Reklama

Nikt nigdy nie uprzedził mnie, że cisza w mieszkaniu może mieć swój własny, fizyczny ciężar, który przygniata klatkę piersiową mocniej niż najgrubsza wełniana kołdra. Kiedyś myślałam, że starość to po prostu siwe włosy i wolniejsze kroki, ale dzisiaj, w ten jaskrawy, czerwony od serduszek dzień, wiem już, że to przede wszystkim sztuka konfrontacji z pustym fotelem naprzeciwko. To miał być zwykły wtorek, kolejny dzień z moją rutyną, która trzyma mnie w pionie, ale kalendarz bezlitośnie wskazywał czternastego lutego, a wspomnienia, które zazwyczaj drzemią gdzieś na dnie szuflady, postanowiły uderzyć we mnie z całą mocą, jakby czas wcale nie upłynął.

Obiecałam sobie dyscyplinę

Obudziłam się na długo przed budzikiem. W moim wieku sen staje się towarem deficytowym — przychodzi na krótko, jest płytki i płochliwy. Leżałam przez chwilę, wpatrując się w sufit, na którym znałam każde pęknięcie tynku. Prawa strona łóżka była chłodna i idealnie pościelona. Od pięciu lat nikt jej nie mierzwił. Lucjan nienawidził idealnie gładkich pościeli. Zawsze wiercił się przez sen, zabierając mi kołdrę, co kiedyś doprowadzało mnie do szału, a teraz oddałabym wszystko, byle tylko poczuć to irytujące szarpanie materiału.

Wstałam powoli, czując, jak stawy protestują przeciwko wilgotnej pogodzie za oknem. W kuchni nastawiłam wodę na herbatę. Czajnik gwizdał tę samą melodię co zawsze, ale dzisiaj brzmiała ona jakoś żałośnie. Włączyłam radio, mając nadzieję na prognozę pogody albo wiadomości ze świata, cokolwiek, co zagłuszyłoby moje myśli. Zamiast tego usłyszałam radosny głos spikera, który zachęcał do wysyłania sms-ów z życzeniami dla ukochanych. Piosenki o wielkiej miłości, reklamy czekoladek i promocje na kolacje we dwoje wylewały się z głośnika nieprzerwanym strumieniem. Wyłączyłam radio z trzaskiem.

Podeszłam do okna. Moje mieszkanie na drugim piętrze starej kamienicy wychodziło na ulicę, która prowadziła prosto do parku. Widziałam ludzi spieszących się do pracy, ale dzisiaj ten pośpiech miał inny kolor. Młody chłopak biegł z ogromnym bukietem czerwonych róż, ledwo mieszcząc się z nim na chodniku. Jakaś dziewczyna poprawiała makijaż w lusterku zaparkowanego samochodu, uśmiechając się do swojego odbicia. Wszyscy wydawali się tacy pełni nadziei, tacy pewni, że to uczucie, które ich teraz unosi, będzie trwało wiecznie.

Miałam ochotę zasłonić żaluzje i zostać w domu. Schować się pod kocem z kryminałem w ręku i udawać, że ten dzień nie istnieje. Ale obiecałam sobie dyscyplinę. Lekarz mówił wyraźnie, że ruch to życie, a ja, mimo tęsknoty, wciąż chciałam żyć. Poza tym Lucjan by mi nie darował, gdybym zgnuśniała. Zawsze powtarzał, że dopóki nogi niosą, trzeba iść przed siebie.

Pokiwałam głową ze zrozumieniem

Ubrałam swój beżowy płaszcz, ten sam, który kupiliśmy razem na wyprzedaży siedem lat temu. Lucjan wtedy powiedział, że wyglądam w nim jak gwiazda włoskiego kina. Wiedziałam, że przesadza, bo zmarszczki już wtedy zdobiły moją twarz gęstą siecią, ale jego oczy widziały mnie inaczej. Widziały wciąż tę dwudziestoletnią Marysię, która potknęła się na potańcówce w remizie i wpadła prosto w jego ramiona.

Zamykając drzwi na dwa zamki, usłyszałam tupot na schodach. Z góry zbiegała Kasia, moja sąsiadka. Ma może dwadzieścia pięć lat, studiuje architekturę i zawsze pachnie wanilią. Zazwyczaj jest uśmiechnięta, ale dzisiaj jej oczy były zaczerwienione, a makijaż lekko rozmazany.

— Dzień dobry, pani Mario — rzuciła w biegu, próbując ukryć twarz w wielkim szaliku.

— Dzień dobry, dziecino — odpowiedziałam, zatrzymując się wpół kroku. — Czy wszystko w porządku?

Zatrzymała się piętro niżej. Spojrzała na mnie i widziałam, jak walczy z łzami.

— To głupie. — Machnęła ręką. — Po prostu... miało być tak pięknie, a on zapomniał. Rozumie pani? Dwa lata jesteśmy razem, a on zapomniał, że dzisiaj są walentynki. Powiedział, że to komercyjne święto i nie będzie brał udziału w tej szopce.

Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Młodość rządzi się swoimi prawami, jest radykalna w sądach i krucha w emocjach.

— Wiesz, Kasiu — zaczęłam powoli, opierając się o poręcz. — Mój Lucjan też kiedyś zapomniał. To była nasza trzecia rocznica ślubu. Czekałam z obiadem, upiekłam kaczkę, a on wrócił z pracy brudny, zmęczony i zapytał tylko, czy mamy coś do jedzenia, bo umiera z głodu.

Kasia pociągnęła nosem, wyraźnie zainteresowana.

— I co pani zrobiła? Zrobiła mu pani awanturę?

Uśmiechnęłam się do wspomnień.

— Oczywiście. Talerze latały. Spakowałam się nawet do matki, chociaż to było dwa bloki dalej. Ale zanim wyszłam, on wyciągnął z kieszeni brudnego roboczego płaszcza mały, oszlifowany kamyk. Znalazł go na budowie. Miał kształt idealnego serca. Powiedział, że nosił go w kieszeni od rana i bał się, że go zgubi, dlatego tak pędził do domu.

Kasia uśmiechnęła się blado.

— Czyli nie chodzi o kwiaty?

— Nie, kochanie. Chodzi o pamięć. Ale pamięć ma różne oblicza. Czasem mężczyźni pamiętają inaczej niż my. Daj mu szansę, może przyniesie ci kamyk. — Mrugnęłam do niej.

Dziewczyna otarła łzę, poprawiła torbę na ramieniu i pobiegła dalej, rzucając ciche dziękuję. Zostałam sama na klatce, a echo jej kroków przypomniało mi, jak wiele energii traci się na niepotrzebne kłótnie, gdy człowiek myśli, że ma przed sobą wieczność.

Usiadłam na naszej ławce

Park był dzisiaj przeludniony. Mimo że luty nie rozpieszczał temperaturą, słońce przebijało się przez chmury, zachęcając zakochanych do spacerów. Szłam swoją stałą trasą, alejką wzdłuż stawu, gdzie kaczki domagały się chleba, nic sobie nie robiąc z romantycznej aury dnia. Mijałam pary w różnym wieku. Byli tam nastolatkowie, trzymający się kurczowo za ręce, jakby puszczenie dłoni partnera groziło upadkiem w przepaść.

Byli młodzi rodzice, pchający wózek i wymieniający zmęczone, ale czułe spojrzenia nad głową śpiącego niemowlaka. Patrzyłam na nich i czułam ukłucie zazdrości. Nie takiej zawistnej, złej zazdrości, ale tęsknoty za przynależnością do tego klubu dwuosobowych zespołów. Samotność w tłumie par smakuje gorzko.

Usiadłam na naszej ławce. Przez czterdzieści lat siadaliśmy właśnie tutaj. Tu był stary dąb, który dawał cień w lecie i osłonę od wiatru w zimie. Drewno ławki było wymieniane już kilka razy, ale miejsce pozostawało to samo. Wyjęłam z torebki termos z herbatą. Lucjan zawsze nosił termos. Miał taką starą, poobijaną menażkę wojskową, z której herbata smakowała metalem, ale dla nas była to ambrozja.

Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by wspomnienia wyświetliły się pod powiekami jak stary film. Zobaczyłam rok 1978. Byliśmy wtedy biedni jak myszy kościelne. Lucjan stracił pracę w zakładzie, ja dorabiałam szyciem po nocach. Walentynki nie były wtedy tak modne w Polsce, ale my zawsze celebrowaliśmy luty, bo w lutym się poznaliśmy. Pamiętam, jak wszedł do domu, otrzepując śnieg z butów. Nie miał pieniędzy na prezent.

— Marysiu — powiedział wtedy, wyciągając ręce zza pleców. — Nie mam dla ciebie pałacu, ale mam to.

Trzymał w rękach własnoręcznie wystruganą z drewna szkatułkę. Była krzywa. Wieczko nie domykało się idealnie, a zawiasy skrzypiały. Ale na wierzchu wypalił lutownicą moje inicjały i datę. M + M = Wieczność. To był najdroższy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam, cenniejszy niż złote kolczyki, które kupił mi na pięćdziesiątą rocznicę. Otworzyłam oczy. Obok mnie na ławce przysiadł się starszy pan. Mógł być w moim wieku, może nieco starszy. Miał na sobie elegancki płaszcz i kapelusz, który zdjął, kłaniając mi się lekko.

— Czy to miejsce jest wolne? — zapytał głosem chropowatym jak papier ścierny.

— Oczywiście — przesunęłam się, choć ławka była długa.

Siedzieliśmy w milczeniu przez kilka minut. On karmił gołębie ziarnem wyciąganym z kieszeni, ja popijałam herbatę. To było komfortowe milczenie, takie, które rozumieją tylko ludzie dźwigający bagaż wielu dekad.

— Piękny dzień na spacer — odezwał się w końcu, nie patrząc na mnie, ale na parę całującą się przy fontannie.

— Tak, choć trochę zbyt głośny — odparłam.

— Męczący — poprawił mnie. — Wszystko musi być teraz na pokaz. Wielkie bukiety, zdjęcia w telefonach. Kiedyś miłość była cichsza.

Spojrzałam na niego z zainteresowaniem. Miał rację.

— Mój mąż zawsze mówił, że kocha się czynami, a nie słowami — powiedziałam, nie wiedząc, czemu otwieram się przed obcym człowiekiem.

Staruszek uśmiechnął się smutno. W jego oczach zobaczyłam to samo odbicie pustki, które widziałam rano w lustrze.

— Moja Zosia... — Zawiesił głos. — Zosia uwielbiała tulipany. Nawet w zimie potrafiłem je dla niej zdobyć, spod ziemi. Dzisiaj byłem na cmentarzu. Zaniosłem jej pęk żółtych tulipanów. Zawsze mówiła, że żółte są jak słońce, którego jej brakowało.

Poczułam ucisk w gardle.

— Dawno odeszła? — zapytałam cicho.

— Dwa lata temu. I wciąż, kiedy robię herbatę, wyciągam dwa kubki. Nawyk silniejszy niż śmierć.

Zrozumiałam go bez słów. Ja wciąż kupowałam ten gatunek kiełbasy, który lubił Lucjan, chociaż sama za nią nie przepadałam. Leżała potem w lodówce, aż musiałam ją wyrzucić, ale w sklepie ręka sama sięgała po pęto.

— To nie nawyk — powiedziałam stanowczo. — To dowód na to, że oni wciąż tu są. W tych kubkach, w tej kiełbasie, w tej ławce. Dopóki my pamiętamy, oni nie odchodzą do końca.

Mężczyzna spojrzał na mnie głęboko. Jego oczy zwilgotniały.

— Dziękuję pani — powiedział drżącym głosem. — Nikt ze mną o niej nie rozmawia. Dzieci boją się, że będę płakał, więc omijają temat. A ja chcę o niej mówić. Chcę, żeby jej imię wciąż brzmiało w powietrzu.

— Porozmawiajmy więc — zaproponowałam, nalewając mu herbaty do nakrętki termosu. — Opowiem panu o krzywej szkatułce, a pan opowie mi o tulipanach.

Siedzieliśmy tam ponad godzinę. Dwoje nieznajomych połączonych nicią straty, w środku parku pełnego młodych, nieświadomych jeszcze życia ludzi. Opowiadaliśmy sobie historie, śmialiśmy się i wzruszaliśmy. Wokół nas świat pędził w walentynkowym szale, ale na tej jednej ławce czas się zatrzymał. To była najpiękniejsza randka z przeszłością, jaką mogłam sobie wymarzyć.

To były dobre walentynki

Gdy wróciłam do domu, słońce już zachodziło, barwiąc niebo na fioletowo. Czułam się dziwnie lekka. Rozmowa z nieznajomym w parku oczyściła mnie z porannego smutku. Wchodząc do mieszkania, zauważyłam białą kopertę wsuniętą w drzwi. Serce zabiło mi mocniej. Nie spodziewałam się listu. Rachunki przychodziły do skrzynki na dole. Wyjęłam kopertę drżącymi rękami. Nie była zaadresowana, widniało na niej tylko imię: Pani Maria.

Weszłam do kuchni, zapaliłam małą lampkę i otworzyłam list. W środku była kartka wyrwana z zeszytu w kratkę i mały, czekoladowy batonik.

„Pani Mario” — przeczytałam nierówne pismo. — „Dziękuję za rozmowę na schodach. Kiedy Antek wrócił z pracy, nie krzyczałam. Zapytałam, jak mu minął dzień. Okazało się, że miał straszne problemy w biurze i zapomniał o bożym świecie ze stresu. Kiedy zobaczył, że jestem spokojna i zrobiłam herbatę, popłakał się i przeprosił. Poszliśmy na spacer i znaleźliśmy kamyk. Nie jest w kształcie serca, przypomina bardziej ziemniaka, ale jest nasz. Dziękuję, że uratowała Pani nasze Walentynki. Kasia (sąsiadka z góry)”.

Uśmiechnęłam się do siebie, czując ciepło rozlewające się po całym ciele. Ugryzłam kawałek batonika. Był za słodki, ale smakował wyśmienicie.

Podeszłam do regału z książkami, gdzie stała krzywa, drewniana szkatułka Lucjana. Przesunęłam palcem po wypalonych inicjałach.

— Widzisz, Lucjanie? — szepnęłam w pustkę pokoju. — Wciąż się na coś przydajemy. Twoja mądrość poszła dalej w świat.

Wieczór spędziłam, przeglądając stare albumy. Nie było już we mnie żalu. Była wdzięczność. Patrzyłam na nasze zdjęcia z Mazur, z wakacji w Bułgarii, z chrzcin wnuków. Każde zdjęcie to historia, każda zmarszczka na mojej twarzy to pamiątka po jakimś uśmiechu albo łzie, którą dzieliliśmy. Zrozumiałam wtedy coś ważnego. Walentynki to nie jest święto tylko dla tych, którzy mają kogoś obok siebie w sensie fizycznym. To święto miłości, a miłość nie zna czasu ani granicy śmierci. Moja miłość do Lucjana wciąż była żywa, ewoluowała, zmieniała się z namiętności w spokojną pewność, że bycie kochanym raz, na zawsze zmienia człowieka.

Przed snem wyjęłam z szafy dodatkową poduszkę i położyłam ją obok siebie. Nie dlatego, że wierzyłam, iż on nagle się pojawi, ale dlatego, że chciałam oddać hołd miejscu, które zajmował w moim życiu. Zasypiając, nie słyszałam już huczących za oknem imprez ani klaksonów taksówek. Słyszałam tylko cichy szum wiatru i własny, spokojny oddech. Byłam sama, ale nie byłam samotna. Miałam swoje wspomnienia, miałam wdzięczność sąsiadki i świadomość, że przeżyłam wielką miłość, o jakiej ci wszyscy ludzie z czerwonymi balonami mogą na razie tylko marzyć. To były dobre walentynki. Inne, trudne, ale prawdziwe.

Maria, 83 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama