Reklama

Niespełna dwa lata temu odszedł mój mąż. Rano byłam jeszcze mężatką, a wieczorem już wdową. Waldek zostawił po sobie dobrze prosperującą firmę bez następcy, bo nasz syn, studiujący historię sztuki, nie był zainteresowany przejęciem biznesu. Tuż po śmierci męża, nikt nie miał głowy do zajmowania się takimi problemami, więc zawiesiłam działalność. To były trudne dni i przeżyłam je tylko dzięki koleżance prowadzącej aptekę; gdyby nie środki uspokajające, którymi mnie wspomagała, chyba nie byłabym w stanie utrzymać się na nogach!

Kilka dni po pogrzebie odwiedziła mnie księgowa z firmy męża. Młoda dziewczyna, którą rok wcześniej Waldek zatrudnił na prośbę przyjaciela i żałował tego kroku w zasadzie od samego początku.

– Jezu – narzekał co kilka dni. – Ta babka kompletnie nic nie potrafi, jest zupełnie bezużyteczna. W co ja się wpakowałem?!

To ją zwolnij – poradziłam, bo sprawa zdawała się oczywista.

– Nie mogę, kochana – jęknął. – Jak spojrzę w oczy Jurkowi, któremu byłem winien przysługę? Och, żebym mógł wcześniej przewidzieć, jak słono zapłacę za tę uprzejmość!

Dziewczyna była więc wciąż na etacie, mąż narzekał i złorzeczył, ale nic się nie zmieniało. Potem kontrola ze skarbówki dopatrzyła się jakichś nieścisłości w dokumentach i przez dwa tygodnie drżeliśmy ze strachu przed konsekwencjami finansowymi – kto wie, czy nie przyczyniło się to do tego, że mąż dostał zawału? W końcu sprawa się jakoś wyjaśniła, Waldek odetchnął z ulgą ale zapowiedział definitywnie, że przy następnej takiej historii wyrzuci Wiolę na zbity pysk.

Dlatego, gdy po pogrzebie fatalna księgowa stanęła w drzwiach mojego domu, byłam naprawdę zaskoczona. Czego ona może chcieć?

Byłam pewna, że kłamie

Oczy miała zaczerwienione od płaczu, widocznie martwiła się utratą pracy. Dług wdzięczności, spłacany dotąd przez Waldka, mnie nie dotyczył, więc miała powody, by drżeć o posadę. Nie zmieniało to jednak faktu, że jej odwiedziny wydały mi się grubym nietaktem. Chciałam jej o tym powiedzieć, ale zanim zdążyłam otworzyć usta, podniosła na mnie zapłakane oczy i oznajmiła bez wstępów:

– Jestem w ciąży. Trzeci miesiąc.

Co właściwie miałam zrobić z tą wiadomością? Jasne, że strata pracy w takiej chwili to katastrofa, tyle że ja straciłam właśnie coś zdecydowanie cenniejszego i w związku z powyższym nie grzeszyłam teraz nadmiarem empatii.

– Proszę pani – starałam się być spokojna. – Czy ja jestem pani ginekologiem? Albo przyjaciółką od serca? Najlepiej niech pani tę wiadomość zakomunikuje ojcu dziecka, na pewno się ucieszy. Mnie proszę zostawić w spokoju.

– Ale kiedy… – urwała i spuściła oczy. – To Waldek jest… to znaczy był ojcem – dokończyła.

Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym była w lepszej kondycji psychicznej, ale wtedy opuściły mnie siły. Cwaniactwo tej dziewuchy po prostu przerosło moją percepcję. Bez słowa zatrzasnęłam Wioli drzwi przed nosem i oparłam czoło o chłodną framugę. Wtedy bezczelne babsko zapukało w matową szybkę.

– Wiem – usłyszałam zza drzwi – że pani tam jest, i że trudno się pani z tym pogodzić, ale myśmy się naprawdę kochali.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Co ta cwana smarkula chciała ugrać? Zresztą, obojętnie jakimi motywami się kierowała, przychodząc bez zaproszenia do mojego domu była natrętem i nie zamierzałam dłużej tolerować jej obecności.

Waldek zamierzał panią opuścić – ciągnęła Wiola. – Chciał sprzedać firmę i wyjechać. W tamtym miesiącu znaleźliśmy nawet dom w Krynicy Morskiej. Podpisał umowę wstępną, nie wiem gdzie ją schował, ale na pewno natknie się pani na nią, porządkując papiery. To dowód, że mówię prawdę.

Krynica Morska?! Waldek marzył o tym, by na starość właśnie tam się przenieść! Uwielbiał klimat tego miasteczka i w każde wakacje musieliśmy je odwiedzić choćby na kilka dni. To była jego idée fixe… A w poprzednim miesiącu rzeczywiście wypadł mu dłuższy służbowy wyjazd, ale byłam przekonana, że wyjechał do Wrocławia.

Myślałam, że byliśmy dobrym małżeństwem

– Proszę stąd natychmiast odejść! – mój krzyk był na granicy histerii. – Inaczej policja panią zabierze!

To mnie kochał Waldek! Mnie! – krzyknęła jeszcze zza drzwi. – Chciał się ze mną ożenić, w łonie noszę jego potomka. Nie ustąpię tak łatwo, nawet niech pani się nie łudzi. Po urodzeniu dziecka zamierzam walczyć o alimenty!

Nie zniosłabym tego dłużej i gdyby wreszcie nie odeszła, zdecydowałabym się chyba na awanturę z udziałem policji. Na szczęście odstąpiła, a wtedy osunęłam się po ścianie i usiadłam na podłodze, ze zdziwieniem przypatrując się swoim dygoczącym dłoniom.

Myślałam o Krynicy Morskiej, w której, wieki wcześniej, poznałam mojego męża. Myślałam o służbowych wyjazdach Waldka i o tym, jak często poruszał temat swojej księgowej. Wszystko to kotłowało się w mojej głowie, ale nie prowadziło do żadnej konkluzji. Dopiero powrót syna do domu sprawił, że wzięłam się w garść. Rafał niczego się nie domyślił, a moją fatalną kondycję przypisał chyba po prostu śmierci swojego kochanego ojca.

Wiola nie odwiedziła mnie więcej, ale przezornie spytałam adwokata o to, jakie są szanse, by sąd uznał ojcostwo kogoś, kto zmarł.

– Raczej marne – powiedział pewnym tonem. – Trzeba by pobrać materiał genetyczny, czyli bez ekshumacji by się pewnie nie obeszło, a to i tak niewiele by dało. Można by obciążyć kosztami alimentów rodziców ojca, jeżeli, oczywiście, jeszcze żyją, ale to chyba wszystko.

Miałam nadzieję, że adwokat nie domyślił się, o kogo chodzi, i że jego zapewnienia mają pokrycie w rzeczywistości, ale przyśpieszyłam sprzedaż firmy.

A jednak mówiła prawdę

O dziwo, dość szybko znaleźli się chętni na odkupienie przedsiębiorstwa, więc mogłam chyba spać spokojnie i nie obawiać się, że cwaniara puści mnie z torbami. Synowi nie powiedziałam o wizycie księgowej z firmy ojca, ani słowem nie zająknęłam się o rewelacjach sączonych przez zamknięte drzwi. Po co miałam chłopaka zawstydzać bezczelnością i chamstwem pazernych ludzi? Jeszcze sam zdąży tego wszystkiego doświadczyć.

Wszystkie te zdarzenia miały miejsce prawie dwa lata temu, a całkiem niedawno, zupełnie przypadkowo znów zobaczyłam Wiolę. Robiła zakupy w tym samym sklepie co ja. Na wózku, który prowadziła przed sobą, siedziało dziecko. Nie mogłam oczu oderwać: jakby czas się nagle cofnął, a ja patrzyłabym na swojego jedynaka – Rafałka! Te same oczy, włosy, mimika…

Zrobiło mi się nagle gorąco, potem zimno, gdybym nie przysiadła na palecie, chyba straciłabym przytomność. Wiola, zajęta wyjmowaniem towaru na taśmę przed kasą, na szczęście mnie nie zauważyła. Kiedy poczułam się lepiej, zostawiłam koszyk i po prostu wyszłam ze sklepu. Wsiadłam do samochodu i długo nie mogłam dojść do siebie.

Nie miałam wątpliwości, że dziecko, które widziałam, jest potomkiem mojego nieżyjącego męża, podobieństwo z naszym synem było uderzające. To zmieniało mnóstwo rzeczy, które dotąd uznawałam za pewnik. Oznaczało, że nie tworzyliśmy doskonałej pary, za jaką nas zawsze uważałam. Jak mogłam mieć za ideał faceta, który ordynarnie mnie oszukiwał i zdradzał?

A ja byłam w niego wpatrzona jak w obrazek! Gdybym tylko zdołała znaleźć umowę wstępną kupna domu, o której wspomniała Wiola, miałabym niezbity dowód w ręku…Tylko po co – zadawałam sobie pytanie – po co był mi ten dowód, skoro Waldek już mnie opuścił? Chyba tylko po to, by mieć niezachwianą pewność i móc się pogrążyć w czarnych myślach…

Alicja, 50 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama
Loading...