„Po śmierci męża żyłam w świecie wspomnień. Wyjazd w Bieszczady sprawił, że wróciłam do rzeczywistości”
„Usiadłam przy oknie w starym schronisku, które od lat wyglądało tak samo — drewniane ściany pachniały kurzem i suszonymi grzybami, a z głośnika przy bufecie sączyło się cicho coś, co brzmiało jak radio z poprzedniego wieku. Zamówiłam herbatę z cytryną. Nie dlatego, że miałam na nią ochotę, ale dlatego, że zawsze ją tu piliśmy. To był nasz pierwszy przystanek po przyjeździe”.

Zegar w kuchni stuknął pięć razy. Punktualnie, jak co dzień. Nalałam wrzątku do kubka, wrzuciłam plaster cytryny, a potem usiadłam przy stole i zapatrzyłam się w firankę, która delikatnie unosiła się od przeciągu. W tym mieszkaniu wszystko było takie samo, odkąd odszedł — ten sam kubek, ten sam czas, ten sam cień na ścianie, który przypominał jego profil, gdy siadał przy oknie. Tylko że jego już nie było.
Owdowiałam dwa lata temu. Ale „owdowiałam” to zbyt proste słowo: brzmi jak stan, a dla mnie to proces, w którym codziennie czegoś ubywa — trochę nadziei, trochę światła, trochę mnie.
— Czy to zdrada, że wracam tam bez niego? — zapytałam ciszę, która była moją jedyną towarzyszką od miesięcy. — Czy to ulga?
Zdecydowałam się pojechać w Bieszczady, pierwszy raz od jego śmierci. Jesień była naszym czasem — on zawsze mówił, że góry wtedy „oddychają inaczej”. Mieliśmy swoje trasy, swoje punkty widokowe, swoje schroniska, gdzie znał nas gospodarz i zawsze przynosił herbatę z cytryną bez pytania. Tam byłam żoną. Tam byłam z nim. Plecak spakowałam w milczeniu. Każda para skarpet, każde zapięcie suwaka przypominało mi, że kiedyś robiłam to podwójnie — jeden termos, ale dwa kubki. Teraz pakowałam tylko jeden, ale plecak był cięższy niż kiedykolwiek. Nie przez ubrania — przez wspomnienia.
Zamknęłam mieszkanie, chociaż nie bardzo było co zamykać. Nikt tu nie wejdzie. Nikogo tu nie będzie. Po prostu chciałam zrobić coś, co miało sens. Zrobić coś dla nas. Albo może... już tylko dla siebie?
Drzwi skrzypnęły
Usiadłam przy oknie w starym schronisku, które od lat wyglądało tak samo — drewniane ściany pachniały kurzem i suszonymi grzybami, a z głośnika przy bufecie sączyło się cicho coś, co brzmiało jak radio z poprzedniego wieku. Zamówiłam herbatę z cytryną. Nie dlatego, że miałam na nią ochotę, ale dlatego, że zawsze ją tu piliśmy. To był nasz pierwszy przystanek po przyjeździe. Wtedy zwykle siedział naprzeciwko mnie i mówił coś o pogodzie albo o tym, że ścieżka znów się rozmyła.
Teraz naprzeciwko stało puste krzesło. Miałam przy sobie książkę, ale nawet jej nie otworzyłam. Patrzyłam w okno na szlak, który niknął we mgle. Może tak było lepiej — nic wyraźnego, nic konkretnego. Mgła nie dawała odpowiedzi, ale przynajmniej nie zadawała pytań. Drzwi skrzypnęły. Wszedł mężczyzna, starszy, z siwą brodą i twarzą zmęczoną wiatrem. Niósł plecak większy, niż było trzeba, i kurtkę, która chyba widziała niejedną jesień. Rozejrzał się po sali, po czym podszedł do mojego stołu.
— Wolne? — zapytał.
Skinęłam głową. Nie czułam potrzeby rozmowy, ale też nie miałam siły jej unikać. Usiadł naprzeciwko, postawił parujący kubek i przez chwilę milczeliśmy. W końcu odezwał się:
— Chodzi pani tu często?
Spojrzałam na niego i po raz pierwszy od dawna powiedziałam to zdanie na głos:
— Zawsze z mężem. Ale on już nie chodzi. Zmarł dwa lata temu.
Nie zareagował litością. Nie powiedział nic, co ludzie zwykle mówią. Po prostu skinął głową, jakby rozumiał.
— Moja żona pięć lat temu. Też chodzę sam. Ale nie lubię tego „sam”.
Westchnęłam cicho. Nie wiedziałam, czy chcę kontynuować, ale słowa i tak płynęły:
— To nie to samo. Ścieżki są te same, ale jakby krótsze. Widoki te same, ale... jakby bardziej obce.
— Czasem myślę, że to nie widok się zmienił, tylko ja — odparł spokojnie. — I nie wiem, czy to dobrze.
Milczeliśmy przez chwilę. Zaczęłam czuć coś dziwnego. Nie niepokój. Coś bliższego ciepłu, ale nieufnego. Jakby mój świat przez chwilę się otworzył, a ja nie byłam pewna, czy tego chcę.
Ten mężczyzna nie mówił zbyt wiele. Nie udawał, że wie, jak się czuję. Ale miał w oczach coś, co znałam — ten sam rodzaj pustki, którą się nosi i której nie da się wytłumaczyć nikomu, kto jej nie doświadczył. Nie zapytał mnie o imię. Nie mówił o sobie zbyt dużo. A jednak po raz pierwszy od bardzo dawna miałam wrażenie, że ktoś mówi do mnie, a nie do mojego żalu.
Nie rozmawialiśmy wiele
Następnego dnia nie planowałam wychodzić wcześnie. Pogoda nie zachęcała, mgła nadal snuła się po dolinach, a wilgoć wdzierała się pod kołnierz. Schodziłam właśnie po schodach, gdy zobaczyłam go przy drzwiach wyjściowych. Sprawdzał sznurówki, poprawiał kijki. Zanim zdążyłam się wycofać, spojrzał na mnie i skinął głową.
— Wybiera się pani?
Nie odpowiedziałam od razu. Wzięłam kurtkę i zaczęłam ją zapinać.
— Tak. Ale krótko. Na rozruch.
Nie zaproponował, żebyśmy poszli razem. Ja też nie. Ale wyszliśmy w tym samym czasie. I tak już zostało. Szliśmy ścieżką, którą znałam niemal na pamięć. Każdy zakręt kojarzył mi się z jakimś zdaniem, które kiedyś wypowiedział mój mąż. Z jego śmiechem, gdy pomylił trasę. Z milczeniem, które przy nim nigdy nie było ciężarem. Teraz szłam w ciszy z kimś obcym i… nie czułam się źle.
Nie rozmawialiśmy wiele. On co jakiś czas wskazywał palcem na coś w oddali — stado jeleni, przewrócone drzewo, samotną brzozę na zboczu, ale nie próbował mnie zagadywać. Dotarliśmy do punktu widokowego. Mgła zaczęła się podnosić, w dolinie majaczyły dachy i poranne dymy z kominów. Usiadłam na głazie, oparłam się o plecak.
— To było wasze miejsce? — zapytał.
Nie spojrzałam na niego. Patrzyłam przed siebie.
— Nasze wszystko. Ale teraz chyba moje.
Podał mi termos. Otworzyłam go i nalałam herbaty do nakrętki.
— Może być też trochę nasze. Na jeden dzień — powiedział cicho.
Nie odpowiedziałam od razu. Zrobiłam łyk. Herbata była mocna, trochę za słodka. Zacisnęłam palce na kubku. W głowie miałam chaos. Czułam wyrzuty. Jakby to, że z kimś tu jestem, było zdradą. Ale jednocześnie czułam coś, czego dawno nie czułam: ciche, niemal niezauważalne drżenie pod skórą. Nadzieję. I to było gorsze niż smutek.
— Chyba powinniśmy wracać — powiedziałam, wstając.
Nie zaprotestował. Poszliśmy w dół tym samym tempem. Bez pośpiechu. Bez słów. Wracając, zorientowałam się, że nie zapamiętałam jego imienia. Jeśli w ogóle je podał.
Nie potrafiłam nic powiedzieć
Spakowałam się szybko. Nie miałam wiele rzeczy. Nauczyłam się podróżować lekko, przynajmniej jeśli chodzi o zawartość plecaka. Z emocjami nie szło już tak łatwo. Kurtkę zwinęłam do środka, włożyłam ostatnie skarpetki do bocznej kieszeni i zapięłam zamek. Słychać było tylko zgrzyt zamka błyskawicznego i krople deszczu stukające o parapet. Nie planowałam się z nim żegnać. Myślałam, że tak będzie lepiej — bez słów, bez spojrzeń, po prostu zniknąć. Ale, jakby wiedział, że się zbieram, pojawił się w drzwiach pokoju.
— Wyjeżdża pani?
Skinęłam głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Plecak leżał na łóżku, a ja jeszcze stałam w pół drogi do drzwi.
— Chciałem się pożegnać. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś się spotkamy.
— Pewnie nie — odpowiedziałam zbyt szybko, zbyt ostro. Wzięłam oddech. — Chociaż… nigdy nie wiadomo.
Uśmiechnął się lekko, bez przekonania.
— Może za rok znowu tu przyjedziemy. Tym razem nie osobno.
Spojrzałam na niego. To jedno zdanie wbiło się we mnie mocniej niż chciałam. Wstrzymałam oddech.
— A jeśli mnie już nie będzie? — zapytałam. Chciałam, żeby to zabrzmiało żartobliwie, ale głos mi się załamał.
— To przynajmniej zapamiętam ten dzień jako początek, nie koniec — odpowiedział bez chwili wahania.
Nie potrafiłam nic powiedzieć. Oparłam się plecami o ścianę i zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam, jego już nie było. Zeszłam na dół godzinę później. Mgła znowu spadła na dolinę. Ruszyłam w stronę przystanku, nie oglądając się za siebie. W głowie kołatało jedno zdanie, które nie chciało zniknąć: „Tym razem nie osobno”.
Cisza mi nie odpowiedziała
Drzwi otworzyły się ciężko, jakby i one miały mi za złe, że znowu wracam sama. W przedpokoju pachniało kurzem. Wrzuciłam klucze na półkę, zdjęłam buty i od razu poszłam do kuchni, nie rozglądając się po mieszkaniu. Znałam je na pamięć, nie musiałam patrzeć, żeby wiedzieć, co gdzie leży. I co się nie zmieniło. Albo zmieniło się tylko we mnie.
Plecak położyłam na podłodze, zsunęłam z ramion kurtkę. Była mokra na kołnierzu. Włączyłam czajnik i, zanim woda zaczęła się gotować, rozpięłam zamek. Z wnętrza wyjęłam książkę, termos, resztkę herbaty, mapę, nadal poskładaną w ten sam sposób, jak zawsze. Na dnie leżał kubek ze schroniska. Kupiłam go, chociaż nie był mi potrzebny. Było w nim coś dziwnego — zdawał się niepraktyczny, ciężki, za duży, ale przypominał to miejsce. I jego.
Postawiłam go na półce. Między kubkiem po herbacie, której już nikt nie pił, a solniczką, której nikt nie dotykał. Wtedy właśnie pomyślałam o serwetce. Wyjęłam ją z bocznej kieszeni plecaka. Starannie złożona, z lekko zatartym numerem. Dał mi ją tuż przed wyjściem. Nie zapytałam, jak ma na imię. Nie wiem, dlaczego. Przez chwilę trzymałam ją w dłoni, potem schowałam do szuflady. Nie miałam odwagi zadzwonić. Nie dziś. Może nie jutro. Ale nie wyrzuciłam jej. I to już było coś.
Usiadłam przy stole z herbatą. Mgła za oknem wyglądała inaczej niż w górach. Tutaj była tylko brudem w powietrzu. Tam ukrywała wszystko, co bolało.
— Czy można mieć nadzieję w tym wieku? — zapytałam siebie na głos, jakby w pustym mieszkaniu ktoś mógł mi odpowiedzieć. — Czy to śmieszne, czy wzruszające? A może jedno i drugie?
Cisza mi nie odpowiedziała.
Może za rok
Usiadłam w fotelu z książką, którą zabrałam w góry. Nie przeczytałam jej ani tam, ani teraz, ale to nie miało znaczenia. Włożyłam do środka kartkę — małą, wyrwaną z notesu, zapisaną krzywo, jakby ręka mi zadrżała: „Może za rok”. Tylko tyle. I tyle wystarczyło.
Odnalazłam kalendarz. Leżał zakurzony na półce, między rachunkami a starymi pocztówkami, których nigdy nie wysłałam. Otworzyłam go i bez namysłu zaznaczyłam przyszłoroczną datę wyjazdu. Ten sam tydzień. Ta sama trasa. Ten sam schroniskowy pokój, jeśli się da. Nie planowałam od dwóch lat niczego poza zakupami i terminami badań. Teraz pierwszy raz od jego śmierci spojrzałam w przyszłość dalej niż do końca tygodnia.
Nie dzwoniłam. Nie pisałam. Ale wiedziałam, że mogę. I to była nowość. Nie uczucie, nie ekscytacja, tylko możliwość. Mała przestrzeń między samotnością a czymś, co jeszcze nie miało kształtu. Może to była nadzieja, a może tylko głupie złudzenie. Ale tym razem nie zamierzałam jej tłumić. Zdjęłam kubek z półki, nalałam herbaty i usiadłam przy oknie. Na zewnątrz zaczynało padać. Tego dnia nic się nie wydarzyło. Ale też nic się nie skończyło. Pomyślałam wtedy: może za rok. I po raz pierwszy nie dodałam w myślach „to bez znaczenia”.
Helena, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Do ołtarza szłam w białej sukni, ale z obcym nasionkiem w brzuchu. Mojemu mężowi powiem dopiero po nocy poślubnej”
- „Mąż późno wracał do domu, a ja myślałam, że to przez pracę. Okazało się, że niejedyna czekam na niego z kolacyjkami”
- „Awaria ogrzewania zaprowadziła mnie do sąsiada. Miałam nadzieję na coś więcej niż herbatkę, ale się przeliczyłam”

