Reklama

Myślałam, że po rozwodzie wreszcie odzyskam wolność i prawo do bycia kobietą, a nie tylko kucharką, praczką i matką. Przez lata żyłam w cieniu męża, gasząc swoje pragnienia, byle tylko w domu panował spokój. Kiedy w końcu odważyłam się odejść, poczułam przypływ euforii. Chciałam znów czuć motyle w brzuchu, chciałam być adorowana, chciałam żyć. Nie przewidziałam jednak, że największym cenzorem mojego nowego życia nie będzie wścibska sąsiadka czy rodzina byłego męża, ale moja własna, szesnastoletnia córka. Jej spojrzenie, pełne zażenowania i chłodu, bolało bardziej niż samotność, od której tak desperacko próbowałam uciec.

Nie mogę żyć tylko jej życiem

Przez pierwsze miesiące po wyprowadzce Artura, nasz dom przypominał oblężoną twierdzę, która powoli poddaje się ciszy. Luiza, moja córka, zamknęła się w swoim pokoju, a ja zostałam sama z wielkim salonem i jeszcze większym poczuciem pustki. Małżeństwo z jej ojcem nie było burzliwe; ono po prostu wygasło, jak świeczka, której nikt nie pamiętał zdmuchnąć. Przez ostatnie pięć lat byliśmy współlokatorami, którzy mijali się w korytarzu, wymieniając uwagi o rachunkach za prąd i planach zakupowych. Kiedy więc sędzia stuknął młotkiem, czułam ulgę. Miałam czterdzieści dwa lata, dobrą pracę w księgowości i lustro, które wciąż pokazywało mi całkiem atrakcyjną kobietę.

Początkowo skupiłam się na Luizie. Chciałam jej wynagrodzić rozpad rodziny. Kupowałam jej ulubione lody, zabierałam do kina, pozwalałam na nocowanie u koleżanek. Ale Luiza, jak to nastolatka, miała swój świat. Zrozumiałam, że nie mogę żyć tylko jej życiem. Potrzebowałam swojego.

Pamiętam ten wieczór, kiedy zainstalowałam pierwszą aplikację randkową. Siedziałam na kanapie z kubkiem herbaty, serce waliło mi jak młotem, a kciuk zawisł nad przyciskiem „Zarejestruj się”. Czułam się tak, jakbym robiła coś nielegalnego. Kiedy zaczęły spływać pierwsze powiadomienia, poczułam dreszcz ekscytacji, którego nie znałam od dekady. Ktoś napisał, że mam piękny uśmiech. Ktoś inny zapytał o moją ulubioną książkę. To było niewinne, ale dla mnie znaczyło wszystko. Byłam widzialna.

Zatrzymała się w pół kroku

Problemy zaczęły się, gdy wirtualne rozmowy przeszły w realne spotkania. Pierwszym kandydatem był Tomasz. Wysoki, szarmancki, inżynier. Umówiliśmy się w piątkowy wieczór w włoskiej restauracji w centrum. Stałam przed lustrem w sypialni, przymierzając sukienkę, której nie miałam na sobie od lat. Była szmaragdowa, dopasowana, odsłaniała nieco ramiona. Do tego dobrałam wiszące kolczyki i buty na obcasie. Czułam się piękna. Nałożyłam odrobinę więcej makijażu niż zwykle do biura — czerwoną szminkę, którą kupiłam pod wpływem impulsu.

Kiedy wyszłam na korytarz, Luiza właśnie szła do kuchni po wodę. Zatrzymała się w pół kroku. Jej wzrok przesunął się po mnie od stóp do głów, a na jej twarzy odmalował się grymas, który trudno było przeoczyć. To była mieszanka zdziwienia i głębokiego zażenowania.

— Gdzie ty idziesz? — zapytała, a jej głos ociekał sarkazmem.

— Na kolację — odpowiedziałam, starając się brzmieć lekko, choć w środku się spięłam. — Umówiłam się z kimś.

— Z „kimś”? — prychnęła. — Znowu jakiś facet z internetu? Mamo, to jest żałosne. Wyglądasz, jakbyś się urwała z choinki. Ta sukienka jest... za krótka.

— Jest do kolan, Luizo — poprawiłam ją spokojnie, choć poczułam ukłucie w sercu. — I mam prawo wychodzić. Jestem dorosłą kobietą.

— Zachowujesz się, jakbyś miała dwadzieścia lat. Moi znajomi mogą cię zobaczyć. Wiesz, jaki to obciach? Że moja matka lata na randki, jakby szukała męża na siłę?

Trzasnęła drzwiami od lodówki, a potem drzwiami od swojego pokoju. Stałam tam, w tej pięknej szmaragdowej sukience, i nagle poczułam się przebrana, a nie ubrana. Cała radość z wyjścia ulotniła się w sekundę. Poszłam na tę randkę, ale przez cały wieczór w głowie słyszałam słowa córki: „To jest żałosne”. Tomasz był miły, ale ja pozostawałam nieobecna.

Czułam się rozdarta

Mimo to, nie poddałam się. Uznałam, że Luiza potrzebuje czasu, by przywyknąć do nowej sytuacji. Przecież ona też dorastała, miała swoje pierwsze sympatie. Powinna zrozumieć, że człowiek potrzebuje bliskości. Niestety, moje kolejne wybory randkowe nie pomagały w łagodzeniu sytuacji.

Po Tomaszu był Jacek. Jacek był entuzjastą motocykli i miał dość donośny śmiech. Kiedy przyjechał po mnie pod blok swoim głośnym motocyklem, Luiza akurat wracała ze szkoły z koleżanką. Widziałam przez okno, jak moja córka dosłownie zapada się w sobie, naciągając kaptur na głowę, byle tylko nikt nie skojarzył jej z tym hałasem. Jacek był sympatyczny, ale kompletnie nie pasował do mojego świata. Niemniej jednak, fakt, że „jakiś motocyklista” zabrał jej matkę, stał się tematem numer jeden naszych kłótni.

— Czy ty nie rozumiesz, że ludzie gadają?! — krzyczała następnego dnia. — Kaśka pytała, czy to twój nowy gach. „Gach”, mamo! Rozumiesz to słowo? Robisz z siebie pośmiewisko na osiedlu. Tata nigdy by czegoś takiego nie zrobił.

Wzmianka o ojcu była ciosem poniżej pasa. Artur po rozwodzie szybko znalazł sobie nową partnerkę, ale robił to dyskretnie, w innej części miasta. Ja byłam tutaj, na widoku, a Luiza traktowała moje próby ułożenia sobie życia jako osobistą zniewagę. Czułam się rozdarta. Z jednej strony kochałam córkę nad życie i nie chciałam sprawiać jej przykrości. Z drugiej... czy miałam zamurować się w domu i czekać na starość, oglądając seriale? Miałam w sobie tyle energii, tyle niespełnionych marzeń o spacerach we dwoje, o wspólnych wyjazdach, o zwykłym trzymaniu się za ręce w kinie.

Moje serce zamarło

Apogeum nastąpiło trzy miesiące później. Poznałam Oskara. Był inny niż reszta. Spokojny, kulturalny, rozwodnik, architekt. Wydawało się, że to wreszcie ktoś na poziomie, kogo Luiza mogłaby zaakceptować albo przynajmniej zignorować bez wstydu. Spotykaliśmy się od kilku tygodni, głównie w centrum, z dala od naszego osiedla. Czułam, że to może być coś poważniejszego. Pewnego popołudnia Oskar zaproponował kawę w nowo otwartej, modnej kawiarni w galerii handlowej. Zgodziłam się, kompletnie zapominając, że to piątkowe popołudnie – czas, kiedy młodzież tłumnie okupuje centra handlowe.

Siedzieliśmy przy stoliku, Oskar trzymał mnie za dłoń i opowiadał o projekcie domu, nad którym pracował. Śmiałam się, czując się swobodnie i lekko. Nagle kątem oka dostrzegłam grupę nastolatek przy wejściu. Moje serce zamarło. To była Luiza i jej trzy przyjaciółki. Instynktownie próbowałam cofnąć rękę, ale było za późno. Nasze spojrzenia się spotkały. Widziałam, jak Luiza blednie, a potem jej twarz oblewa się pąsem. Jej koleżanki zaczęły coś szeptać, wskazując w naszą stronę. Jedna zachichotała. Luiza odwróciła się na pięcie i niemal wybiegła z kawiarni, zostawiając zdumione towarzystwo.

— Wszystko w porządku? — zapytał Oskar, widząc moją zmianę nastroju.

— Muszę iść — wydukałam, łapiąc za torebkę. — Przepraszam cię, Oskar. To moja córka.

Wybiegłam za nią, ale zniknęła w tłumie. Drogę do domu przebyłam w taksówce, trzęsąc się z nerwów. Wiedziałam, że czeka mnie najtrudniejsza rozmowa w życiu.

To był lęk

Kiedy weszłam do mieszkania, Luiza siedziała przy kuchennym stole. Nie płakała. Patrzyła w blat z wściekłością, która była gorsza od łez.

— Jak mogłaś? — zaczęła cicho, ale każde słowo wibrowało w powietrzu. — Wszyscy tam byli. Wszyscy widzieli, jak migdalisz się z jakimś obcym facetem w miejscu publicznym.

— Luiza, trzymaliśmy się za ręce. Piliśmy kawę. — Starałam się zachować spokój, odwieszając płaszcz. — To nie jest zbrodnia. Oskar to porządny człowiek.

— Nie obchodzi mnie, kim on jest! — wybuchła, wstając gwałtownie. Krzesło przewróciło się z hukiem. — Obchodzi mnie to, że ty zachowujesz się jak desperatka! Czy ty nie masz za grosz godności? Masz czterdzieści lat, a latasz na randki jak jakaś nastolatka. Moje koleżanki się śmiały. Rozumiesz? Śmiały się z ciebie i ze mnie! Że matka Luizy znowu kogoś złowiła!

— Nie życzę sobie, żebyś tak do mnie mówiła! — Podniosłam głos, czując, jak puszczają mi nerwy. — Poświęciłam temu domowi piętnaście lat życia. Prałam twoje skarpetki, gotowałam obiady, rezygnowałam ze wszystkiego dla ciebie i taty. A teraz, kiedy wreszcie chcę zrobić coś dla siebie, ty traktujesz mnie jak wroga? Mam prawo do szczęścia, Luiza!

— Ale nie moim kosztem! — krzyknęła, a w jej oczach pojawiły się łzy. — Nie rozumiesz, że ja się boję? Że przyprowadzisz tu jakiegoś obcego faceta i on tu zamieszka? Że znowu wszystko się zmieni? Że będę musiała patrzeć, jak udajesz zakochaną, a potem znowu będziesz płakać, jak ci nie wyjdzie? Ja chcę normalnej matki, a nie takiej, która siedzi na Tinderze!

Te słowa mnie zatrzymały. „Ja się boję”. To nie był tylko wstyd. To był lęk. Lęk o stabilizację, która i tak była krucha po rozwodzie. Luiza nie widziała we mnie kobiety szukającej miłości. Widziała matkę, która staje się nieprzewidywalna, która wprowadza chaos w jej uporządkowany, choć smutny świat.

Uciekła do pokoju, a ja zostałam w kuchni, opierając się o blat. Czułam się winna, a jednocześnie wściekła na niesprawiedliwość tego wszystkiego. Dlaczego ojcowie po rozwodzie mogą od razu zakładać nowe rodziny i są „zaradni”, a matki, które próbują randkować, są „desperatkami”?

Nie mogę zrezygnować z siebie

Przez kolejne dwa dni w domu panowała lodowata atmosfera. Mijałyśmy się bez słowa. W tym czasie dużo myślałam. Spotkałam się z przyjaciółką, Magdą, żeby wyrzucić z siebie ten ciężar.

— Wiesz, Ala — powiedziała Magda, mieszając kawę. — Luiza przesadza, to jasne. Jest w trudnym wieku. Ale może... może trochę za bardzo rzuciłaś się w ten wir? Może ona czuje, że dla ciebie te randki są teraz ważniejsze niż ona?

— To bzdura — zaprzeczyłam gwałtownie. — Ona jest dla mnie najważniejsza.

— Wiem. Ale czy ona to wie? Ostatnio ciągle mówisz o facetach, o aplikacjach, o wyjściach. Może ona czuje, że traci jedynego rodzica, który jej został na co dzień?

Słowa Magdy dały mi do myślenia. Przeanalizowałam ostatnie miesiące. Faktycznie, każda nasza rozmowa kończyła się moją frustracją albo jej krytyką. Nie pytałam jej o szkołę tak często jak kiedyś. Byłam zajęta analizowaniem wiadomości od Oskara czy Jacka. Moja potrzeba bycia kochaną przesłoniła mi potrzebę bezpieczeństwa mojego dziecka. Zrozumiałam też, że nie mogę zrezygnować z siebie. Jeśli teraz ulegnę i zamknę się w domu, za dziesięć lat będę zgorzkniałą kobietą, która wypomni córce: „Poświęciłam się dla ciebie”. To byłaby najgorsza opcja. Musiałam znaleźć złoty środek.

W jej oczach coś zmiękło

W niedzielny wieczór zapukałam do pokoju Luizy. Nie odpowiedziała, ale weszłam. Leżała na łóżku ze słuchawkami na uszach, przeglądając telefon. Kiedy mnie zobaczyła, zdjęła słuchawki, ale nie spojrzała na mnie.

— Możemy pogadać? — zapytałam łagodnie, siadając na brzegu łóżka.

— A o czym? O twoim nowym chłopaku? — mruknęła.

— Nie. O nas. — Wzięłam głęboki oddech. — Luiza, przepraszam cię za tamtą sytuację w galerii. Nie powinnam stawiać cię w niekomfortowej sytuacji przy znajomych. Rozumiem, że mogłaś się czuć zawstydzona.

Milczała, ale odłożyła telefon.

— Chcę, żebyś wiedziała jedno — kontynuowałam. — Żaden mężczyzna nigdy nie będzie ważniejszy od ciebie. Jesteś moją córką i zawsze będziesz na pierwszym miejscu. Ale Luiza... ja jestem potwornie samotna.

Spojrzała na mnie, tym razem ze zdziwieniem. Nigdy wcześniej nie przyznałam się przed nią do słabości. Zawsze byłam tą silną mamą, która wszystko ogarnia.

— Kiedy ty wyjedziesz na studia, zostanę tu sama. Boję się tej ciszy. Chcę mieć kogoś, z kim będę mogła napić się herbaty, pogadać. To nie znaczy, że szukam ci nowego ojca. Ojca masz jednego. Ja szukam partnera dla siebie.

W jej oczach coś zmiękło. Przesunęła się na łóżku i podciągnęła kolana pod brodę.

— Ale oni wszyscy są tacy... dziwni, mamo. Ten na motorze, ten, co się gapił... To obciachowe.

Uśmiechnęłam się lekko.

— Może i masz rację. Nie mam wprawy w randkowaniu. Ostatni raz byłam na randce dwadzieścia lat temu. Popełniam błędy.

— Ten Oskar... — zaczęła niepewnie. — On chociaż wyglądał normalnie.

— Jest architektem. I lubi psy.

— Hmm.

Zapadła cisza, ale już nie ta wroga, tylko bardziej refleksyjna.

— Mamo, umówmy się tak — powiedziała w końcu Luiza, patrząc mi prosto w oczy. — Nie opowiadaj mi o każdym facecie, z którym piszesz. Nie chcę tego wiedzieć. Jak poznasz kogoś, kto naprawdę będzie wart uwagi, i będziesz pewna, że to nie jest jakiś świr na jeden raz... wtedy mi powiedz. I błagam, nie całuj się przy moich koleżankach.

— Obiecuję — zaśmiałam się, czując ogromną ulgę. — Żadnych publicznych czułości przy twojej ekipie. I zero opowieści o nieudanych randkach.

— I żadnych za krótkich sukienek — dodała z lekkim uśmiechem.

— Hej, tamta sukienka była świetna! — zaprotestowałam, szturchając ją w ramię.

To nie rozwiązało wszystkich problemów. Luiza wciąż przewraca oczami, gdy szykuję się do wyjścia, a ja nadal czuję ukłucie niepokoju, gdy wychodzę wieczorem. Ale coś się zmieniło. Przestałyśmy być wrogami. Zrozumiałam, że jej wstyd wynikał z lęku o utratę stabilizacji i z trudności zaakceptowania matki jako kobiety. Ona z kolei chyba zaczyna dostrzegać we mnie człowieka, który też ma swoje potrzeby.

Wciąż spotykam się z Oskarem. Powoli, bez pośpiechu. Jeszcze go nie przedstawiłam Luizie w domu. Czekam na odpowiedni moment. Ale wczoraj, gdy wychodziłam do kina, Luiza krzyknęła z pokoju: „Baw się dobrze, tylko wróć przed północą, Kopciuszku”. To był najlepszy tekst, jaki usłyszałam od miesięcy. Może jednak jest dla nas nadzieja. Może szczęśliwa matka wcale nie musi być powodem do wstydu, a z czasem stanie się dowodem na to, że życie nie kończy się po rozwodzie. Że zawsze można zacząć od nowa, nawet jeśli nastoletnia córka patrzy na to z przymrużeniem oka.

Alina, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama