„Po śmierci męża nie obchodziłam walentynek. Jako wdowa nie miałam adoratorów, aż nagle pojawił się zrzędliwy sąsiad”
„Skinął głową, ale w jego oczach zobaczyłam coś, co mnie zaniepokoiło. Zrozumienie. A może rezygnację. Od tamtej pory zaczęłam łapać się na tym, że czekam na jego kroki. Że zastanawiam się, czy jest w domu. Że jego obecność przestała mnie drażnić, a zaczęła burzyć mój spokój w sposób, który był… niebezpieczny”.

- Redakcja
Śmierć Piotra uporządkowała moje życie w sposób, którego nigdy nie planowałam. Każdy dzień wyglądał tak samo, a ta przewidywalność stała się moją tarczą. Walentynki były tylko przypomnieniem, że kiedyś czekałam na czyjś powrót do domu. Teraz miałam ciszę. Spokój. I sąsiada zza ściany – Arka – którego obecność od lat działała mi na nerwy bardziej niż samotność.
Sąsiad, którego nie cierpię
Arek mieszkał za ścianą od siedmiu lat, a ja przez siedem lat byłam przekonana, że los zrobił mi tym sposobem jeden ze swoich gorszych żartów. Wysoki, zawsze chodzący zbyt głośno, zamykający drzwi tak, jakby chciał je ukarać za coś osobistego. Nasza znajomość zaczęła się od kłótni o wycieraczkę. A właściwie o to, że jego wycieraczka „wchodziła” na moją połowę korytarza.
– To jest jeszcze moja strona – powiedział wtedy spokojnie, wskazując palcem na kafelki.
– Nie, to jest wspólna przestrzeń, a pan ją sobie zawłaszcza – odpowiedziałam, czując, jak głos drży mi bardziej, niż chciałam.
Od tamtej pory każde nasze spotkanie było jak powtórka z tego samego przedstawienia. On wychodził z mieszkania dokładnie wtedy, kiedy ja wracałam. Albo odwrotnie. Przypadek? Nie sądziłam.
– Znowu radio na cały regulator – rzuciłam kiedyś przez uchylone drzwi.
– To nie radio, tylko cisza w pani głowie tak hałasuje – odburknął bez spojrzenia.
Powinnam była trzasnąć drzwiami. Zamiast tego stałam chwilę dłużej, niż było to konieczne. Zauważyłam, że ma zmęczone oczy. I że mówi to wszystko bardziej z przyzwyczajenia niż złości. Była jeszcze pani Zofia z parteru. Zawsze pojawiała się w idealnym momencie.
– Oj, znowu państwo się nie dogadują? – wzdychała teatralnie.
– My się nigdy nie dogadujemy – odpowiadałam.
– To się jeszcze zobaczy – mruczała, jakby znała zakończenie, którego ja nie chciałam przeczytać.
Najbardziej irytowało mnie to, że Arek pamiętał drobiazgi. Że kiedy raz narzekałam na zapowietrzone kaloryfery na klatce, następnego dnia już były ciepłe. Że odstawił mój kosz na śmieci, gdy wiatr przewrócił go pod ścianą.
– Przypadek – powtarzałam sobie.
A jednak za każdym razem, gdy słyszałam jego kroki za ścianą, coś we mnie reagowało szybciej, niż zdążyłam to zatrzymać.
Czekała na mnie niespodzianka
W Walentynki wróciłam do domu później niż zwykle. Specjalnie. Sklepy były pełne ludzi niosących kwiaty, a ja nie chciałam patrzeć, jak komuś się spieszy do czyjegoś życia. Klatka schodowa była cicha, niemal podejrzanie spokojna. Dopiero gdy sięgnęłam po klucze, zobaczyłam pudełko pod drzwiami. Niewielkie, proste, z przyczepioną kartką.
Przez chwilę tylko stałam. Serce zaczęło mi bić szybciej, jakby rozpoznało zagrożenie wcześniej niż rozum. Rozejrzałam się po korytarzu, jakby ktoś mógł mnie obserwować zza skrzynki na listy.
– Świetnie – mruknęłam sama do siebie. – Ktoś sobie robi żarty.
W środku były czekoladki. Starannie ułożone. Bez żadnych ozdób, bez serduszek. Na kartce widniało jedno zdanie, napisane nierówno: „Pomyślałem, że może się przydadzą”. Nie było podpisu. Zamknęłam drzwi i postawiłam pudełko na stole. Usiadłam naprzeciwko i wpatrywałam się w nie dłużej, niż powinnam.
– Nie bądź śmieszna – powiedziałam głośno do siebie. – To nic nie znaczy.
A jednak nie wyrzuciłam ich do kosza. Dopiero następnego dnia pani Zofia rozwiała wątpliwości.
– A taki miły gest od sąsiada, prawda? – zagadnęła mnie na schodach z tym swoim uśmiechem, który zawsze niósł więcej, niż mówił.
– Od jakiego sąsiada? – zapytałam zbyt szybko.
– No od Arka. Widziałam, jak wczoraj coś zostawiał pod pani drzwiami. Trochę się denerwował.
Poczułam, jak ciepło uderza mi do twarzy. Złość przyszła pierwsza, zaraz za nią niepokój.
– To chyba jakiś żart – powiedziałam sztywno.
– Nie wyglądał na kogoś, kto żartuje – odparła cicho i poszła dalej.
Przez resztę dnia myśl o Arku nie dawała mi spokoju. Każdy dźwięk za ścianą brzmiał inaczej. Wieczorem otworzyłam pudełko i sięgnęłam po jedną czekoladkę. Smakowała jak... pytanie.
Czekałam na jego kroki
Przez kilka kolejnych dni udawałam, że nic się nie stało. Wstawałam o tej samej porze, parzyłam herbatę w tym samym kubku, otwierałam okno na dokładnie tyle, by wpuścić chłodne powietrze, ale nie dźwięki świata. A jednak coś było inne. Cisza za ścianą przestała być obojętna. Arek zaczął mówić „dzień dobry”. Krótko, bez nacisku. Jakby sprawdzał, czy to słowo między nami ma jakiś sens.
– Dzień dobry – odpowiedziałam raz, zaskoczona własnym głosem.
To jedno słowo ciągnęło się za mną przez pół dnia. Przypomniało mi, jak kiedyś odpowiadałam Piotrowi, gdy wchodził do kuchni jeszcze zaspany, z włosami w nieładzie i tym swoim spokojem, który wtedy brałam za coś oczywistego.
Wieczorem wyjęłam z szuflady jego zegarek. Leżał tam od lat, zatrzymany na tej samej godzinie. Przesunęłam palcem po szkle.
– Przecież nie zdradzam cię – szepnęłam do pustego pokoju.
Następnego dnia Arek zapukał. Otworzyłam tylko na tyle, by zobaczyć jego twarz.
– Przepraszam za tamto – powiedział, nerwowo ściskając klucze. – Jeśli to było nie na miejscu…
– Było – przerwałam mu. – I… nie było.
Spojrzał na mnie uważnie, jakby po raz pierwszy zobaczył kogoś więcej niż sąsiadkę od kłótni. Milczeliśmy chwilę. Za długo.
– Nie musimy o tym rozmawiać – dodałam szybko. – Lepiej, żeby było jak wcześniej.
Skinął głową, ale w jego oczach zobaczyłam coś, co mnie zaniepokoiło. Zrozumienie. A może rezygnację. Od tamtej pory zaczęłam łapać się na tym, że czekam na jego kroki. Że zastanawiam się, czy jest w domu. Że jego obecność przestała mnie drażnić, a zaczęła burzyć mój spokój w sposób, który był… niebezpieczny.
Nic już nie będzie takie samo
Spotkaliśmy się na klatce schodowej w sobotni wieczór. Przypadkiem, choć oboje wiedzieliśmy, że to nie do końca prawda. Stał z torbą zakupów, ja z kluczami w dłoni, których nie wkładałam do zamka.
– Anna – odezwał się pierwszy. – Możemy porozmawiać?
Westchnęłam, czując znajome napięcie w karku.
– Jeśli znowu chcesz przepraszać, to nie ma sensu.
– Nie – pokręcił głową. – Chcę wreszcie powiedzieć prawdę.
Oparł się o ścianę, jakby bał się, że bez tego zabraknie mu równowagi.
– Te nasze kłótnie… one były prostsze niż milczenie. Łatwiej było się sprzeczać, niż udawać, że pani nie zauważam.
– Mnie? – prychnęłam. – Zawsze robił pan wszystko, żeby mnie zdenerwować.
– Wiem. I to była najgłupsza rzecz, jaką robiłem.
Zrobiło mi się gorąco. Serce zaczęło walić, jakby próbowało mnie ostrzec.
– Po co te czekoladki, Arek? – zapytałam w końcu. – Żeby jeszcze bardziej namieszać?
– Bo bałem się, że jeśli tego nie zrobię, zostaniemy już tylko sąsiadami, którzy pamiętają, jak bardzo się nie lubili.
Zapadła cisza. Ciężka i pełna wszystkiego, czego nie mówiłam przez lata.
– Ja nie szukam niczego nowego – powiedziałam cicho. – Już raz wszystko poukładałam… a potem zostałam sama.
Spojrzał na mnie uważnie, bez litości, ale i bez nacisku.
– Nie chcę niczego zabierać. Ani zastępować. Po prostu… przestałem udawać, że jest mi pani obojętna.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Ostatecznie.
– A jeśli nie potrafię? – wyszeptałam. – Jeśli jedyne, co umiem, to trzymać ludzi na dystans?
– Wtedy zostaniemy tu, gdzie jesteśmy – odpowiedział spokojnie. – Ale przynajmniej będzie uczciwie.
Minęliśmy się bez słowa. Wchodząc do mieszkania, wiedziałam jedno: nic już nie wróci do poprzedniego porządku. I właśnie to było najbardziej przerażające.
Otworzyłam się na nowe
Nie spałam tej nocy. Leżałam, wsłuchując się w dźwięki budynku, które znałam na pamięć, a które nagle przestały być tłem. Nad ranem usiadłam w kuchni z kubkiem herbaty i spojrzałam na pudełko po czekoladkach. Było puste. Zjadłam je wszystkie, powoli, bez pośpiechu, jakby każdy kęs był małą decyzją. Przed południem zapukał Arek. Tym razem otworzyłam drzwi szerzej.
– Nie przyszedłem niczego wyjaśniać – powiedział od razu. – Tylko zapytać, czy ma pani ochotę na spacer. Bez zobowiązań.
Zawahałam się. Strach wciąż tam był, ale obok niego pojawiło się coś nowego. Ciekawość.
– Dobrze – odpowiedziałam. – Ale tylko kawałek.
Szliśmy obok siebie, nie za blisko, nie za daleko. Rozmawialiśmy o rzeczach prostych. O pogodzie, o pani Zofii. O tym, że czasem człowiek myli spokój z pustką.
Nie było fajerwerków. Było za to coś cichego i prawdziwego. Zrozumiałam, że nadzieja nie zawsze krzyczy. Czasem po prostu idzie obok, czekając, aż przestaniemy uciekać. Wróciłam do domu z lżejszym oddechem. Bez obietnic. Ale też bez zamkniętych drzwi.
Anna, 44 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zamiast kupić pączki w luksusowej cukierni, poszłam do dyskontu. Chciałam zabłysnąć w firmie, a to była kompromitacja”
- „Teść ma prawie 70 lat i za grosz szacunku do innych. Teściowa dawała sobie wejść na głowę, a ja ustawię go do pionu”
- „Syn traktował nasz dom jak 4-gwiazdkowy hotel z pełnym wyżywieniem. W końcu mój mąż nie wytrzymał i pogonił lenia”

