Reklama

To miał być zwykły wtorek, kolejna rocznica, kolejny dzień, w którym powinnam ubrać czerń i spuścić głowę w geście wiecznej żałoby. Tak przynajmniej widziała to moja teściowa, Barbara. Stałam jednak przed lustrem, malując usta na czerwono — na kolor, którego Patryk, mój zmarły mąż, nigdy nie lubił, ale który Robert zawsze komplementował. Moje ręce drżały z emocji. Wiedziałam, że kiedy przekroczę próg domu teściów, trzymając za rękę brata mojego męża, rozpęta się piekło. Nie myliłam się. Tego dnia straciłam rodzinę, by zyskać miłość, o której istnieniu bałam się nawet śnić.

Robert był inny

Pamiętam dzień pogrzebu Patryka jak przez mgłę. Wszystko było szare, zimne i obce, mimo że otaczali mnie ludzie, których znałam od dwudziestu lat. Patryk zginął nagle, w wypadku samochodowym. Zostawił mnie samą w dużym domu, z kredytem i ogrodem, którego nienawidził kosić. Przez pierwsze miesiące dom tętnił życiem, fałszywym życiem. Przychodziły sąsiadki z ciastem, dzwoniła teściowa z pytaniami, czy jadłam, wpadali znajomi, by „mnie pocieszyć”, co zazwyczaj kończyło się tym, że to ja musiałam robić im herbatę i słuchać, jak bardzo im przykro.

Ale po trzech miesiącach wszyscy zniknęli. Żałoba ma swój termin ważności dla obserwatorów. Dla wdowy to stan permanentny, a przynajmniej tak mi wmawiano. Została tylko cisza. Ta przerażająca cisza, w której słyszysz, jak pracuje lodówka i jak osiada kurz na meblach.

Wtedy zaczął pojawiać się Robert, młodszy bratem Patryka. Zawsze stał nieco z boku. Patryk był tym głośnym, przebojowym, duszą towarzystwa, typem samca alfa, który wchodził do pokoju i zagarniał całą przestrzeń. Robert był inny. Cichy, refleksyjny, zawsze z książką albo dłubiący coś w garażu. Przez lata małżeństwa z Patrykiem traktowałam Roberta jak sympatyczny element tła. Lubiłam go, ale nigdy tak naprawdę go nie widziałam.

Zaczął wpadać, żeby pomóc mi z rzeczami, które przerosły moje siły. Naprawił cieknący kran, skosił ten przeklęty trawnik, wymienił opony w moim samochodzie. Na początku nasze rozmowy były sztywne. Dotyczyły Patryka, wspomnień, logistyki pogrzebowej i spraw spadkowych. Ale z czasem, kiedy siedzieliśmy w kuchni nad kubkami parującej herbaty, temat Patryka zaczął schodzić na drugi plan.

Wydawało mi się to potworne

Ludzie myślą, że zdrada, nawet ta pośmiertna, zaczyna się od wielkiego wybuchu namiętności. U nas było inaczej. To było powolne topnienie lodu. Pamiętam jedno popołudnie, sześć miesięcy po pogrzebie. Był listopad, na dworze szaruga. Robert przyjechał, żeby pomóc mi uszczelnić okna na strychu. Kiedy skończył, był cały w kurzu, z szarą smugą na policzku.

— Jesteś brudny — powiedziałam, odruchowo sięgając ręką, by zetrzeć kurz z jego twarzy.

Zamarłam. Moje palce dotknęły jego skóry, a on się nie odsunął. Spojrzał mi w oczy w sposób, w jaki nikt nie patrzył na mnie od lat. Nawet Patryk pod koniec naszego małżeństwa patrzył na mnie raczej jak na wspólniczkę w prowadzeniu gospodarstwa domowego niż na kobietę. W oczach Roberta zobaczyłam coś, co mnie przeraziło i zafascynowało jednocześnie. Zobaczyłam podziw. Zobaczyłam pragnienie. Cofnęłam rękę jak oparzona.

— Przepraszam — bąknęłam, odwracając się do blatu, żeby ukryć rumieniec.

Nie masz za co, Renato — odpowiedział cicho. Jego głos był niższy niż głos Patryka, bardziej kojący. — Cieszę się, że tu jestem. Że nie jesteś sama.

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o nim nie jak o „bracie Patryka”, ale jak o Robercie. Mężczyźnie. Wydawało mi się to potworne. Czułam się brudna. Jak mogłam?! Przecież Patryk jeszcze „nie ostygł”, jak mawiała moja teściowa, Barbara. Wróciłam myślami do mojego małżeństwa. Czy było idealne? Nie. Patryk bywał trudny, zaborczy, często mnie krytykował. Kochałam go, oczywiście, że go kochałam, ale życie z nim było ciągłą walką o jego uwagę i aprobatę. Przy Robercie czułam spokój. Czułam, że mogę powiedzieć głupotę i nie zostanę wyśmiana.

Zapadła cisza

Przez kolejne tygodnie walczyłam ze sobą. Unikałam Roberta, odwoływałam jego wizyty, tłumacząc się chorobą czy nawałem pracy. Ale samotność była gorsza niż poczucie winy. Wigilia była przełomem. To były pierwsze święta bez Patryka. Teściowa zarządziła, że wieczerza odbędzie się u niej, jak zawsze. Atmosfera była grobowa. Przy stole stało puste nakrycie dla Patryka, a Barbara co chwila wybuchała płaczem, patrząc znacząco w moją stronę, jakby oczekiwała, że do niej dołączę w tym teatralnym spektaklu rozpaczy.

Siedziałam sztywno, czując, jak dusi mnie czarna sukienka. Robert siedział naprzeciwko. Widziałam, jak zerka na mnie z troską. Kiedy Barbara zaczęła po raz setny opowiadać, jakim Patryk był aniołem (zapominając o tym, jak rzadko odwiedzał ją za życia), Robert wstał.

— Mamo, wystarczy — powiedział stanowczo, ale spokojnie. — Renacie jest ciężko, nie musimy tego rozdrapywać przy karpiu. Dajmy spokój.

Zapadła cisza. Nikt nigdy nie sprzeciwiał się Barbarze, zwłaszcza w kwestiach kultu Patryka. Teściowa spuściła wzrok, obrażona, a ja poczułam falę ciepła w sercu. Robert stanął w mojej obronie. Zrobił to dla mnie. Po kolacji, kiedy wszyscy zbierali się do wyjścia, Robert podszedł do mnie w przedpokoju.

Podrzucę cię do domu. — To nie było pytanie.

W samochodzie panowała cisza, ale nie ta krępująca. Kiedy podjechaliśmy pod mój dom, Robert nie wysiadł od razu. Zgasił silnik.

— Nie chcę, żebyś tam wracała i siedziała sama w ciemności — powiedział, patrząc przed siebie.

— Wejdź na herbatę — zaproponowałam, a serce biło mi jak oszalałe.

Tej nocy nie doszło do niczego fizycznego, a jednak przekroczyliśmy granicę. Siedzieliśmy w kuchni do trzeciej nad ranem, rozmawiając o wszystkim, tylko nie o Patryku. O marzeniach, o podróżach, których nigdy nie odbyliśmy, o książkach. Śmialiśmy się. Mój Boże, jak dawno się nie śmiałam.

Zauważyłam ją kątem oka

Nasz związek rozwijał się w cieniu. Spotykaliśmy się u mnie, zaciągając żaluzje. Jeździliśmy na spacery do lasów oddalonych o trzydzieści kilometrów, żeby nikt nas nie zobaczył. Czułam się jak nastolatka, która ukrywa przed rodzicami, że pali papierosy. Tylko że stawką nie był szlaban, ale totalny ostracyzm społeczny. Wiedziałam, jak to wygląda z boku. Wdowa i brat zmarłego. Biblijny motyw, ale we współczesnym, małomiasteczkowym wydaniu brzmiało to jak scenariusz taniego serialu. „Hiena cmentarna”, „kazirodztwo emocjonalne” — wyobrażałam sobie te epitety szeptane w warzywniaku.

Ale Robert był cudowny. Czuły, uważny i... namiętny. Odkryłam przy nim sfery bliskości, o których przy Patryku nie miałam pojęcia. Patryk był zadaniowy w łóżku. Robert celebrował każdą chwilę. Pierwszy raz od lat czułam się kobietą, a nie tylko żoną, matką (choć dzieci nie mieliśmy) czy wdową. Ukrywaliśmy się przez cztery miesiące. Aż do pewnej niedzieli.

Byliśmy na zakupach w centrum handlowym w dużym mieście wojewódzkim, myśląc, że tam jesteśmy anonimowi. Trzymaliśmy się za ręce. Robert pocałował mnie w czoło przy stoisku z kawą. Pech chciał, że w tym samym centrum, w tym samym czasie, zakupy robiła Kaśka — kuzynka Patryka i Roberta, największa plotkara w rodzinie. Zauważyłam ją kątem oka, jak stała z otwartymi ustami przy witrynie z biżuterią. Nasze spojrzenia się spotkały. Wiedziałam, że to koniec. Nie podeszła. Wyciągnęła telefon.

— Mamy problem — szepnęłam do Roberta, ściskając mocniej jego dłoń.

Spojrzała na mnie z nienawiścią

Telefon od teściowej zadzwonił godzinę później.

— W niedzielę obiad. Obowiązkowo — powiedziała lodowatym tonem i rozłączyła się, nie czekając na moją odpowiedź.

Wiedzieliśmy, co nas czeka. Przez cały tydzień Robert praktycznie mieszkał u mnie. Baliśmy się, ale też czuliśmy dziwną ulgę. Koniec z ukrywaniem się. Niedziela nadeszła, duszna i parna. Weszliśmy do domu teściów razem. W salonie siedziała cała „rada nadzorcza”: teściowa Barbara, jej siostra, Kaśka z mężem i jeszcze dwójka kuzynostwa. Atmosfera była gęsta, jakby ktoś wyssał z powietrza cały tlen.

— Usiądźcie — powiedziała Barbara, wskazując na krzesła oddalone od siebie.

Zignorowaliśmy to. Usiedliśmy obok siebie na kanapie. Robert objął mnie ramieniem.

— Czy to prawda? — zapytała Barbara, a jej głos drżał od powstrzymywanej furii. — Czy to prawda, co mówiła Kasia? Że prowadzacie się po galeriach jak jakieś napalone nastolatki? Kiedy Patryk jeszcze w grobie się nie uleżał?!

— Mamo, Patryk nie żyje od roku — powiedział spokojnie Robert. — A my z Renatą jesteśmy dorośli.

To twój brat! — krzyknęła ciotka, wstając z krzesła. — To jest chore! To jest... to jest kazirodztwo!

— Nie łączą nas więzy krwi — odparłam, starając się, by mój głos nie drżał. — Pokochałam Roberta. Nie planowałam tego, ale tak się stało. Czy wolałabyś, mamo, żebym do końca życia była sama i nieszczęśliwa, tylko po to, żeby ludzie nie gadali?

Barbara spojrzała na mnie z nienawiścią, jakiej nigdy w życiu nie widziałam.

— Dla mnie jesteś nikim — wycedziła. — Zhańbiłaś pamięć mojego syna. Prześpisz się z jednym bratem, pochowasz go i bierzesz się za drugiego? Jesteś zwykłą...

— Dość! — Robert uderzył dłonią w stół tak mocno, że aż podskoczyły filiżanki z porcelany. — Nie pozwolę ci tak do niej mówić. Patryk nie żyje, mamo. Kochałem go, ale on nie wróci. A ja kocham Renatę. Jeśli nie potrafisz tego zaakceptować, to nie będziemy tu przychodzić.

— To wyjdźcie! — wrzasnęła Barbara, wskazując drzwi. — Wynoście się z mojego domu! Nie mam już syna! Obydwoje nie żyjecie dla mnie!

Wyszliśmy w absolutnej ciszy. Czułam na plecach ich wzrok, palący jak żelazo.

Naprawił moje serce

To było pół roku temu. Od tamtej pory telefon milczy. Nikt z rodziny Marka się do nas nie odzywa. Zostaliśmy wyklęci. W małym mieście plotki rozeszły się błyskawicznie. Ludzie patrzą na nas dziwnie w kościele, ekspedientki w sklepie szepczą, gdy wchodzimy razem. Straciłam kilka „przyjaciółek”, które uznały, że to, co robię, jest niesmaczne i niemoralne. Ale wiecie co? Nigdy nie byłam szczęśliwsza.

Wieczorami, kiedy siedzimy z Robertem na tarasie, pijąc wino i słuchając świerszczy, czuję, że żyję. Nie ma między nami ducha Patryka, choć wielu by tego oczekiwało. Rozmawiamy o nim czasem, z czułością, ale bez bólu. Robert jest inny niż jego brat. Jest moją przystanią, moim spokojem, moją drugą szansą.

Zrozumiałam, że życie jest zbyt krótkie, by przejmować się konwenansami i tym, „co ludzie powiedzą”. Ludzie pogadają tydzień, miesiąc, rok, a potem znajdą nową ofiarę. A ja zostanę ze swoimi uczuciami. Gdybym odrzuciła Roberta ze strachu przed opinią teściowej, zostałabym z niczym — z pustym domem i zimnym łóżkiem. Czasami myślę, że Patryk, gdziekolwiek jest, nie miałby nam tego za złe. Znał nas oboje. Wiedział, że Robert zawsze był tym, który naprawiał to, co inni psuli. Tym razem naprawił moje serce.

Ostatnio spotkałam na cmentarzu dawną sąsiadkę. Spojrzała na mnie, potem na Roberta, który stał kawałek dalej, czekając na mnie przy bramie.

— Odważna jesteś, dziecko — powiedziała, poprawiając znicz na grobie męża. — Ale pamiętaj, zmarli nie potrzebują naszej samotności. Oni potrzebują naszej pamięci. A żywi? Żywi potrzebują miłości.

Uśmiechnęłam się do niej. Miała rację. Zapłaciłam wysoką cenę za to uczucie. Straciłam akceptację otoczenia, straciłam dobrą opinię wdowy. Ale zyskałam kogoś, kto codziennie rano sprawia, że chcę wstać z łóżka. I jeśli to jest grzech, to jestem gotowa za niego zapłacić każdą cenę.

Renata, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama