„Po ślubie mąż chce zrobić ze mnie praczkę i kucharkę. Nie będę przez całe życie podstawiać mu pod nos obiadki”
„Zamiast sielanki dostałam złotą klatkę, a człowiek, którego uważałam za swoją bratnią duszę, powoli, dzień po dniu, zaczął wymazywać moją tożsamość, zastępując ją wizją idealnej, posłusznej żony. To nie stało się z dnia na dzień, to był powolny proces, z którego zorientowałam się niemal za późno”.

- Redakcja
Myślałam, że wygrałam los na loterii, znajdując mężczyznę, który nie tylko mnie kocha, ale i rozumie. Przez trzy lata byliśmy partnerami, zespołem, który wspólnie wiosłował przez życie. Jednak moment, w którym powiedziałam tak, stał się początkiem końca mojej wolności. Zamiast sielanki dostałam złotą klatkę, a człowiek, którego uważałam za swoją bratnią duszę, powoli, dzień po dniu, zaczął wymazywać moją tożsamość, zastępując ją wizją idealnej, posłusznej żony. To nie stało się z dnia na dzień, to był powolny proces, z którego zorientowałam się niemal za późno.
Czułam się przy nim doceniana
Kiedy poznałam Michała, byłam pewna, że to ten jedyny. Spotkaliśmy się w bibliotece uniwersyteckiej, co samo w sobie brzmi jak początek taniego romansu, ale dla mnie, studentki architektury, to było idealne miejsce. On studiował zarządzanie, ale miał duszę artysty. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Przez trzy lata naszego związku nie mogłam powiedzieć złego słowa na jego temat. Był nowoczesny, otwarty, wspierający. Pamiętam, jak podczas sesji egzaminacyjnej, kiedy tonęłam w projektach i makietach, przychodził do mnie z termosami pełnymi kawy i domowymi kanapkami. Nie tylko nie narzekał, że nie mam dla niego czasu, ale wręcz motywował mnie, bym walczyła o najwyższe oceny.
Wspólnie planowaliśmy przyszłość. Rozmawialiśmy o tym, jak podzielimy się obowiązkami, gdy już zamieszkamy razem. Michał zawsze podkreślał, że imponuje mu moja ambicja. Mówił, że uwielbia patrzeć, jak moje oczy błyszczą, gdy opowiadam o rewitalizacji starych kamienic czy nowoczesnych rozwiązaniach urbanistycznych. Czułam się przy nim doceniana nie tylko jako kobieta, ale jako człowiek z pasją i celami. Kiedy się oświadczył, płakałam ze szczęścia. Pierścionek był delikatny, skromny, dokładnie taki, jakiego chciałam. Nie wiedziałam wtedy, że na ten krążek metalu będę kiedyś patrzeć ze smutkiem.
Ślub był idealny. Kameralny, w ogrodzie moich rodziców, bez zbędnej pompy. Czułam, że wchodzę w nowy, lepszy etap życia. Pierwsze miesiące po ślubie wydawały się przedłużeniem naszej narzeczeńskiej sielanki.
– Jestem najszczęśliwszym człowiek na ziemi – mówił.
– Nieprawda, bo to ja nim jestem, że cię mam – odpowiadałam.
Wprowadziliśmy się do mieszkania, które kupiliśmy wspólnie, choć wkład Michała był znacznie większy, co wynikało z jego rodzinnych oszczędności. Wtedy nie przywiązywałam do tego wagi, traktowaliśmy pieniądze jako nasze wspólne dobro. Urządzanie gniazdka było fascynujące. Michał pozwalał mi decydować o kolorach ścian, meblach, układzie kuchni. Wydawało się, że wciąż jesteśmy tym samym zgranym zespołem.
Pierwsza lampka ostrzegawcza
Zmiana nie nastąpiła gwałtownie. To były drobiazgi, małe sugestie, które początkowo brałam za przejaw troski. Zaczęło się od gotowania. Wcześniej dzieliliśmy się tym obowiązkiem pół na pół. Jeśli ja wracałam później z biura projektowego, Michał czekał z kolacją. Jeśli on miał nadgodziny, ja przejmowałam stery. Jednak kilka tygodni po powrocie z podróży poślubnej, wróciłam do domu skonana po całym dniu na budowie, a w kuchni zastałam puste garnki i Michała siedzącego przed telewizorem.
– Nie ma nic do jedzenia?
– Miałem zrobić spaghetti, ale pomyślałem, że nikt nie zrobi tak dobrego jak ty.
Uśmiechnęłam się, połechtana komplementem, i mimo zmęczenia stanęłam przy kuchence. To był błąd. Od tamtego wieczoru sytuacja zaczęła się powtarzać coraz częściej. Michał przestał gotować. Kiedy delikatnie zwracałam mu uwagę, że oboje pracujemy i jestem zmęczona, on z tym swoim rozbrajającym uśmiechem mówił, że domowy posiłek przygotowany rękami żony smakuje zupełnie inaczej, że to tworzy ciepło domowego ogniska.
Zaczęłam czuć dziwny dyskomfort, ale tłumiłam go. Przecież to tylko gotowanie, myślałam. Może faktycznie on tego potrzebuje, może tak okazuje mi, że jestem dla niego ważna w tej nowej roli. Ale potem doszło sprzątanie. Wcześniej w soboty włączaliśmy głośną muzykę i sprzątaliśmy razem. Teraz Michał w sobotnie poranki zaczął znajdować sobie inne zajęcia.
– Nie dam rady ci pomóc, muszę pojechać do serwisu z samochodem – rzucał.
I tak było coraz częściej. A to miał ważne spotkanie z kolegą, a to po prostu był zbyt zmęczony po całym tygodniu. Zostawałam sama z odkurzaczem, mopem i stertą prania. Kiedy pewnego dnia poprosiłam go o wstawienie prania, spojrzał na mnie i powiedział coś, co mnie zmroziło.
– Nie do końca wiem, jak segregować kolory i na pewno coś zniszczę. - powiedział. Po czym dodał: – A poza tym, takie rzeczy leżą w naturze kobiety, bo macie lepszy zmysł organizacyjny.
Zaśmiał się przy tym, jakby opowiedział świetny żart, ale w jego oczach nie widziałam kpiny, lecz szczere przekonanie. Wtedy zapaliła mi się pierwsza lampka ostrzegawcza, którą jednak szybko zgasiłam, tłumacząc sobie, że to tylko męskie lenistwo, a nie zmiana światopoglądu.
On chciał, żebym była jego tłem
Sytuacja zaczęła się zagęszczać, gdy częściej zaczęliśmy odwiedzać rodziców Michała. Jego matka, pani Teresa, była kobietą niezwykle elegancką, ale też bardzo tradycyjną. Całe życie poświęciła prowadzeniu domu i wychowywaniu synów, podczas gdy jej mąż zarabiał na utrzymanie rodziny. Zawsze podziwiałam jej zorganizowanie, ale nigdy nie chciałam żyć tak jak ona. Tymczasem Michał zaczął stawiać ją za wzór.
Podczas niedzielnych obiadów, które stały się obowiązkowym punktem programu, Teresa często rzucała uwagi dotyczące mojego wyglądu czy pracy. Pytała, czy nie jestem zmęczona ciągłymi wyjazdami na budowy, czy nie wolałabym pracy biurowej, spokojniejszej. Początkowo Michał milczał, ale z czasem zaczął jej wtórować.
Pamiętam jedną konkretną niedzielę. Opowiadałam z pasją o nowym projekcie osiedla ekologicznego, nad którym pracowała moja firma. Miałam szansę zostać głównym architektem tego przedsięwzięcia. Byłam podekscytowana, bo to była szansa na ogromny rozwój i prestiż. Teresa słuchała mnie z uprzejmym, ale chłodnym uśmiechem, aż w końcu przerwała mi, podając półmisek z roladą.
– A to jak zamierzasz pogodzić tak absorbującą pracę z planowaniem rodziny? – zapytała.
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, że dzieci to melodia przyszłości, odezwał się Michał.
– Też się nad tym zastanawiam. Ostatnio widzę, jak bardzo jest zestresowana i chyba bierze na siebie za dużo.
Poczułam się zdradzona. Zamiast mnie wspierać przed matką, on stanął po jej stronie. Próbowałam obrócić to w żart, mówiąc, że jestem mistrzynią logistyki, ale atmosfera przy stole zgęstniała. W drodze powrotnej w samochodzie panowała cisza. Kiedy w końcu zapytałam Michała, o co mu chodziło, odpowiedział spokojnie, że jego mama ma rację.
– Małżeństwo to nie wyścigi szczurów i serio uważam, że powinnaś zwolnić.
Użył wtedy słów, które dźwięczą mi w uszach do dziś:
– Jako moja żona nie musisz nikomu nic udowadniać, bo twoją największą wartością jest to, co tworzymy razem w domu, a nie to, co budujesz dla obcych ludzi.
To brzmiało romantycznie, ale podszewka tych słów była przerażająca. On nie chciał, żebym odnosiła sukcesy. On chciał, żebym była jego tłem.
Próbował wzbudzić we mnie poczucie winy
Prawdziwy kryzys nadszedł dwa miesiące później. Dostałam ten awans. Zostałam głównym architektem projektu. To wiązało się z podwyżką, ale też z większą odpowiedzialnością i częstszymi wyjazdami. Wróciłam do domu gotowa do świętowania. Michał siedział w salonie, przeglądając jakieś dokumenty. Kiedy z radością wykrzyczałam mu nowinę, nie podniósł nawet wzroku znad kartek. Zapytał tylko chłodno, co to oznacza dla nas. Zamiast gratulacji, usłyszałam litanię wątpliwości.
– Świetnie, teraz to już na pewno nie będziesz miała czasu na gotowanie, dom pewnie zarośnie kurzem, że ja będę wracał do pustego mieszkania.
Stałam na środku salonu i czułam, jak uchodzi ze mnie powietrze. Próbowałam mu tłumaczyć, że to dla mnie ważne, że na to pracowałam latami. Wtedy Michał wstał, podszedł do mnie i położył mi ręce na ramionach. Jego dotyk był ciężki, dominujący. Spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział:
– Nie musisz pracować. Ja zarabiam wystarczająco dużo, by utrzymać nas oboje na wysokim poziomie.
Zasugerował, że powinnam zrezygnować z pracy, albo przynajmniej przejść na pół etatu, zająć się czymś mniej wymagającym, może dekorowaniem wnętrz hobbystycznie. Słowo hobbystycznie zadziałało na mnie jak płachta na byka. Moja kariera, moje lata nauki, moje noce zarwane nad projektami – dla niego to było hobby, które mogę sobie uprawiać w wolnym czasie, o ile obiad będzie na stole. Wyrwałam się z jego objęć. Wywiązała się kłótnia. Pierwszy raz usłyszałam od niego wprost, że jego zdaniem rola żony polega na dbaniu o dom i rodzinę, a nie na ganianiu po budowach w kasku. Powiedział, że czuje się zaniedbywany, bo moje myśli krążą wokół pracy, a nie wokół niego.
To była manipulacja. Próbował wzbudzić we mnie poczucie winy, sugerując, że jestem złą żoną, bo mam ambicje. Tej nocy spałam w gościnnym pokoju, a rano Michał zachowywał się, jakby nic się nie stało. Zrobił mi kawę, pocałował w czoło i powiedział, że na pewno przemyślę jego słowa i podejmę właściwą decyzję. Decyzję, która według niego była oczywista.
Zaczynałam tracić grunt pod nogami
Mimo napiętej atmosfery, przyjęłam awans. To jednak zmieniło dynamikę w naszym domu na gorsze. Michał przestał pytać o mój dzień. Kiedy opowiadałam o sukcesach, on zmieniał temat lub ostentacyjnie ziewał. Ale najgorsze zaczęło dziać się w sferze finansów. Do tej pory mieliśmy oddzielne konta i jedno wspólne na opłaty. Michał zaczął naciskać, byśmy połączyli wszystkie finanse.
– Jako małżeństwo powinniśmy mieć pełną transparentność.
– Dobra, niech ci będzie – zgodziłam się dla świętego spokoju, myśląc, że to naprawi nasze relacje. To był kolejny błąd.
Szybko okazało się, że transparentność działa tylko w jedną stronę. Michał zaczął kontrolować moje wydatki. Kiedy kupiłam sobie nową sukienkę do pracy, zrobił mi wykład o oszczędzaniu, mimo że sukienka kosztowała ułamek mojej miesięcznej pensji. Kiedy chciałam kupić nowy program graficzny, stwierdził, że to zbędny wydatek, skoro i tak powinnam myśleć o ograniczeniu pracy zawodowej. Zaczął też robić uwagi na temat tego, że moje zarobki, choć wysokie, są niczym w porównaniu do jego premii, więc tak naprawdę to on utrzymuje ten dom. To było kłamstwo, bo dokładałam się do budżetu po równo, ale on tak manipulował cyframi i faktami, że zaczynałam tracić grunt pod nogami.
Najbardziej zabolało mnie, gdy moja przyjaciółka, Ania, miała urodziny. Chciałam zafundować nam weekend w spa. Michał zrobił awanturę. Powiedział, że nie powinnam wyjeżdżać bez niego, że to nieeleganckie, by mężatka szwendała się po hotelach z niezamężną koleżanką, która może mieć na mnie zły wpływ. Ania była singielką, przebojową kobietą sukcesu, dokładnie taką, jaką ja byłam, zanim wyszłam za mąż. Michał widział w niej zagrożenie. Bał się, że Ania przypomni mi, kim byłam. I miał rację.
Gdzie w tym wszystkim jesteś ty?
Mimo sprzeciwu Michała, pojechałam na ten weekend. Michał nie odezwał się do mnie słowem, siedział obrażony w fotelu. Ale gdy tylko wsiadłam do pociągu i zobaczyłam uśmiechniętą twarz Ani, poczułam ulgę, jakiej nie doznałam od miesięcy. Wieczorem, siedząc w szlafrokach z maseczkami na twarzy, opowiedziałam Ani o wszystkim. O gotowaniu, o teściowej, o presji, o kontroli wydatków. Mówiłam i płakałam. Ania słuchała w milczeniu, a gdy skończyłam, zadała mi jedno proste pytanie:
– Marta, a gdzie w tym wszystkim jesteś ty? Gdzie jest ta dziewczyna, która chciała projektować miasta przyszłości?
To pytanie uderzyło we mnie. Uświadomiłam sobie, że od ślubu systematycznie zmniejszam się, kurczę, by zmieścić się w foremce, którą przygotował dla mnie Michał. Że rezygnuję z kawałków siebie, byle tylko on był zadowolony, byle tylko w domu był spokój. Ale ten spokój był pozorny. To była cisza przed burzą, która i tak miała nadejść. Zrozumiałam, że Michał nie kocha mnie takiej, jaka jestem. On kochał wyobrażenie o mnie, które stworzył w swojej głowie. Kochał potencjał na idealną żonę, który we mnie widział, i teraz próbował ten potencjał wydobyć, niszcząc przy tym prawdziwą Martę.
Jego "nowoczesność" przed ślubem była tylko wabikiem, grą pozorów, by mnie zdobyć. Teraz, gdy miał już obrączkę na moim palcu i kredyt na wspólne mieszkanie, poczuł się pewnie i zrzucił maskę. Wróciłam do domu z tego wyjazdu inna. Silniejsza. Poszłam do sypialni i zaczęłam pakować walizkę. Michał wszedł za mną, zdezorientowany. Początkowo myślał, że to jakiś żart, kolejna kobieca fanaberia. Powiedziałam mu spokojnie, że odchodzę, że muszę przemyśleć nasze małżeństwo.
– Wiesz co, jesteś niewdzięczna, zmarnowałem na ciebie najlepsze lata, żadna inna kobieta nie miałaby tak dobrze jak ty.
Te słowa bolały, ale jednocześnie potwierdzały, że podjęłam dobrą decyzję. Patrzyłam na tego mężczyznę, którego jeszcze rok temu uwielbiałam, i widziałam obcego człowieka. Widziałam kogoś, kto chce mnie posiadać, a nie kochać. Kogoś, kto boi się mojej siły, więc próbuje mnie osłabić.
I to jest dla mnie najważniejsze
Wyszłam z domu tego wieczoru tylko z jedną walizką. Zamieszkałam u Ani. Pierwsze tygodnie były koszmarem. Michał dzwonił, pisał, przyjeżdżał pod biuro. Raz błagał, przepraszał, obiecywał poprawę, innym razem oskarżał mnie o zniszczenie rodziny i egoizm. Interweniowała też teściowa, dzwoniąc do mojej matki i opowiadając niestworzone historie o tym, jak to zaniedbywałam dom i męża.
Było ciężko. Czułam ogromny wstyd, że moje małżeństwo rozpadło się tak szybko. Czułam się winna, zastanawiałam się, czy może faktycznie powinnam była bardziej się starać, czy może to ze mną jest coś nie tak. Społeczeństwo wciąż często patrzy na kobietę, która wybiera karierę zamiast rodziny, jak na dziwadło. Ale za każdym razem, gdy nachodziły mnie wątpliwości, przypominałam sobie ten duszny klimat naszego mieszkania, te ciągłe uwagi.
Złożyłam pozew o rozwód. W sądzie, patrząc na niego z drugiej strony sali, nie czułam już miłości, ani nawet nienawiści. Czułam litość. Litość dla człowieka, który był tak niepewny swojej męskości, że musiał zamknąć kobietę w kuchni, by poczuć się ważnym. Dziś, dwa lata później, jestem wolna. Nadal pracuję jako architekt, moje osiedle ekologiczne wygrało prestiżową nagrodę. Kupiłam własne mieszkanie – małe, ale urządzone w stu procentach po mojemu. Nikt nie mówi mi, kiedy mam sprzątać, a kiedy mogę odpoczywać. Czasem jem pizzę z pudełka na podłodze, czasem gotuję wykwintną kolację dla przyjaciół.
Spotykam się z kimś nowym. Na pierwszej randce powiedziałam mu wprost: kocham swoją pracę i nie zamierzam z niej rezygnować dla nikogo. Uśmiechnął się i odpowiedział, że uwielbia kobiety z pasją. Nie wiem, czy to ten jedyny, czy historia się nie powtórzy. Ale wiem jedno – nigdy więcej nie pozwolę, by ktoś definiował moją wartość na podstawie tego, jak dobrze wyprasowałam koszulę. Obrączka nie może być kajdanami. Jeśli zaczyna ciążyć, trzeba ją zdjąć. Nauczyłam się, że miłość to partnerstwo, a nie poddaństwo. I że nie można rezygnować z samej siebie. Może nie jestem idealną żoną w oczach mojej byłej teściowej, ale wreszcie jestem szczęśliwą kobietą w moich własnych. I to jest dla mnie najważniejsze.
Marta, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyły mi się zaręczyny w walentynki. Zamiast płakać z radości, połykałam gorzkie łzy żalu”
- „W Alpach odkryłam, że mąż mnie zdradza, a on próbował mydlić mi oczy. Za swoją grę na 2 fronty powinien dostać Oscara”
- „Mąż był wobec mnie zimny jak lód, więc pojechałam na ferie bez niego. Szybko się jednak ogrzał w ramionach kochanki”

