razem byłem pewien, że ta decyzja była jedyną uczciwą wobec samego siebie. Zrozumiałem jedno: najbardziej bałem się nie porażki, tylko życia według cudzych oczekiwań.

Nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi. Wiem tylko, że pierwszy raz zrobiłem coś wbrew schematowi. Bez mapy, bez gwarancji sukcesu. Zostawiłem za sobą drogę, którą znali wszyscy. Teraz muszę znaleźć własną.

Filip, 19 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama