„Po ślubie mąż rzucił pracę i zaczął gnić na kanapie. Zrozumiałam wtedy, że każdy książę z bajki ma pod skórą nieroba”
„To nie był tylko bałagan. To był manifest lekceważenia. Wchodząc do przedpokoju, potykałam się o jego buty rzucone na środku korytarza. W zlewie piętrzyła się wieża z brudnych naczyń – ślady po jego śniadaniu, drugim śniadaniu i obiedzie”.

To miał być scenariusz na idealne życie. Miałam trzydzieści lat, świetną pracę w korporacji i jego – Tomka, mężczyznę, który wydawał się być brakującym elementem mojej układanki. Czarujący, pełen pasji, z głową w chmurach, ale w ten pociągający, artystyczny sposób. Wszyscy mi zazdrościli.
Płaciłam za niego
Przez pierwsze półtora roku żyliśmy jak w transie. On był artystą. Ja pracowałam, awansowałam i z radością płaciłam za kolacje, wakacje i czynsz, wierząc, że inwestuję w naszą wspólną przyszłość.
–Kochanie, to tylko przejściowe – mówił, gdy pożyczałam mu na nowy tablet. – Jak tylko ruszy projekt, kupię ci dom z ogrodem.
Jego pewność siebie była tak magnetyczna, że ignorowałam sygnały ostrzegawcze. Ignorowałam to, że rzadko sprzątał po sobie talerz. Że jego praca polegała głównie na piciu kawy i scrollowaniu internetu. Że kiedy wracałam padnięta po dziesięciu godzinach w biurze, on witał mnie pytaniem: „Co na obiad?”. Ślub wydawał się naturalnym krokiem. To miała być pieczęć na naszej miłości. Nie wiedziałam wtedy, że podpisuję cyrograf na bycie służącą we własnym domu.
Dwa miesiące po ślubie Tomek oficjalnie porzucił pracę na pół etatu w agencji reklamowej. Stwierdził, że jego szef to kretyn bez krzty gustu, który podcina mu skrzydła.
– Muszę się skupić na własnej marce – powiedział, leżąc na naszej nowej, welurowej kanapie, którą kupiłam za premię kwartalną. – Potrzebuję przestrzeni mentalnej. Nie mogę tworzyć, gdy ktoś każe mi robić banery do zupek chińskich.
Nic nie robił
Mijały tygodnie. Mój budzik dzwonił o 6:30. Wstawałam, brałam szybki prysznic, robiłam makijaż, prasowałam koszulę. Tomek spał. Zazwyczaj do dziesiątej, czasem do południa. Kiedy wracałam o 17:30, zastawałam w domu krajobraz po bitwie.
To nie był tylko bałagan. To był manifest lekceważenia. Wchodząc do przedpokoju, potykałam się o jego buty rzucone na środku korytarza. W zlewie piętrzyła się wieża z brudnych naczyń – ślady po jego śniadaniu, drugim śniadaniu i obiedzie, który zazwyczaj ja przygotowywałam dzień wcześniej i zostawiałam w pudełkach. W salonie panował zaduch, mieszanka zapachu gier wideo, chipsów i zamkniętych okien. A na środku tego wszystkiego siedział on. Z padem w ręku albo z telefonem.
– Cześć – rzucałam, czując, jak w żołądku zaciska mi się supeł stresu, który nie miał nic wspólnego z pracą.
– Cześć – odmrukiwał, nie odrywając wzroku od ekranu. – Nie uwierzysz, jaki miałem ciężki dzień.
Zastygałam z torebką w ręku.
– Ciężki dzień? – pytałam, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie.
– Tak. Klient odwołał spotkanie, strona mi się wieszała, a w ogóle to nie mogłem znaleźć weny. Wiesz, jak to wykańcza psychicznie? Artysta bez weny to jak ptak bez skrzydeł. A, i skończyła się kawa. Mogłaś kupić, jak wracałaś.
Wykorzystywał mnie
To był ten moment, w którym jego lenistwo zaczęło mieszać się z pretensjami. Bo Tomek nie był po prostu leniwy. On był wymagająco leniwy. Nie robił nic, ale oczekiwał standardów pięciogwiazdkowego hotelu.
Zaczęło się narzekanie. „Dlaczego ręczniki nie są miękkie? Użyłaś złego płynu?”. „Znowu makaron z kurczakiem? Ile można jeść to samo? Moja matka robiła w czwartki pieczeń”. „Jesteś jakaś nerwowa ostatnio. Powinnaś nad sobą popracować, to psuje aurę w domu”. Oliwy do ognia dolewała jego matka. Wizyty u teściów stały się dla mnie drogą przez mękę. Teściowa była typem kobiety, która uważała, że mężczyzna w domu jest gościem honorowym, a kobieta personelem obsługującym.
– Tomuś wygląda na przemęczonego – powiedziała pewnej niedzieli, nakładając mu trzecią porcję sernika.
Patrzyłam na to z niedowierzaniem. Mój mąż, który przez ostatni tydzień „pracował” nad logo dla znajomego, co zajęło mu łącznie dwie godziny, wyglądał na wypoczętego jak pączek w maśle.
– Dużo pracuje nad nowym projektem – skłamałam, chroniąc jego ego. Wciąż jeszcze go chroniłam.
Miał pretensje
– A ty? – zwróciła się do mnie z lodowatym uśmiechem. – Wciąż w tej korporacji? Kobieta powinna dbać o ognisko domowe, a nie gonić za karierą. Może gdybyś więcej czasu poświęcała domowi, Tomuś nie byłby taki zestresowany. On potrzebuje muzy, a nie dyrektorki.
Tomek nawet nie zaprotestował. Przeżuwał sernik i kiwał głową, jakby matka właśnie objawiła prawdę o wszechświecie.
– Właśnie, Monia. Ostatnio ciągle przynosisz ten korpo-stres do domu. To zabija moją kreatywność – dodał, ocierając usta serwetką, którą podała mu matka.
Paradoks polegał na tym, że uciekałam do pracy. Miejsce, które kiedyś uważałam za stresujące, stało się moją oazą. Tam były jasne zasady. Robiłam projekt – dostawałam pochwałę. Był problem – rozwiązywaliśmy go. Nikt nie mówił mi, że źle oddycham albo że kupiłam złą markę papieru toaletowego.
Zaczęłam spędzać więcej czasu z Adamem, kolegą z działu analiz. Adam był normalny. Do bólu normalny. Miał żonę, dwójkę dzieci, kredyt we frankach i psa. Kiedyś przy kawie w firmowej kuchni zapytał:
– Wszystko okej, Monia? Wyglądasz, jakbyś nie spała od tygodnia.
– Jest… intensywnie – westchnęłam.
Zrozumiałam swój błąd
– Jeśli potrzebujesz pomocy z tym raportem dla zarządu, daj znać. Nie musisz wszystkiego brać na siebie.
To proste zdanie sprawiło, że prawie się popłakałam przy ekspresie do kawy. W domu słyszałam tylko: „Zrób to”, „Podaj tamto”, „Załatw to”. Adam, obcy facet z pracy, zaoferował mi więcej wsparcia w minutę, niż mój własny mąż przez ostatnie pół roku.
Nie, nie miałam z nim romansu. Ale ta emocjonalna bliskość uświadomiła mi, jak bardzo jestem samotna w swoim małżeństwie. Zrozumiałam, że Tomek nie jest moim partnerem. Jest moim największym, najbardziej wymagającym i najdroższym w utrzymaniu dzieckiem.
Punkt zwrotny nadszedł w nasze drugie rocznicę ślubu. Miałam nadzieję, że ten dzień będzie inny. Że może Tomek się obudzi. Że przypomni sobie, kim byliśmy. Wzięłam wolne w pracy. Poszłam do fryzjera, kupiłam składniki na jego ulubione risotto z truflami i krewetkami. Wróciłam do domu o 15, obładowana siatkami, podekscytowana.
Miarka się przebrała
W mieszkaniu było ciemno. Rolety zasłonięte. Smród, dosłownie smród starego jedzenia i potu. W salonie Tomek siedział w bokserkach przed telewizorem, obok niego na stoliku kawowym puszki po piwie i otwarte pudełko po pizzy. Na podłodze walały się jego brudne skarpetki.
– O, już jesteś? – rzucił, nie odwracając głowy. – Słuchaj, nie wchodź mi w kadr, gramy ważny mecz w sieci.
Stałam tam z siatkami, w nowej sukience, z idealnie ułożonymi włosami, i patrzyłam na ten obraz nędzy i rozpaczy.
– Tomek… – zaczęłam drżącym głosem. – Wiesz, jaki dziś dzień?
Zastopował grę z wielkim westchnieniem, jakbym kazała mu przekopać rów.
– Wtorek? Monia, błagam, nie zaczynaj znowu tych swoich gier w „zgadnij, o co jestem obrażona”. Jestem zmęczony. Miałem…
– …ciężki dzień – dokończyłam za niego. – Wiem. A co dokładnie robiłeś?
– Myślałem nad koncepcją. To proces, którego nie zrozumiesz swoim tabelkowym umysłem. A potem chłopaki napisali, że brakuje im jednego do teamu, więc się zrelaksowałem. Mam prawo do relaksu, prawda? Ciągle tylko „zrób to, zrób tamto”. Czuję się w tym małżeństwie jak w więzieniu!
Zamarłam. On czuł się jak w więzieniu? On?! Człowiek, który nie zapłacił rachunku od roku? Który nie wiedział, gdzie trzymamy odkurzacz?
– Dziś jest nasza druga rocznica ślubu – powiedziałam cicho.
Nie mogłam uwierzyć
Cisza. Przez chwilę widziałam w jego oczach panikę, ale trwała ona ułamek sekundy. Zaraz potem pojawiła się jego ulubiona broń: atak.
– No i? – prychnął. – To tylko data. Ty naprawdę jesteś tak powierzchowna? Myślałem, że nasza miłość jest ponad to. Poza tym, skoro wiedziałaś, mogłaś przypomnieć. To twoja wina, że teraz czuję się głupio. Specjalnie to zrobiłaś, żeby mnie upokorzyć, tak?
Patrzyłam na niego i nie widziałam już przystojnego artysty. Widziałam zapuszczonego faceta z piwnym brzuchem, który manipuluje mną, żebym czuła się winna za jego lenistwo. Widziałam pasożyta. Odłożyłam siatki z zakupami na podłogę.
– Masz rację – powiedziałam. Mój głos był tak spokojny, że aż nienaturalny. – Nasza miłość powinna być ponad to.
– No widzisz – rozpromienił się, myśląc, że znowu wygrał, że znowu mnie urobił. Sięgnął po pada. – To zrób coś do jedzenia, bo ta pizza była słaba. Tylko nie risotto.
– Nie, Tomek. Nie rozumiesz. Masz rację, że to więzienie. Tylko pomyliłeś strażnika z więźniem.
Wyrzuciłam go
Podeszłam do telewizora i wyciągnęłam wtyczkę z kontaktu. Ekran zgasł.
– Ej! Co ty odwalasz?! – wrzasnął, zrywając się z kanapy. Czerwony na twarzy, żyła na skroni mu pulsowała.
– Pakuj się – powiedziałam.
– Co?
– Pakuj się. Chcę, żebyś się wyniósł. Teraz.
Zaśmiał się nerwowo.
– O czym ty gadasz? Dokąd mam iść? To moje mieszkanie!
– Nie, kochanie. To moje mieszkanie. Kupiłam je przed ślubem, na kredyt, który ja spłacam. Ty jesteś tu tylko zameldowany, ale to się da zmienić. Masz godzinę.
Wybuchła awantura. Były groźby, błagania, płacz, potem wyzwiska. Dowiedziałam się, że jestem karierowiczką bez serca, że zniszczyłam w nim artystę, że zmarnowałam mu najlepsze lata życia. Dzwonił do matki, krzycząc do słuchawki, że wyrzucam go na bruk.
Patrzyłam na to wszystko jak na spektakl w teatrze. Siedziałam w fotelu i czułam ulgę. Niesamowitą, lekką jak piórko ulgę. Nie spakował się w godzinę. Zajęło mu to trzy, bo nie mógł znaleźć swoich markowych bluz, które leżały brudne w łazience. W końcu wyszedł, ciągnąc za sobą walizkę i wykrzykując, że jeszcze pożałuję, bo on stanie się sławny, a ja zostanę starą, zgorzkniałą babą z kotami.
Zostałam sama
Minęły trzy miesiące. Mieszkanie jest ciche. I czyste. Pachnie świeżymi kwiatami i kawą, którą parzę sobie rano bez pośpiechu. Nikt nie narzeka, że zupa jest za słona. Nikt nie robi mi wyrzutów, że śmiałam wrócić później z pracy. Nikt nie kradnie mojej energii życiowej, udając wielkiego artystę przed telewizorem.
Tomek wrócił do matki. Podobno wciąż pracuje nad projektem, a matka obsługuje go teraz na pełny etat, utwierdzając w przekonaniu, że świat jest zły i go nie rozumie. Próbował dzwonić kilka razy, kiedy skończyły mu się pieniądze, ale mój numer jest dla niego zablokowany. Prawnik zajmuje się resztą.
Dziś, kiedy wracam do domu, wita mnie cisza. To najpiękniejszy dźwięk na świecie. Może nie mam już męża artysty, ale odzyskałam coś znacznie cenniejszego. Odzyskałam siebie. A risotto z krewetkami smakuje o niebo lepiej, gdy nie musisz słuchać, że jest niedoprawione, jedząc je w towarzystwie kogoś, kto potrafi tylko brać, nie dając nic w zamian. Pasożyty się nie zmieniają. One tylko szukają nowego żywiciela.
Monika, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam męża przyjaciółki za gbura i gamonia. Okazało się jednak, że miał inne atuty”
- „Na ferie w Tatry pojechałam razem z mężem, ale wróciłam sama. Tamtego dnia na stoku widziałam go ostatni raz”
- „Czułam, że nie stać nas na te ferie, ale rodzice byli beztroscy jak dzieci. Swoją chwilę słabości przypłacą długami”

