„Po ślubie żona zmieniła zdanie o pracy. Nagle zapragnęła być gosposią, a ja mam ją utrzymywać”
„– Nie muszę rozmawiać z tobą o wszystkim, Wojtek – rzuciła z irytacją, upijając łyk. – Po prostu... poczułam, że muszę coś zmienić. Ciągle tylko praca, praca, praca. A gdzie ja w tym wszystkim? Gdzie przestrzeń na oddech?”.

Zanim się pobraliśmy, byłem przekonany, że trafiłem szóstkę w totka. Karolina była ambitna, wygadana, lubiła planować i działać. Poznaliśmy się w pracy – oboje w dziale marketingu, oboje z błyskiem w oku, kiedy opowiadaliśmy o naszych pomysłach na kampanie. Po godzinach chodziliśmy na piwo i marzyliśmy, że kiedyś założymy agencję reklamową, podróżując między Bali a Berlinem. Nie byłem romantykiem, ale z nią naprawdę chciałem czegoś więcej.
Ślub był skromny, ale nasz. Mieszkanie kupiliśmy na kredyt, ale cieszyliśmy się jak dzieci, że mamy swoje cztery kąty. Myślałem, że oboje chcemy iść tą samą drogą – ramię w ramię. A potem, dosłownie kilka miesięcy po ślubie, coś zaczęło się rozjeżdżać. Najpierw delikatnie – Karolina częściej zostawała w domu dla relaksu. Potem nagle oznajmiła, że rzuca pracę. Nie, nie szuka nowej. Chce „żyć wolniej” i „zadbać o przestrzeń domową”. Przestrzeń, która wyglądała jak po tornadzie, kiedy wracałem z pracy z siatami pełnymi zakupów.
– I jak tam twoje idealne małżeństwo? – zapytał Tomasz przy lunchu, z ironicznym uśmiechem.
Nie odpowiedziałem. Bo sam już nie wiedziałem, w co wierzyć.
Żona mnie zaskoczyła
– Co znaczy, że złożyłaś wypowiedzenie? – zapytałem, nie dowierzając.
Stała przy kuchennym blacie z kubkiem herbaty w ręce, jakby mówiła o nowej diecie, a nie o rezygnacji z pracy, która jeszcze miesiąc temu „dawała jej tyle satysfakcji”.
– Dokładnie to, co powiedziałam. Już nie pracuję. Uznałam, że czas na zmiany – odpowiedziała spokojnie, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.
– Ale... Kiedy o tym zdecydowałaś? Przecież nawet nie rozmawialiśmy...
– Nie muszę rozmawiać z tobą o wszystkim, Wojtek – rzuciła z irytacją, upijając łyk. – Po prostu... poczułam, że muszę coś zmienić. Ciągle tylko praca, praca, praca. A gdzie ja w tym wszystkim? Gdzie przestrzeń na oddech?
W tamtym momencie czułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Przez dwa lata byliśmy duetem, drużyną. A teraz? Ona podjęła kluczową decyzję bez słowa.
– Karolina, przecież mamy kredyt, opłaty... Nie mamy dzieci. O jakim „skupieniu na domu” ty mówisz?
Wzruszyła ramionami.
– Może w końcu będę miała czas zastanowić się nad sobą. Odpocząć. Pomyśleć o rodzinie.
Milczałem. Bo co miałem powiedzieć? Że czuję się jak statysta w życiu, które planowaliśmy razem? Że nie rozumiem, kiedy to się zmieniło? Że czuję się... oszukany? Jeszcze tego wieczoru długo patrzyłem w sufit, a jej oddech obok mnie był spokojny, głęboki. Jakby nic się nie stało. A ja myślałem tylko jedno:
– Czy ja ją w ogóle znam?
Myślałem, że to przejściowe
Na początku łudziłem się, że to tylko faza. Że Karolina rzuciła pracę na chwilę, dla resetu. Że się znudzi tym domowym trybem i zatęskni za zawodowym życiem. Ale mijały tygodnie, a ona wcale nie wyglądała na znudzoną. Przeciwnie – zachowywała się, jakby w końcu odnalazła swoje prawdziwe „ja”.
Tyle że to „ja” nie miało nic wspólnego z byciem gospodynią domową. Zamiast obiadów – jedzenie z dowozem. Zamiast sprzątania – wieczne „zaraz to ogarnę, daj mi chwilkę”. A kiedy wracałem z pracy zmęczony, znajdowałem ją zawiniętą w koc, z laptopem na kolanach, pogrążoną w kolejnym sezonie jakiegoś serialu.
– I jak długo to ma trwać? – zapytała Marta, moja siostra, kiedy zajechałem do niej z siatką zakupów, bo Karolina „akurat dziś nie dała rady”.
– Nie wiem, daję jej czas – próbowałem się bronić.
– Czas? Wojtek, ona ci wchodzi na głowę! Ty tyrasz jak wół, a ona sobie robi detoks od życia. Super układ. Dla niej.
Zabolało. Bo miała rację. Ale nie umiałem jeszcze tego przyznać na głos.
– Może ma gorszy moment, może potrzebuje... wsparcia? – próbowałem sam siebie przekonać.
– Wsparcia? – prychnęła Marta. – To niech znajdzie sobie terapeutkę, a nie męża-sponsora.
Tamtego dnia wracałem do domu z dziwnym ciężarem. Coś zaczynało pękać. Mój obraz Karoliny, nasze wspólne plany... I ja sam. Bo coraz częściej łapałem się na tym, że boję się zajrzeć na konto.
Było mi ciężko
– Może... mogłabyś pomyśleć o jakiejś pracy zdalnej? Choćby na pół etatu? – zagaiłem delikatnie podczas śniadania. – Wiesz, coś co pozwoli ci być w domu, ale jednak... wiesz, trochę odciążyć mnie.
Karolina spojrzała na mnie, jakbym właśnie zasugerował, żeby zaczęła pracować w kopalni.
– Czyli jednak ci przeszkadza, że jestem w domu? – powiedziała z chłodnym spokojem, odkładając kromkę chleba.
– Nie o to chodzi. Po prostu... sam nie wyrabiam. Rachunki, kredyt, zakupy, wszystko. A ty...
– A ja co? – przerwała mi ostro. – Mam ci gotować, sprzątać i jeszcze pracować? Bo co? Bo twoje ego nie znosi, że kobieta nie musi dziś zasuwać jak koń pociągowy?
– Karolina, ja nie mówię, że masz się zajechać! Ale chyba partnerstwo działa w obie strony, nie?
– Mam prawo do szczęścia – powiedziała stanowczo. – I do życia w swoim tempie. Przez całe życie goniłam. Wreszcie chcę odpocząć. I nie będę się z tego tłumaczyć.
Patrzyłem na nią i nie poznawałem. Gdzie się podziała ta dziewczyna, z którą planowałem agencję reklamową? Która ekscytowała się briefami, nowymi kampaniami i mówiła, że nie wyobraża sobie siedzenia w miejscu?
– To naprawdę wszystko, co dla ciebie znaczy nasze życie? – spytałem cicho. – Żeby odpocząć?
Nie odpowiedziała. Wstała od stołu i zamknęła się w sypialni. Tamtego dnia zrozumiałem jedno: już nie byłem częścią jej planu na szczęście.
Żona żyła jak królowa
Media społecznościowe nigdy mnie nie obchodziły. Nie miałem czasu na wrzucanie zdjęć kawy czy patrzenie, kto gdzie był na wakacjach. Ale kiedy koleżanka z pracy pokazała mi story Karoliny, przez moment nie mogłem oddychać.
Na ekranie – moja żona. W białej, markowej sukience, z kieliszkiem szampana w ręce, uśmiechnięta od ucha do ucha. Podpis: Kobieta spełniona. Wdzięczność za każdy dzień.
Obok kolejne zdjęcie: zakupy w ekskluzywnym butiku, selfie z modnej kawiarni, sushi na marmurowym stole. Wszystko wyglądało jak życie influenserki. Problem w tym, że to ja płaciłem za tę bajkę.
– Stary... ty widziałeś to? – Tomasz pokazał mi kolejne zdjęcie, scrollując ekran. – Ty ją utrzymujesz, a ona się bawi w jakąś instagramową boginię? Przecież to jest jawna kpina.
Milczałem. Bo co miałem powiedzieć? Że czuję się jak bankomat? Że ona nie tylko nie pracuje, ale jeszcze żyje lepiej ode mnie? To tak wygląda nowoczesna kura domowa?
– Weź się w garść, Wojtek – ciągnął Tomasz. – Ona się tobą wysługuje. I nawet się z tym nie kryje. Pytanie tylko, ile jeszcze dasz się rolować.
Wieczorem długo siedziałem przy komputerze. Próbowałem coś czytać, pracować, zająć głowę. Ale w środku miałem jeden, uporczywy głos: Czy ja jestem frajerem?
I nie umiałem sobie odpowiedzieć.
Pokłóciliśmy się
– Albo coś się zmienia, albo ja się wyprowadzam – powiedziałem to bez emocji, bez krzyku. Po prostu... spokojnie. Może zbyt spokojnie.
Karolina spojrzała na mnie znad telefonu, jakby właśnie przerwałem jej coś znacznie ważniejszego niż nasza rozmowa.
– Serio? Teraz mi dajesz ultimatum? – uniosła brwi. – Bo nie spełniam twoich oczekiwań?
– Nie, Karolina. Bo nie spełniamy już żadnych wspólnych – odpowiedziałem, czując, jak gardło mi się zaciska. – Ty żyjesz swoim życiem. A ja? Jestem tylko tłem. Twoim sponsorem, kucharzem, sprzątaczem i... nie wiem nawet kim.
– To ty chcesz odejść. Ja się nie zmieniłam – rzuciła z lodowatym spokojem.
– Właśnie. Nie zmieniłaś się po ślubie. Ty zmieniłaś się *w ślubie*. I nawet nie próbujesz tego ukryć.
Wybuchła.
– Mam już dość tych twoich pretensji! Ty ciągle tylko liczysz – ile wydałam, co kupiłam, co zrobiłam. Jakbym miała prowadzić firmę z budżetem domowym! Może po prostu zazdrościsz mi, że umiem się sobą zająć?
– Nie zazdroszczę. Ja ci współczuję – powiedziałem twardo. – Bo jak się to wszystko zawali, to nawet nie będziesz miała świadomości, kiedy to się zaczęło.
Zostawiłem ją w kuchni. Wyszedłem z domu, trzaskając drzwiami. Nawet nie spojrzała. Szedłem bez celu. W kieszeni miałem tylko klucze i telefon. Czułem się pusty. Jakby coś się właśnie skończyło. I nie wiedziałem: to był koniec nas?
Wojtek, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Synowa nie wie, co robię z dziećmi, gdy tylko zamknie drzwi. Skoro mam pilnować wnuki, to na moich zasadach”
- „Rodzinne ferie na wsi miały być za darmo. Byłam w szoku, gdy dostałam od kuzynki rachunek na 3 tysiące”
- „Mąż zniknął z kochanką, a teściowa od razu załatwiła mi prawnika. Pomogła mi przejść przez rozwód z klasą”

