Reklama

Moje mieszkanie od kilku lat było ciche jak biblioteka tuż przed zamknięciem. Poranna kawa, wiadomości w radiu, podlewanie kwiatów – wszystko miało swoje miejsce i godzinę. Samotność trochę bolała, odkąd odszedł mój mąż, ale przynajmniej była przewidywalna. Gdy Iza zadzwoniła zapłakana po rozwodzie, nie wahałam się ani chwili. Pomyślałam, że może znów nauczymy się być sobie naprawdę bliskie.

Żyła jak w hotelu

Na początku cieszyłam się z każdego dźwięku w mieszkaniu. Z trzasku drzwi, gdy Iza wychodziła rano do pracy, z szumu suszarki w łazience, z kroków w przedpokoju. Nawet kubek zostawiony na stole wydawał mi się dowodem, że nie jestem już sama. Szybko jednak te drobiazgi przestały być wzruszające.

Iza wychodziła wcześnie, zwykle po śniadaniu. Zostawiała po sobie na stole talerz z okruszkami i kubek po herbacie.

– Iza, mogłabyś chociaż włożyć naczynia do zlewu? – zapytałam kiedyś łagodnie.

Westchnęła, jakbym prosiła ją o coś niewyobrażalnego.

– Mamo, naprawdę? Spieszę się. Mam ważne spotkanie.

– To przecież trwa minutę.

Mam wystarczająco dużo problemów, dobrze? – rzuciła, narzucając płaszcz.

Drzwi zamknęły się z cichym stuknięciem, a ja zostałam z talerzem w dłoni. Włożyłam go do zlewu i sama się skarciłam. Przecież przechodzi trudny czas. Rozpad małżeństwa to nie drobnostka. Tłumaczyłam ją przed samą sobą, jak robiłam to przez całe jej dzieciństwo.

Z tygodnia na tydzień było widać coraz wyraźniej, że przestałam być matką, a stałam się obsługą. Pranie odkładała na podłogę łazienki albo pokoju.

– Mamo, wrzucisz to do prania razem ze swoim? – zawołała kiedyś, nawet nie wychodząc.

– Iza, możesz sama włączyć pralkę.

– Nie znam twojego programu. Poza tym mam dziś telekonferencję.

Telekonferencja stała się słowem-kluczem, które zamykało każdą rozmowę.

Lodówka opróżniała się szybciej niż zwykle. Jogurty, które kupowałam na tydzień, znikały po dwóch dniach. Mięso, warzywa, sery – wszystko schodziło w tempie, którego nie znałam. Rachunki za prąd wzrosły, bo Iza pracowała do późna przy komputerze, miała włączone różne urządzenia, a światło w jej pokoju paliło się niemal całą noc. Nie zaproponowała ani razu, że dołoży się do zakupów.

Któregoś wieczoru usiadłyśmy przy obiedzie. Zrobiłam jej ulubioną zupę pomidorową.

– Dziękuję – powiedziała, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Może porozmawiamy chwilę? – zapytałam. – Jak się czujesz?

– Normalnie, mamo. Naprawdę nie mam siły wracać do tego tematu.

Nie chodzi o rozwód. Chodzi tylko o nas.

Spojrzała na mnie z wyraźnym zniecierpliwieniem.

– O nas? Przecież mieszkamy razem. Czego ode mnie oczekujesz?

Zabrzmiało to tak, jakbym domagała się czegoś nadzwyczajnego. A ja chciałam tylko, żeby zapytała, jak minął mi dzień. Żeby zauważyła, że też się starzeję, że czasem boli mnie kręgosłup, że nie wszystko przychodzi mi tak łatwo jak kiedyś.

Coraz częściej czułam się jak intruz we własnym domu. Wchodziłam do kuchni, a Iza rozmawiała przez słuchawki.

– Cicho, mamo, jestem w trakcie spotkania.

Zamykała drzwi do swojego pokoju, jakby oddzielała dwa światy. Jej i mój.

Pewnego popołudnia stanęłam przed skrzynką z rachunkami. Kwota za wodę była dużo wyższa niż zwykle. Za prąd również. Usiadłam przy stole i zaczęłam liczyć. Emerytura nie była z gumy.

Przez chwilę poczułam wstyd, że w ogóle o tym myślę. To moje dziecko. Czy matka powinna przeliczać pomoc na złotówki? Ale zaraz potem przypomniałam sobie, jak powiedziała: „Mam wystarczająco problemów”. Jakby moje nie istniały.

Zaczęłam zauważać rzeczy, których wcześniej nie widziałam. Otwarta szafka, niedokręcony kran, stos ubrań na krześle w salonie.

– Iza, mogłabyś trochę więcej po sobie sprzątać? – zapytałam któregoś dnia.

– Mamo, nie dramatyzuj. To tylko kilka ubrań.

Tylko moje mieszkanie. Dla niej – przystanek. Dla mnie – całe życie.

Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Leżałam w łóżku i słuchałam stukania klawiatury za ścianą. Czułam, jak coś we mnie narasta – nie gniew, raczej gorycz. Pragnęłam być potrzebna, ale nie w ten sposób. Nie jako ktoś, kto tylko sprząta, gotuje i milczy. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie stworzyłam domowego hotelu, w którym gość ma pełen komfort, a recepcjonistka nie ma prawa do zmęczenia.

Zbierały się we mnie pretensje

Pierwszy raz wypowiedziałam to na głos u mojej przyjaciółki, Kornelii. Siedziałyśmy przy jej kuchennym stole, a ona kroiła jabłka do szarlotki.

Czuję się jak służąca – powiedziałam nagle i sama się skrzywiłam na brzmienie tych słów.

Kornelia uniosła brwi.

– To twoja córka, Renata. Można jej pomóc, ale nie można pozwolić wejść sobie na głowę.

– Ona jest po rozwodzie. Powinnam być wyrozumiała.

Wyrozumiałość to nie to samo co milczenie.

Wracałam do domu z ciężarem w klatce piersiowej. Bałam się tej rozmowy, a jednocześnie wiedziałam, że nie mogę już odkładać jej w nieskończoność. Zastałam Izę przy stole, z laptopem i stertą dokumentów. Usiadłam naprzeciwko niej. Serce biło mi szybciej, jakbym miała zdawać egzamin.

– Chciałabym, żebyśmy ustaliły pewne zasady. Mieszkamy tu razem. Rachunki rosną. Za zakupy też.

– Sprzedałam mieszkanie, mamo. Muszę stanąć na nogi – odpowiedziała chłodno. – To nie jest dla mnie łatwe.

– Wiem. Dlatego cię przyjęłam.

– To o co chodzi?

– O to, że czuję się… pomijana. Jakby moje potrzeby się nie liczyły.

Przez chwilę milczała, a potem uśmiechnęła się krótko, bez ciepła.

– Ty zawsze wszystko kontrolowałaś. Pamiętasz? Zajęcia dodatkowe, studia, nawet to, z kim się spotykam. Nigdy nie pytałaś o moje potrzeby. Teraz nagle mówisz o swoich potrzebach?

Zaskoczyła mnie. Myślałam, że rozmawiamy o bieżących sprawach, a ona wyciągnęła przeszłość.

Chciałam dla ciebie dobrze.

– Wiem. Ale nigdy nie pytałaś, czego ja chcę. Zawsze wiedziałaś lepiej.

Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewałam. Przez lata byłam przekonana, że robię wszystko, co w mojej mocy. Zajęcia z języków, korepetycje, pilnowanie ocen. Czy to było kontrolowanie?

– Iza, nie chcę wracać do dawnych spraw. Mówię o teraźniejszości. O tym, że nie proponujesz nawet, że dołożysz się do wydatków.

– Naprawdę chodzi o pieniądze? – spojrzała na mnie ostro. – Właśnie tego się bałam.

– Nie tylko o pieniądze. O szacunek.

– Szacunek? Mieszkam u ciebie, bo nie mam wyjścia. Myślisz, że to dla mnie komfortowe?

Zamilkłam. Nie pomyślałam o tym w ten sposób. Widziałam ją kogoś, kto korzysta z mojej pomocy, a nie jako kobietę, która wróciła do pokoju z dzieciństwa z poczuciem porażki.

– Tomek już dawno planował odejść – powiedziała nagle ciszej. – Ja tylko nie chciałam tego widzieć. A ty? Zawsze powtarzałaś, że powinnam bardziej się starać.

Przeszył mnie wstyd. Rzeczywiście mówiłam jej, że małżeństwo to praca. Że trzeba wytrwać. Nie wiedziałam, co naprawdę przeżywała.

Chciałam cię chronić – wyszeptałam.

– Przed czym? Przed własnymi decyzjami?

Między nami zapadła cisza. Poczułam, że nie rozmawiamy już o zmywaniu czy rachunkach. Rozmawiałyśmy o latach niewypowiedzianych żali.

Nie jestem twoim wrogiem – powiedziałam w końcu.

– A ja nie jestem dzieckiem – odpowiedziała.

Kiedy wyszła do swojego pokoju, zostałam przy stole z poczuciem, że mur między nami wcale nie powstał teraz. On rósł latami, cegła po cegle. Ja dokładałam swoje, ona swoje.

Tego wieczoru siedziałam przy zeszycie. Zaczęłam zapisywać wydatki – czynsz, wodę, prąd, zakupy. Liczby były konkretne, uporządkowane. W przeciwieństwie do naszych emocji. Nie wiedziałam jeszcze, co z tym zrobię. Ale czułam, że jeśli nie postawię granicy, całkowicie zniknę w jej cieniu.

Wystawiłam paragon prawdy

Przez miesiąc skrupulatnie zapisywałam wszystko. Każdy rachunek, każdy większy zakup, połowę czynszu, środki czystości. Czułam się dziwnie, jak księgowa we własnym domu. Liczby były chłodne, pozbawione emocji. Może właśnie dlatego dawały mi poczucie kontroli.

Kiedy skończył się miesiąc, usiadłam przy stole i podliczyłam wszystko. Kwota nie była astronomiczna, ale dla mojej emerytury znacząca. Przepisałam ją starannie na czystą kartkę. Bez komentarza, bez podkreśleń. Suchy rachunek.

Wieczorem Iza wróciła później niż zwykle. Zdjęła płaszcz, rzuciła torebkę na krzesło.

Jest coś do jedzenia? – zapytała z progu kuchni.

– Jest. Ale najpierw chciałabym z tobą porozmawiać.

Usiadła naprzeciwko mnie, zmęczona.

– Znowu?

Podałam jej kartkę.

– Co to jest? – zmarszczyła brwi.

Zestawienie wydatków za ostatni miesiąc. Twoja część.

Przez chwilę patrzyła na liczby, jakby nie rozumiała, co widzi. Potem uniosła wzrok.

– To żart?

– Nie.

Wystawiasz mi rachunek?

– Ustalam zasady – odpowiedziałam spokojniej, niż się czułam.

Jej twarz stężała.

– Czyli wyceniłaś mi tu życie?

– Nie. Wyceniłam koszty utrzymania mieszkania.

A miłość matki też podliczyłaś? – zapytała cicho, ale ostro.

Zabolało. Wiedziałam, że uderza tam, gdzie najbardziej boli.

– Iza, nie chcę być sponsorem ani gosposią. Chcę być twoją matką. Ale matkę też trzeba szanować.

Szacunek mierzy się przelewem? – odparła.

– Szacunek mierzy się odpowiedzialnością.

Wstała gwałtownie.

– Myślałam, że mogę tu odetchnąć. A ty robisz ze mnie lokatorkę.

– Jesteś dorosłą kobietą – powiedziałam, czując, jak głos zaczyna mi drżeć. – Ja też mam swoje granice.

– W porządku. Chcesz pieniędzy? Dostaniesz je – sięgnęła po telefon. – Ale nie oczekuj, że będę udawać, że wszystko jest w porządku.

W kuchni zrobiło się cicho. Słyszałam tylko tykanie zegara. Kartka z rachunkiem leżała między nami jak mur.

To nie jest kara – powiedziałam już ciszej. – To próba uporządkowania naszego życia. Jeśli mamy mieszkać razem, musimy być wobec siebie uczciwe.

– A jeśli nie chcę tak mieszkać?

Te słowa zawisły w powietrzu.

– To możesz znaleźć sobie inne miejsce – odpowiedziałam, choć serce ścisnęło mi się boleśnie.

Spojrzała na mnie długo. W jej oczach zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam – nie tylko złość, ale też rozczarowanie. Jakby straciła ostatnią bezpieczną przystań.

– Dobrze – powiedziała w końcu. – Przeleję ci pieniądze jutro i zacznę szukać mieszkania.

Wyszła z kuchni, a ja zostałam sama z kartką i uczuciem, że przekroczyłam niewidzialną granicę. Nie wiedziałam, czy właśnie uratowałam siebie, czy ostatecznie oddaliłam córkę.

Czy to moja wina?

Następnego dnia rano usłyszałam charakterystyczny dźwięk powiadomienia w telefonie. Przelew od Izy. Tytuł: „Udział w kosztach”. Kwota zgadzała się co do grosza. Patrzyłam na ekran dłużej, niż powinnam. Powinnam poczuć ulgę. W pewnym sensie ją poczułam – liczby przestały wisieć nade mną jak wyrzut sumienia. Tylko w mieszkaniu zrobiło się chłodniej, jakby ktoś uchylił okno w środku zimy.

Przez kilka kolejnych dni mijałyśmy się niemal bez słowa. Iza zaczęła przeglądać ogłoszenia o wynajmie. Wieczorami słyszałam, jak rozmawia przez telefon.

– Tak, zależy mi na szybkim terminie – mówiła rzeczowo. – Najlepiej od przyszłego miesiąca.

Któregoś popołudnia zapukała do moich drzwi.

Znalazłam mieszkanie – powiedziała, opierając się o framugę. – Nieduże, ale blisko pracy.

Skinęłam głową.

– Cieszę się, że coś znalazłaś.

Wprowadzę się za dwa tygodnie.

Dwa tygodnie. Nagle czas przyspieszył. Zaczęła pakować swoje rzeczy. Książki znikały z półki, kosmetyki z łazienki, buty z przedpokoju. Pokój, który przez chwilę znów tętnił życiem, powoli wracał do dawnej pustki.

W dniu przeprowadzki pomogłam jej złożyć ostatnie kartony.

Nie musisz mnie odwozić – powiedziała, gdy zamówiła transport.

– Chcę – odpowiedziałam.

Droga minęła w milczeniu. Nowe mieszkanie było jasne, pachniało świeżością. Postawiłyśmy kartony pod ścianą.

Dasz sobie radę? – zapytałam.

Spojrzała na mnie uważnie.

– Muszę.

Stałyśmy naprzeciwko siebie, obie wyprostowane, jakby żadna nie chciała pierwsza okazać słabości.

– Iza… – zaczęłam, ale zabrakło mi słów.

– Wiem, mamo – przerwała łagodniej. – Masz prawo do swoich granic.

Te słowa zaskoczyły mnie bardziej niż jej wcześniejsza złość.

– A ty masz prawo do własnego życia – odpowiedziałam.

Przytuliła mnie krótko. Nie tak jak w dzieciństwie, gdy wtulała się całą sobą, ale też nie chłodno. Po prostu – jak dwie dorosłe kobiety, które próbują się zrozumieć.

Kiedy wróciłam do domu, cisza była inna niż wcześniej. Już nie była spokojem wdowy przyzwyczajonej do samotności. Była echem rozmów, których nie odbyłyśmy w porę. Weszłam do jej pokoju. Stał pusty, z odsłoniętą ścianą, na której przez chwilę wisiały jej zdjęcia. Usiadłam na łóżku i pomyślałam o tej kartce z rachunkiem. Czy to ona nas rozdzieliła? A może tylko nazwała to, co od dawna było między nami?

Wieczorem zadzwonił telefon.

– Mamo? – usłyszałam jej głos. – Wiesz może, jak odpowietrzyć kaloryfer? Chyba coś z nim nie tak.

Uśmiechnęłam się mimowolnie.

– Wiem. Przyjadę jutro i pokażę ci.

– Dziękuję.

Połączenie trwało krótko, ale w jej tonie było coś nowego. Nie roszczenie. Prośba. Zrozumiałam wtedy, że rachunek nie był końcem naszej relacji. Był granicą, której obie potrzebowałyśmy. Miłość bez rozmowy zamienia się w ciche pretensje, ale miłość z granicami może wreszcie stać się uczciwa.

Cisza w mieszkaniu nie była już ciężarem. Była przestrzenią, w której mogłam być sobą – nie recepcjonistką, nie sponsorem, tylko matką. A moja córka, po raz pierwszy od dawna, zaczęła traktować mnie jak partnerkę, nie jak wygodne tło.

Renata, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama