„Po śmierci męża zostałam sama. Spotkanie z przyjacielem pokazało mi, że nie umarłam razem z Karolem”
„Zawahałam się. Mój wewnętrzny głos krzyczał, że powinnam wracać do swojego bezpiecznego kokonu. Że kawa z obcym mężczyzną to zdrada pamięci męża. Ale spojrzenie Ryszarda było tak ciepłe, tak pozbawione litości, że kiwnęłam głową”.

Kiedy trumna zniknęła w ziemi, czułam, że moje serce bije tylko z przyzwyczajenia, a nie z potrzeby życia. Przez dwa lata byłam cieniem samej siebie, kobietą, która mechanicznie wstaje, parzy herbatę i czeka na noc, by uciec w sen. Nie sądziłam, że jeden przypadkowy spacer i twarz, której nie widziałam od dekad, mogą sprawić, że znów zacznę oddychać pełną piersią i zrozumiem, że mój czas na ziemi jeszcze się nie skończył.
Cisza, która dzwoniła w uszach
Przez pierwsze miesiące po pogrzebie Karola nasz dom, niegdyś pełen jego śmiechu i dźwięków radia, stał się mauzoleum. Cisza osiadała na meblach jak kurz, wciskała się w fałdy zasłon i dusiła każdą próbę normalności. Zostawiłam wszystko tak, jak było. Jego kapcie wciąż stały przy łóżku, a na wieszaku w przedpokoju wisiała ta granatowa kurtka, której zapachu nie miałam odwagi wdychać, bojąc się, że wywietrzeje.
Moja codzienność stała się zbiorem rytuałów pozbawionych sensu. Wstawałam o siódmej, bo Karol zawsze wstawał o siódmej. Robiłam kawę w dwóch kubkach, po czym ten drugi wylewałam do zlewu, kiedy wystygł. To było irracjonalne, ale w jakiś pokrętny sposób pozwalało mi przetrwać poranek. Jedynym stałym punktem dnia były telefony od córki. Hania dzwoniła codziennie w drodze do pracy.
– Mamo, jak się czujesz? – pytała tym samym, zatroskanym tonem.
– Dobrze, kochanie. Jakoś leci – odpowiadałam, patrząc tępo w okno na szary chodnik.
– Może wpadniesz w weekend? Dzieciaki pytają o babcię.
– Zobaczę, Haniu. Mam trochę spraw.
Nie miałam żadnych spraw. Moim jedynym zajęciem było pilnowanie, by czas płynął, a ja bym nie musiała w nim aktywnie uczestniczyć. Bałam się wyjść do ludzi. Czułam się naznaczona wdowieństwem, jakbym miała na czole wypisany wyrok samotności. Sąsiedzi milkli na mój widok, ekspedientki unikały wzroku. Byłam dla nich przypomnieniem o kruchości życia.
Świat skurczył się do trasy między domem, cmentarzem a pobliskim dyskontem. Karol był moim kierowcą, moim bankierem, moim planistą. Bez niego czułam się jak dziecko zagubione we mgle. Prawo jazdy miałam, ale nie siedziałam za kółkiem od piętnastu lat. Samochód stał w garażu, pokryty warstwą kurzu, milczący świadek mojej bezradności.
Dzień, w którym chciałam uciec
Przełom nie nastąpił w rocznicę ślubu ani w Boże Narodzenie, lecz w zwykły, deszczowy wtorek w listopadzie. Siedziałam w fotelu, patrząc na albumy ze zdjęciami, kiedy nagle poczułam, że się duszę. Powietrze w salonie było gęste, przesycone zapachem przeszłości. Musiałam wyjść. Gdziekolwiek. Byle nie na cmentarz.
Założyłam płaszcz i ruszyłam w stronę centrum miasta. Nie byłam tam od miesięcy. Wszystko wydawało mi się obce, jakby działo się za grubą szybą. Szukając schronienia, weszłam do starej księgarni antykwarycznej – miejsca, które kiedyś uwielbiałam. Zapach papieru zawsze mnie uspokajał.
Przechadzałam się między regałami. W dziale ze sztuką zatrzymałam się przy dużym albumie o impresjonistach. Kiedyś malowałam. Jeszcze na studiach, zanim poznałam Karola, zanim praca w urzędzie i wychowanie Ani pochłonęły mój czas. Sięgnęłam po album, ale ciężka księga wyślizgnęła mi się z rąk. Zanim zdążyła uderzyć o podłogę, czyjaś dłoń ją złapała.
– Ostrożnie, to wydanie waży chyba z pięć kilo – usłyszałam męski, głęboki głos.
Podniosłam wzrok. Mężczyzna był wysoki, siwiejący, z okularami w drucianych oprawkach. Patrzył na mnie z uprzejmym uśmiechem, który nagle zmienił się w wyraz niedowierzania.
– Elżbieta? – zapytał niepewnie. – Elżbieta R.?
Zastygłam. Nikt nie używał mojego panieńskiego nazwiska od trzydziestu lat. Przyjrzałam się mu uważniej. Te niebieskie, bystre oczy...
– Ryszard? – szepnęłam. – Ryszard K.?
– Nie wierzę – roześmiał się cicho, odkładając album na półkę. – Minęły wieki. Co ty tu robisz? Myślałem, że wyjechałaś na drugi koniec świata.
Rysiek. Mój przyjaciel ze studiów na Akademii Sztuk Pięknych. Byliśmy nierozłączni, snując plany o podboju świata sztuki. Potem ja wybrałam bezpieczne życie, a nasze drogi się rozeszły.
Kawa o smaku przeszłości
– Masz chwilę? – zapytał, wskazując głową na kawiarnię po drugiej stronie ulicy. – Musimy to uczcić. Tyle lat...
Zawahałam się. Mój wewnętrzny głos krzyczał, że powinnam wracać do swojego bezpiecznego kokonu. Że kawa z obcym mężczyzną to zdrada pamięci męża. Ale spojrzenie Ryszarda było tak ciepłe, tak pozbawione litości, że kiwnęłam głową. Usiedliśmy przy małym stoliku.
– Więc? Opowiadaj – zachęcił. – Nadal malujesz? Pamiętam twój cykl pejzaży miejskich. To było niesamowite. Miałaś takie wyczucie światła...
Poczułam ukłucie w sercu. Nie z powodu Karola, ale z powodu tej dziewczyny, którą kiedyś byłam.
– Nie. Nie maluję od lat – odpowiedziałam cicho. – Pracowałam w administracji, potem zajmowałam się domem. Życie potoczyło się inaczej.
– Szkoda – powiedział szczerze, bez cienia oceny. – A co u ciebie teraz? Wyglądasz... wybacz szczerość, wyglądasz na smutną.
Słowa wylewały się ze mnie jak z pękniętej tamy. Opowiedziałam mu o Karolu, o dwóch latach pustki. O tym, że nie wiem, kim jestem, kiedy nie jestem już żoną Karola. Ryszard słuchał uważnie, nie przerywał.
– Ja też jestem sam – powiedział, gdy skończyłam. – Rozwiodłem się dziesięć lat temu. Dzieci dorosły, rozjechały się po Europie. Zostałem ja i moje płótna.
– Zostałeś malarzem? – zapytałam z nutą podziwu.
– Tak. I nauczycielem akademickim. Nie podbiłem Paryża, ale nie narzekam. Mam małą pracownię niedaleko stąd. Wiesz co? Powinnaś wpaść.
– Nie, ja... to nie dla mnie – zaprotestowałam gwałtownie. – Nie nadaję się do tego świata. Już nie.
– Elu – spojrzał mi prosto w oczy. – Nie umarłaś razem z mężem. Wiem, że to brutalne, co mówię, ale widzę, że wciąż tam jesteś. Ta dziewczyna, która kłóciła się z profesorem o użycie błękitu pruskiego. Ona tam jest, tylko przysypana popiołem.
Walka z samą sobą
Wróciłam do domu roztrzęsiona. Jego słowa „Nie umarłaś razem z mężem” dźwięczały mi w głowie, budząc gniew, ale pod tym gniewem tliła się iskra. Przez kolejne dni biłam się z myślami, patrząc na wizytówkę Ryszarda jak na zakazany owoc. Hania, dzwoniąc, od razu wyczuła zmianę.
– Mamo, brzmisz jakoś inaczej. Stało się coś?
– Spotkałam starego znajomego – rzuciłam zdawkowo.
– O! To wspaniale! Może wyjdziesz z domu na dłużej? Zaproś go na obiad!
Irrytowała mnie jej radość. Dla niej to był po prostu kolejny krok w procesie zdrowienia, dla mnie – walka o tożsamość. Tydzień później zadzwonił telefon. Nieznany numer.
– Słuchaj, potrzebuję pomocy – usłyszałam głos Ryśka bez zbędnych wstępów. – Mam zamówienie na renowację starego fresku w kamienicy na Starówce. Potrzebuję kogoś, kto ma cierpliwość i pewną rękę do detali. Pamiętam, jak precyzyjna byłaś. Zapłacę ci.
– Oszalałeś – parsknęłam, ale kącik ust mi drgnął. – Nie trzymałam pędzla od trzydziestu lat. Zniszczę to.
– To tylko tło, proste wypełnienia. Sam nie zdążę, termin mnie goni. Przyjdź jutro na dziesiątą. Adres wyślę SMS-em. Proszę, Ela. Jako przyjaciel.
Nie wiem, co mnie podkusiło. Może fakt, że poprosił o pomoc, a nie oferował litości. Następnego dnia ubrałam się w stare dżinsy i pojechałam pod wskazany adres.
Cudowny zapach terpentyny
Pracownia była artystycznym chaosem. Zapach farb, rozpuszczalników i starego drewna uderzył mnie w nozdrza, cofając mnie w czasie. Rysiek wręczył mi fartuch.
– Tu masz mieszać kolor. Musi być idealnie dopasowany do tego fragmentu – wskazał na odpadający tynk. – Działaj.
Ręce mi drżały. Pierwsze pociągnięcia były niepewne, czułam się jak oszustka. Ale po godzinie, kiedy skupiłam się tylko na fakturze i świetle padającym przez brudne okno, świat zewnętrzny przestał istnieć. Nie było Karola, nie było cmentarza. Był tylko błękit i ja.
– Nieźle – ocenił Rysiek po czterech godzinach pracy w ciszy. – Ręka ci nie zardzewiała.
Od tego dnia zaczęłam przychodzić do pracowni regularnie. Czasem pomagałam mu w zleceniach, czasem po prostu szkicowałam, podczas gdy on malował. Rozmawialiśmy o wszystkim, unikając tematu śmierci, jakbyśmy zawarli milczące porozumienie, że to miejsce jest strefą wolną od żałoby. Pewnego popołudnia, kiedy myłam pędzle, Rysiek zapytał:
– Dlaczego przestałaś prowadzić samochód?
– Karol zawsze prowadził. Lubił to. Ja się odzwyczaiłam. Boję się teraz – odparłam, zaskoczona pytaniem.
– Samochód to wolność, Elu. Ograniczasz się na własne życzenie.
– Nie potrzebuję jeździć. Mam autobusy.
– Chcę ci coś pokazać. Ale to za miastem. Musimy tam pojechać twoim autem, mój grat jest u mechanika.
– Wykluczone – rzuciłam, wycierając ręce. – Nie wsiądę za kierownicę.
– Dobrze. To nie pojedziemy. A szkoda, bo to miejsce, które byś pokochała. Stara oranżeria, światło jest tam magiczne o zachodzie słońca. Idealne na szkice.
Wróciłam do domu wściekła na jego naciski. Ale myśl o magicznej oranżerii nie dawała mi spokoju. Spojrzałam na zakurzone kluczyki do samochodu Karola.
Przełamałam wszystkie bariery
W sobotę rano zeszłam do garażu. Serce waliło mi jak młotem. W środku wciąż pachniało wodą kolońską męża, co wycisnęło mi łzy z oczu. Musiałam przesunąć fotel i lusterka, niszcząc ostatnie ustawienia Karola. Przekręciłam kluczyk. Silnik zaskoczył. Wyjechałam na podjazd, zaciskając dłonie na kierownicy tak mocno, że zbielały mi kostki.
Ryszard czekał przed bramą z termosem kawy i szkicownikami. Nie skomentował mojego bladego lica ani ślimaczego tempa jazdy.
– W lewo na skrzyżowaniu – instruował spokojnie.
Wyjechaliśmy za miasto. Z każdym kilometrem paraliżujący strach ustępował miejsca dumie. Prowadziłam. Sama panowałam nad tą maszyną. Karol zawsze marudził, że zmieniam biegi zbyt gwałtownie. Teraz nikt nie marudził. Dojechaliśmy do ruin starego pałacu. Rysiek miał rację. Złota godzina malowała ruiny w odcieniach miedzi i fioletu. Wyciągnęliśmy szkicowniki.
– Widzisz? – powiedział, wskazując horyzont. – Perspektywa jest wszystkim. Jeśli patrzysz tylko pod nogi, widzisz błoto. Jeśli spojrzysz dalej, widzisz całość.
Rysowałam zawzięcie, starając się uchwycić grę cieni. W końcu przerwałam i spojrzałam na niego.
– Dziękuję – powiedziałam. – Za to, że mnie wyciągnąłeś. Że nie dałeś mi zgnić w tym fotelu.
Uśmiechnął się tym swoim łobuzerskim uśmiechem sprzed lat.
– Nie zrobiłem tego z litości. Zrobiłem to, bo brakowało mi mojej przyjaciółki. I brakowało mi twojego talentu. Jesteś cholernie dobrą artystką, wiesz?
To nie była zdrada
Wieczorem zrobiłam coś, czego nie robiłam od śmierci męża – włączyłam muzykę. Jazz, który ja lubiłam, a on tylko tolerował. Zrobiłam sobie kolację i nalałam wina, celebrując ten moment. Spojrzałam na zdjęcie Karola stojące na komodzie.
– Nie gniewaj się – powiedziałam na głos do pustego pokoju. – Kochałam cię i zawsze będziesz częścią mnie. Ale ja wciąż tu jestem. I muszę żyć.
Poczułam ulgę. Zrozumiałam, że moja radość i powrót do pasji nie umniejszają miłości do męża. Żałoba nie musi być dożywotnim więzieniem.
Hania wpadła w niedzielę i zobaczyła szkicownik oraz otwarty laptop z ofertami kursów malarstwa.
– Mamo? – zapytała zdziwiona. – Ty malujesz?
– Wróciłam do tego – uśmiechnęłam się. – I wiesz co? Zamierzam pojechać samochodem nad morze w przyszłym miesiącu. Z plenerem malarskim.
– Ale... sama?
– Nie, z grupą. I z Ryśkiem. On to organizuje.
Przytuliła mnie mocno, a w jej oczach widziałam ulgę.
– Cieszę się, mamo. Naprawdę się cieszę. Tata też by się cieszył.
Minął rok od mojego spotkania z Ryszardem w księgarni. Nie jesteśmy parą w romantycznym sensie, choć przyszłość jest otwarta. Jesteśmy przyjaciółmi, partnerami w sztuce, powiernikami. Przerobiłam jeden z pokoi na pracownię, która teraz tonie w płótnach. Dom przestał być mauzoleum. Zmieniłam zasłony, przestawiłam meble. Kurtka Karola wciąż wisi w szafie, ale jest bezpieczną pamiątką, a nie relikwią, do której się modlę.
Odzyskałam swoje życie. Jest inne niż to, które planowałam z Karolem, i inne niż to z czasów studenckich. Jest moje. Samodzielne, pełne kolorów, których przez dwa lata nie potrafiłam dostrzec. Nauczyłam się, że miłość po stracie nie znika, ona po prostu zmienia formę. A my, ci którzy zostajemy, mamy obowiązek czerpania z każdej chwili, póki my też nie znikniemy. Śmierć męża zakończyła pewien rozdział, ale dopiero teraz mam odwagę pisać kolejne strony – własnym charakterem pisma.
Elżbieta, 56 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż pomagał młodej sąsiadce w remoncie. Układanie paneli i malowanie ścian skończyło się jego przeprowadzką”
- „Żona zaplanowała idealną kolację walentynkową, a ja wszystko zepsułem. Gdy wręczyłem jej prezent, było jeszcze gorzej”
- „Nie dostałam od męża żadnego prezentu walentynkowego. Nawet w jeden, wyjątkowy dzień w roku nie mógł się postarać”

