Reklama

Monika przyszła ze szkoły z płaczem. Córcia w tym roku kończy trzynaście lat i na co dzień stara się być bardzo dorosła. Jak na swój wiek naprawdę wiele przeszła. Obie przeszłyśmy.

Reklama

Jeszcze rok temu byliśmy szczęśliwą rodziną

Monia była oczkiem w głowie dla mnie i męża. Karol wprost ubóstwiał swoją małą księżniczkę, jak ją bardzo często nazywał. Sama miałam raczej chłodne kontakty z ojcem, dlatego ta ich zażyła relacja była dla mnie prawdziwym darem od losu.

Mój tata dużo pracował. Był kierowcą w dużej firmie przewozowej dostarczającej towar do klientów w całej Polsce. Bywało więc, że po kilka dni z rzędu nie było go w domu. Gdy już był, po prostu odpoczywał. Dla mnie i starszego brata zostawało już niewiele czasu. Owszem, kupował nam to, czego potrzebowaliśmy, nie pił i nie awanturował się. Ale jakiejś szczególnej więzi z nim nie zbudowałam.

Mój mąż był całkiem inny. Ciepły, czuły, uważny i pełen zrozumienia. Nigdy nie powiedział córci, że nie ma czasu i nie fukał, gdy mała po raz któryś z kolei szczebiotała do niego, opowiadając mu swoje przedszkolne czy szkolne przygody. Mój własny ojciec do dziecięcych problemów nie miał ani głowy, ani cierpliwości.

– Dziewczynka zawsze przegląda się w oczach ojca. To on, jako pierwszy mężczyzna w życiu, buduje w niej poczucie własnej wartości. Dzięki niemu jest w stanie wyrosnąć na pewną siebie kobietę, która potrafi budować zdrowe relacje z otoczeniem i wie, jak wymagać dla siebie szacunku – Karol często powtarzał te słowa.

Zdaje się, że wyczytał je w rubryce z poradami psychologicznymi w którejś z moich kolorowych gazet i konsekwentnie wcielał w życie. A ja widziałam, że to się sprawdza. Moniczka od zawsze była radosną dziewczynką pełną energii, która potrafiła jednocześnie walczyć o swoje. Dobrze się uczyła, w szkole była lubiana.

Kochała też sport. Od dzieciństwa pływała. To Karol zaraził ją pasją do basenu, a nasza córcia szybko na pływalni poczuła się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Nawet wygrywała zawody międzyszkolne i planowała dalszy rozwój swojej pływackiej kariery.

Aż nadszedł ten mroczny dzień

W zeszłym roku ten nasz piękny świat i rodzinne szczęście prysło niczym bańka mydlana. Mąż zginął w wypadku w drodze z pracy. Ponoć ani on, ani kierowca z naprzeciwka, który w niego uderzył, nie jechał za szybko. Po prostu miał pecha. Był deszcz, widoczność była bardzo ograniczona, a droga śliska. Coś poszło nie tak, doszło do kolizji, a samochód Karola niefortunnie się odbił i uderzył w przydrożne drzewo.

Pierwszych dni po wypadku w ogóle nie pamiętam. Gdyby nie mój brat, który przyjechał pomóc mi w formalnościach, na pewno nie dałabym rady. Rodzice już od dawna nie żyją, a teściowie… No cóż, teściowa była we Włoszech u starszej córki. Zdążyła przyjechać dopiero na mszę w kościele. Teść nie zainteresował się żadnymi sprawami urzędowymi. Długo byłam pewna, że zwyczajnie się załamał utratą syna i nie jest w stanie myśleć o przyziemnych rzeczach.

– To nie jest już najmłodszy człowiek. Dopiero co przeszedł na emeryturę, ponoć ma problemy z ciśnieniem. Nie można mieć mu za złe, że nie potrafił pomóc w takiej sytuacji – nawet broniłam go przed bratem, gdy ten nieśmiało zapytał, dlaczego Stefan nie uczestniczy razem z nami w przygotowaniach do pogrzebu.

Wyciągnęli łapy po nasz dom

No cóż, dopiero z czasem przekonałam się, że wcale nie jest to miła para nieporadnych staruszków, którzy utracili ukochane dziecko i cierpią po jego stracie podobnie jak my z Moniką. Co się stało? Coś, czego nigdy bym się nie spodziewała.

Okazało się, że teściowie zgarnęli po Karolu cały dostępny spadek, nie biorąc pod uwagę, że ich syn od dawna miał przecież żonę i córkę, którą bardzo kochał. Może jeszcze zrozumiałabym, gdybym w grę wchodziła tylko ja. Szczerze mówiąc, to nigdy nie nawiązaliśmy nici sympatii. Na co dzień teściowie mieli swoje własne sprawy. Mój mąż zawsze jednak ich bronił.

– Sama widzisz, że mama opiekuje się dzieckiem Eweliny, ojciec ma na głowie pracę. Zresztą, on nigdy nie był typem wylewnego człowieka. Nie pamiętam z dzieciństwa, żebym spędzał z nim tyle czasu, co my z Monisią. Ale dbał o nas, zawsze mieliśmy nowe ubrania, porządne buty, plecaki. Matka powtarzała, że on po prostu taki jest – tłumaczył mi, a ja nawet trochę go rozumiałam, bo w mojej rodzinie było podobnie.

Teraz jednak okazało się, jacy naprawdę są moi teściowie. Mieszkaliśmy w domu, który formalnie był ich własnością. Teść otrzymał go w spadku po swoich rodzicach i przekazał synowi jeszcze przed naszym ślubem. Być może powinnam była wcześniej zadbać o formalności, ale tego nie zrobiłam. Karol twierdził, że, komu jak komu, ale swoim rodzicom może ufać.

– Daj spokój Agata, nie musimy przecież z każdą sprawą od razu biegać do notariusza. Od dzieciństwa było powiedziane, że ten dom i przyległa do niego działka należą do mnie i tak będzie. Ewelina już od dawna mieszka we Włoszech i nie planuje powrotu do Polski. Ona już dostała od rodziców pieniądze ze sprzedaży działek budowlanych. Na pewno nie będzie stawiać żadnych roszczeń – przekonywał mnie mąż, a ja głupia uwierzyłam mu na słowo.

W to miejsce włożyłam oszczędności

I tak po ślubie zrobiliśmy remont tej nieruchomości. Bo tak naprawdę to była rudera wymagająca ogromnych nakładów finansowych. Niemal wszystko trzeba było zrobić od nowa. Łącznie z dachem, ociepleniem, instalacjami, odgrzybianiem ścian, rozbudową. Dobudowaliśmy salon z otwartą kuchnią i werandę, garaż. Poddasze zaadoptowaliśmy na królestwo naszej córci. Stworzyliśmy dla niej przytulny pokój z własną łazienką, obok był gabinet mojego męża, w którym trzymał swoją biblioteczkę.

W remont weszło lekką ręką kilkaset tysięcy złotych. W tym pieniądze ze wspólnie zaciągniętego kredytu oraz niemal cała kasa, którą dostałam ze sprzedaży mieszkania po rodzicach i podziale jego wartości na połowę z moim bratem.

Wiem, wiem. Mogłam być mądrzejsza i zadbać o formalności i dopiero wtedy inwestować. W końcu nie powinno się wkładać pieniędzy w coś, co prawnie nie należy do człowieka. Zwyczajnie jednak zaufałam mężowi i byłam przekonana, że wszystko będzie dobrze. Zresztą, on powtarzał, że kiedyś wszystko i tak będzie naszej córci, a sami na emeryturę kupimy jakieś siedlisko na wsi.

– Pomyśl, zawsze marzyłaś, żeby mieszkać wśród pól i lasów. Cisza, spokój, ptaki śpiewające od rana w ogrodzie, sarny podchodzące pod sam płot – marzył, a ja uśmiechałam się do tych naszych dalekosiężnych planów.

– O tak. I posadzę mnóstwo hortensji, porzeczki, maliny. Będziemy spędzać wieczory z lampą wina na tarasie i patrzeć na las rozciągający się za naszą posesją – mówiłam wpół żartem, wpół serio, bo do tej mitycznej emerytury to zostało dobre dwadzieścia lat.

Na razie nie chcieliśmy ryzykować i zmieniać naszego życia o sto osiemdziesiąt stopni. Tutaj dawna wieś przerodziła się w podmiejskie osiedle, gdzie jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać kolejne domy. Mieliśmy doskonały dojazd do pracy, tuż pod nosem przystanek z kilkoma liniami autobusowymi jeżdżącymi w różne punkty miasta, sklepy, pocztę, aptekę, przychodnię zdrowia. Tutaj żyło się po prostu wygodnie. Nawet córcia miała w pobliżu szkołę i nie musieliśmy jej codziennie zawozić do jakiegoś molochu w mieście, gdzie pracowaliśmy.

Teraz wszystko to prysło. Całe nasze życie wywróciło się do góry nogami. Karola już nie ma z nami. My z córką strasznie za nim tęsknimy. Do tego teściowie okazali się harpiami. Nie boję się użyć tego słowa, bo tak właśnie jest. Przejęli cały spadek po swoim synu. Jak do tego doszło?

Teściowie nie mieli dla nas litości

Ano tak, że dom formalnie nadal należał do mojego teścia. Podobnie jak działka, którą traktowaliśmy jako lokatę kapitału na przyszłość naszej córki. Nie wiem, czy sami to wszystko wymyślili, czy pomogła im córka. Ale faktem jest, że my z Moniką musiałyśmy się wyprowadzić z naszego miejsca na ziemi. Córcia nie dość, że straciła swojego ukochanego ojca, to jeszcze została narażona na tak ogromny stres przez własnych dziadków.

Próbuję walczyć w sądzie, ale adwokat twierdzi, że sprawa jest bardzo ciężka.

– Formalnie i działka, i dom należą do pana Stefana. Rozumiem, że ktoś komuś coś obiecał, ale dla sądu liczą się fakty. A fakty są takie, że inwestowaliście państwo w nie swoją własność. Istnieje możliwość zwrotu kosztów remontów, ale te wydatki trzeba udowodnić, a pani twierdzi, że nie trzyma potrzebnych faktur. Będzie ciężko – słowa pana Z. całkowicie mnie załamały.

Czyli wszystko stracone? – powiedziałam z rezygnacją.

– Nic nigdy nie jest stracone. Zawsze trzeba walczyć i my to zrobimy. Po prostu mówię, że przeprawa z teściami i wynajętą przez nich kancelarią będzie ciężka i długa – zakończył ze smutkiem, rozumiejąc w jak trudnej sytuacji się znalazła.

Teraz walczymy o przetrwanie

Na razie mieszkamy z córką w wynajętym mieszkaniu. Monika musiała zmienić szkołę, bo zwyczajnie nie mogę pozwolić sobie na codzienne dowożenie jej tak daleko. Muszę pracować, bo ceny wynajmu są ogromne. Do tego nie możemy wiecznie czegoś wynajmować. Być może trzeba będzie pomyśleć o kredycie na coś własnego. Ale do tego potrzebny jest wkład własny, a ja tego wkładu nie mam.

Jestem nauczycielką języka angielskiego w prywatnej szkole. Teraz wzięłam dodatkowe zajęcia, udzielam też prywatnych korepetycji. Ale kokosów z tego nie ma, a wydatki cały czas rosną. Teraz córka przyszła z płaczem, bo rozkleiły się jej nowe buty. To był oryginalny model i dziecko doskonale wie, że taki zakup teraz będzie dla mnie problemem. Ja jednak też wiem, że muszę z nią otwarcie porozmawiać o kwestiach oszczędzania na niektórych rzeczach. Zajęcia dodatkowe, treningi na basenie, nauka hiszpańskiego – to wszystko kosztuje, a my żyjemy z jednej pensji.

Tylko jak mam powiedzieć własnemu dziecku, że zwyczajnie nie mam pieniędzy na nowe buty dla niej? Nikomu nie życzę, żeby znalazł się w takiej sytuacji jak my.

Agata, 40 lat

Reklama

Czytaj także:
„Moja teściowa nie ma wstydu. Wpada do nas w walentynki, kładzie łapy na prezentach i prawie wprasza się do sypialni”
„Teść miał wysokie rachunki za telefon. Myślałam, że ktoś go oszukuje, ale sam jest sobie winien i powinien się wstydzić”
„Teściowa traktowała mnie jak śmiecia, choć nie miała powodu. Przypadek sprawił, że zmieniła zdanie”

Reklama
Reklama
Reklama