Reklama

Gdy podpisałam papiery rozwodowe, nie poczułam ulgi. Czułam się raczej rozdarta. I zmęczona. Może właśnie dlatego, w akcie desperacji, kupiłam ten zapomniany przez świat domek w Bieszczadach. Miałam dość betonu, korków, spojrzeń współpracowników i spojrzeń sąsiadów. Chciałam ciszy. Chciałam odnaleźć siebie.

– Od teraz będzie spokojnie – mówiłam sobie wtedy. – Cicho. Lepiej.

Zimą Bieszczady bywają piękne, ale są też bezlitosne. Śnieg przyszedł wcześniej, niż się spodziewałam, jakby celowo chciał mnie zaskoczyć. Rano budzi mnie skrzypienie mrozu pod butami, o ile w ogóle chce mi się wychodzić spod kołdry. Piec szwankuje, okna przepuszczają, a internet? Internetu nie ma. I tak jest może lepiej. Bo i tak nikt do mnie nie pisze.

Siedzę teraz przy kuchennym stole, z czapką na głowie i rękawiczkami, próbując nie zamarznąć. Mam na sobie trzy swetry. Mówię do siebie na głos, bo inaczej mogłabym zapomnieć brzmienia własnego głosu.

– Super pomysł, Karola. Brawo ty. Ucieknij w dzicz i licz, że odnajdziesz siebie między zaspami śniegu a zgniłą podłogą – parskam ironicznie, zakładając kolejną parę skarpet.

Mój pies, Bruno, został z Markiem. „Dzieci mają tu szkołę, zostają, pies też” – powiedział. Dla Marka Bruno to pies. Dla mnie – cała reszta. Czasem śni mi się, że Bruno podbiega do mnie w śniegu, liże ręce. Budzę się z mokrymi policzkami.

Zadzwoniłam wczoraj do Magdy. Zawsze była moją powierniczką, moją bratnią duszą. Ale teraz... coś się zmieniło.

– I jak tam dzicz? – zaśmiała się przez telefon. – Już ci się znudziła twoja „cisza terapeutyczna”?

– Nie… Po prostu… chciałam pogadać – powiedziałam cicho.

– Karola, przecież mówiłaś, że chcesz być sama. Że to ma być dla ciebie. Tylko nie wracaj za tydzień, bo nie zniosę kolejnego dramatu, dobra?

Rozłączyła się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Czy ta przeprowadzka to była dobra decyzja? Nie wiem. Czy jestem silna, czy po prostu zdesperowana? Czy to ucieczka, czy szansa? Nie wiem też, kim jestem teraz. Żoną – już nie. Matką – tylko na pół etatu. Kobietą? A co to znaczy po czterdziestce?

Poprosiłam sąsiada o pomoc

Tej nocy naprawdę miałam dość. Mróz szczypał w policzki, z ust leciała para, a ja wciąż stałam w piwnicy, próbując coś zdziałać z zaworem, o którym nie miałam pojęcia. Woda lała się po ścianie, śmierdziała rdzą i starymi rurami. W butach miałam mokro, a rękawiczki przesiąkły na wylot. Uklękłam, zziębnięta, i po prostu się poddałam. Nie wiedziałam nawet, czy chce mi się płakać, czy śmiać z tej całej sytuacji. Dom marzeń okazał się ruiną, a ja – idiotką z miasta, która sądziła, że poradzi sobie sama.

Wyszłam przed dom. Śnieg walił z nieba bez opamiętania. Otuliłam się szczelniej płaszczem, ale to nic nie dawało. Przeszłam przez zaspę do furtki i ruszyłam w stronę domu sąsiada, którego jeszcze nawet nie widziałam na oczy. Jedyne światło w tej białej, bezdennej ciemności biło z jego werandy. Dwa razy zawahałam się, zanim zapukałam. Co, jeśli nikt nie otworzy? Albo jeśli ześmieje mi się w twarz?

Drzwi otworzyły się po chwili. Stał tam mężczyzna, w grubym swetrze, ze zmarszczonym czołem i spojrzeniem, które ciężko było rozszyfrować. Obok niego pojawił się pies – duży, czarny, z posiwiałym pyskiem. Patrzyli na mnie obaj, w ciszy.

– Przepraszam, że tak późno... – zaczęłam, czując, jak głos drży mi ze zmęczenia. – Mam problem z wodą. Nie potrafię tego ogarnąć sama.

– Lepiej późno niż zamarznąć – odparł spokojnie. Głos miał niski, jakby chropowaty.

Zrobił krok w tył, wpuścił psa do środka i sięgnął po kurtkę.

– Panu nie przeszkadza ten śnieg? – zapytałam, idąc za nim przez zaspy. Zaskoczyło mnie, że nie narzeka, nie pyta, nie dopytuje.

– Nie od śniegu człowiek marznie – rzucił i na tym się skończyło.

Pomógł mi. Wszedł do mojej piwnicy, obejrzał rury, pokręcił głową, coś podokręcał. Nie komentował bałaganu, nie patrzył na mnie z góry. Nie zagadywał też, nie szukał pretekstu do rozmowy. Robił, co trzeba, jakby było to dla niego codziennością.

Patrzyłam, jak pracuje, i po raz pierwszy od wielu dni poczułam coś dziwnego – niepokój pomieszany z... ulgą? Nie znałam tego człowieka, a jednak w jego obecności przestałam się bać, że zaraz wszystko się rozpadnie.

Gdy wychodził, podziękowałam. Pokiwał tylko głową i nic nie odpowiedział. Pies znów spojrzał na mnie, jakby oceniał, czy warto tu wracać. Zamknęłam drzwi i długo jeszcze stałam w korytarzu, słuchając ciszy, której nie przerywało już kapanie wody. Myślałam o tym jednym zdaniu, które powiedział. O śniegu i o tym, co naprawdę wychładza człowieka.

Nie czułam się samotna

Zaczęło się kilka dni później. Rano, kiedy wyszłam po drewno, zobaczyłam przed drzwiami skrzynkę. W środku kilka ziemniaków, marchew, cebula, trochę pietruszki. Nic nie było podpisane, ale wiedziałam, od kogo to. Nie miałam pojęcia, co z tym zrobić – nie z warzywami, tylko z tą nagłą obecnością, która pojawiła się w moim życiu bez zaproszenia i bez słów.

Następnego dnia furtka, która dotąd trzeszczała przy każdym ruchu, była naprawiona. Kilka dni później drewno ułożone równo pod ścianą, na suchym. Nie pytał, czy może. Nie pukał. Po prostu robił.

Poczułam, że muszę coś z tym zrobić. Nie mogłam dłużej siedzieć i patrzeć na to wszystko z założonymi rękami. Niby pragnęłam samotności, ale z każdym kolejnym gestem jego obecność stawała się coraz trudniejsza do zignorowania.

Zaparzyłam herbatę, wyciągnęłam dwa kubki, choć zwykle piłam z jednego. Spojrzałam w lustro – rozczochrana, bez makijażu, w grubym swetrze. Nie było sensu niczego udawać. Poszłam do jego domu, znów w śniegu po kolana. Tym razem to ja zapukałam. Otworzył, ale nic nie mówił. Tylko czekał.

– Mam herbatę, z miodem – powiedziałam. – Może pan wpaść, jeśli chce.

Nie odpowiedział, tylko skinął głową i poszedł po kurtkę. Usiadł przy moim stole tak, jakby nie był gościem. Oparł łokcie o blat, spojrzał przez okno. Pies położył się pod piecem, westchnął głośno.

– Długo pan tu mieszka? – zapytałam, bo cisza zaczęła mnie palić.

– Odkąd miałem powód.

– A teraz?

– Powód został, ta cisza mi pasuje.

Nie wiedziałam, co na to powiedzieć, ale zaskakująco mnie to uspokoiło. Nagle jego milczenie nie wydawało się puste. Było jak wełniany koc – szorstkie, ale otulające. Siedzieliśmy tak, bez pośpiechu, bez obowiązku prowadzenia rozmowy. Kiedy wyszedł, usiadłam jeszcze przez chwilę przy tym samym stole. Patrzyłam w miejsce, gdzie przed chwilą stał kubek. W kuchni wciąż pachniało herbatą i dymem z jego kurtki.

– Chyba pierwszy raz nie czuję się samotna – powiedziałam do siebie cicho. I nie przestraszyłam się tego uczucia.

Coś we mnie drgnęło

Złość przyszła nagle, bez zapowiedzi. Nie była wielka ani widowiskowa, raczej lepka i męcząca. Dom znów dawał o sobie znać, śnieg nie przestawał sypać, a ja obudziłam się z poczuciem, że utknęłam w miejscu, którego sama do końca nie rozumiem. Krążyłam po kuchni, nerwowo poprawiałam drobiazgi, które nie miały żadnego znaczenia. Czułam się mała, zależna i wściekła na samą siebie.

Kiedy usłyszałam kroki na śniegu, serce ścisnęło mi się w dziwny sposób. Wyszedł zza rogu domu z naręczem drewna, jakby to było oczywiste, jakby tak miało być. Postawił je przy ścianie i już miał odchodzić, a we mnie coś puściło.

– Po co pan to wszystko robi? – wyrzuciłam z siebie ostrzej, niż chciałam. – Z litości?

Zatrzymał się. Przez chwilę patrzył w dół, na śnieg, który skrzypiał pod jego butami. Milczał tak długo, że poczułam wstyd, ale nie potrafiłam już cofnąć tych słów.

– Nie – powiedział w końcu cicho. – Bo wiem, jak to jest.

Nie spojrzał na mnie. W jego głosie nie było pretensji ani żalu, tylko coś ciężkiego. Chciał odejść. Widziałam to po ruchu ramion, po napięciu ciała. Zrobiłam krok w jego stronę, zanim zdążyłam się zastanowić.

– Nie wiem, co ja tu robię zimą – powiedziałam. Głos mi się złamał, ale nie cofnęłam się. – Wszystko mnie przerasta.

Stał nieruchomo. Cisza między nami była gęsta, prawie bolesna. W końcu odwrócił głowę w moją stronę.

– Może po to, żeby mnie spotkać – powiedział spokojnie.

Nie uśmiechnął się. Spuścił wzrok, jakby żałował tych słów w tej samej chwili, w której je wypowiedział. A ja poczułam, że coś we mnie drgnęło. Nie była to miłość ani nadzieja, raczej ciepło w miejscu, które od dawna było puste. Uśmiechnęłam się. Sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że po raz pierwszy od długiego czasu ktoś zobaczył mnie taką, jaka byłam, bez tłumaczeń i masek.

Stał się dla mnie ważny

Zaczęłam patrzeć na niego inaczej. Nie jak na sąsiada, nie jak na kogoś, kto po prostu przynosi drewno i znikąd pojawił się w moim życiu. Witek przestał być tłem, stał się kimś, kogo nie potrafiłam zignorować. W jego milczeniu było więcej prawdy niż w niejednej rozmowie, którą prowadziłam z ludźmi przez całe lata. Zastanawiałam się, co on przeżył, zanim nauczył się tak niewiele mówić. Może też się bał? Może też kiedyś uciekł, jak ja?

Któregoś dnia długo chodziłam po domu, krzątając się nerwowo. W końcu wyciągnęłam z szafki resztkę suszonych grzybów, które dostałam od starej kobiety na targu. Ugotowałam zupę. Zrobiłam placek drożdżowy, choć ręce mi się trzęsły. Nie miałam pojęcia, kiedy ostatni raz gotowałam dla kogoś innego niż ja sama.

Zaprosiłam go zwyczajnie, podchodząc do jego furtki i mówiąc, że został mi „nadmiar”. Nie pytał, nie robił uwag. Przyszedł z psem, który jak zwykle ułożył się pod piecem, jakby był u siebie. Siedzieliśmy przy stole, a rozmowa znów toczyła się powoli, nieśmiało. Ale trwała. I była już nie tylko o pogodzie.

– Zawsze był pan sam? – zapytałam cicho, czując, jak ta prosta fraza waży więcej, niż powinna.

Byłem ojcem. Kiedyś – odpowiedział.

Długo nie mówił nic więcej. Jadł zupę, patrzył w okno.

– Co się stało? – spytałam po chwili, choć nie wiedziałam, czy chcę znać odpowiedź.

– Zimą... straciłem wszystko – powiedział bez patosu. Nie podnosił głosu. Zdanie po prostu upadło na stół między nami i zostało tam, ciężkie jak kamień.

Nie pytałam dalej. Zamiast tego położyłam dłoń na jego. Nie cofnął jej. Nie spojrzał na mnie, ale nie zabrał ręki. Trwaliśmy tak w milczeniu. Czułam, jak czas zwalnia, jak coś w tej ciszy zaczyna się układać. Po jego wyjściu długo jeszcze siedziałam przy pustym stole. W powietrzu unosił się zapach grzybów i pieczonego ciasta. I coś jeszcze – rodzaj obecności, której się nie spodziewałam.

Serce waliło mi jak szalone

Zima się nie kończyła. Śnieg nie topniał, tylko przybywało go dzień po dniu, jakby świat zapomniał, że istnieją inne pory roku. A jednak coś się zmieniało. Nie w krajobrazie, ale we mnie. W tym, jak oddychałam, jak patrzyłam na własne odbicie w szybie, jak czekałam na kroki za oknem.

Witek nie pytał, nie komentował, po prostu coraz częściej zostawał dłużej. Siedział ze mną wieczorami, czasem w ciszy, czasem przy herbacie, czasem przy starych płytach, które w końcu odważyłam się włączyć. Nie był nachalny. Przychodził, kiedy czuł, że może. Odchodził, kiedy milczenie stawało się zbyt ciężkie.

Którego dnia zaproponowałam spacer. Powiedziałam to niby od niechcenia, stojąc w progu, z czapką w dłoni, ale serce waliło mi jak szalone. Kiwnął głową, wziął smycz. Pies wybiegł pierwszy.

Szliśmy w milczeniu przez białe łąki, zaspy sięgały do kolan. Ślady, które zostawialiśmy, znikały powoli, jakby świat nie chciał pamiętać, że ktoś tędy szedł. Nie rozmawialiśmy długo. Dopiero, kiedy zatrzymaliśmy się na wzgórzu i spojrzeliśmy w dolinę, powiedział półgłosem:

– Nie sądziłem, że jeszcze z kimś będę tak iść.

Spojrzałam na niego. Nie było w tym wyznaniu nic dramatycznego, tylko prostota i szczerość.

– Ja też nie – odpowiedziałam. – Ale to nie znaczy, że nie warto.

Uśmiechnął się. Delikatnie, jakby pierwszy raz od bardzo dawna. I wtedy po raz pierwszy spojrzał mi w oczy. Bez uciekania, bez wahania. I ja też nie odwróciłam wzroku. Tego dnia wracaliśmy do domu powoli. Nie chcieliśmy przyspieszać niczego. W ciszy, która już nie była pusta.

Karolina, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama