„Po rozwodzie mieszkaliśmy razem jeszcze przez pół roku. Pożegnalna kolacja uświadomiła mi, co straciłam”
„Serce zabiło mi mocniej. Przecież byliśmy po rozwodzie. Miał prawo układać sobie życie, tak jak ja miałam prawo do swojego. A jednak ukłucie zazdrości było tak ostre, że aż fizyczne. Nie chodziło nawet o to, że mógł mieć kogoś innego. Chodziło o to, że był szczęśliwy”.

Myśleliśmy, że jesteśmy tacy dorośli, tacy nowocześni. Rozwód to tylko papier, a mieszkanie to aktywa do podziału, które trzeba spieniężyć z rozsądkiem. Przez sześć miesięcy mijaliśmy się w korytarzu jak duchy, dzieląc lodówkę, rachunki i powietrze, które z każdym dniem stawało się coraz cięższe. Kiedy w końcu on spakował ostatni karton, czułam ulgę, a przynajmniej tak sobie wmawiałam, pragnąc odzyskać swoją przestrzeń. Dopiero gdy przekręcił klucz w zamku po raz ostatni, zrozumiałam, że cisza nie przynosi ukojenia. Ona oskarżała mnie o wszystko, czego nie zdążyliśmy sobie powiedzieć.
Wiedział o mnie wszystko
Pamiętam ten dzień w sądzie, kiedy sędzia ogłosiła koniec naszego małżeństwa. Było zaskakująco słonecznie, a my wyszliśmy z budynku, jakbyśmy właśnie załatwili formalność w urzędzie skarbowym. Bez krzyków, bez scen, bez dramaturgii, którą znałam z filmów. Ustaliliśmy to wcześniej: dopóki nie sprzedamy naszego trzypokojowego mieszkania na warszawskim Mokotowie, zostajemy pod jednym dachem. Rynek nieruchomości akurat przeżywał zastój, a żadne z nas nie miało ochoty płacić za wynajem kawalerki, spłacając jednocześnie połowę wysokiego kredytu. To miało sens. Ekonomiczny, logiczny sens.
Wtedy wydawało mi się, że emocje mam już przepracowane. Przecież to nie stało się z dnia na dzień. Oddalaliśmy się od siebie latami, aż w końcu staliśmy się dwójką znajomych, którzy przypadkiem wzięli kiedyś ślub. Piotr przeniósł się do mniejszego pokoju, który do tej pory służył nam za gabinet i graciarnię. Ja zostałam w sypialni. Salon i kuchnia stały się strefą neutralną, czymś w rodzaju lobby hotelowego, gdzie wypada się ukłonić, ale niekoniecznie wdawać w dyskusje.
Pierwsze tygodnie były dziwnie proste. Ustaliliśmy grafik sprzątania, podzieliliśmy półki w lodówce. Moja była górna, jego dolna. Środkowa, z musztardą i dżemami, pozostała wspólna, co wydawało mi się zabawnym symbolem resztek naszego związku. Nie przewidziałam jednak jednego. Życie z byłym mężem to nie to samo, co życie z obcym współlokatorem. Obcy człowiek nie zna twoich przyzwyczajeń, nie wie, jak parzysz herbatę, i nie irytuje cię samym sposobem, w jaki stawia kubek na blacie. Piotr wiedział o mnie wszystko, a ja o nim. I ta wiedza, zamiast nas zbliżać, stała się murem.
Wieczorami zamykałam się w sypialni, nasłuchując odgłosów z reszty mieszkania. Słyszałam, jak włącza telewizor, jak szura kapciami w drodze do łazienki, jak nalewa sobie wody. Każdy ten dźwięk, kiedyś tak naturalny, że aż niezauważalny, teraz drażnił mnie jak piasek pod powiekami. Leżałam w łóżku, patrząc w sufit i zastanawiając się, czy on też tam leży i myśli o tym samym. O tym, jak dziwnie jest być tak blisko fizycznie, a jednocześnie lata świetlne od siebie emocjonalnie.
Przecież byliśmy po rozwodzie
Najtrudniejsze były poranki. Nasza kuchnia była wąska, trochę jak tramwaj, co wymuszało pewną intymność ruchów, której chcieliśmy uniknąć. Opracowaliśmy więc skomplikowaną choreografię mijania się. Jeśli słyszałam, że on włączył ekspres do kawy, czekałam w łazience, nakładając makijaż dłużej niż to konieczne. Wychodziłam dopiero, gdy słyszałam trzaśnięcie drzwi od jego pokoju.
Czasami jednak system zawodził. Wpadaliśmy na siebie w progu — on z tostami, ja z owsianką. Wtedy następowała ta niezręczna wymiana uprzejmości, która bolała bardziej niż otwarta wrogość.
— Dzień dobry — mówił, nie patrząc mi w oczy, skupiony na smarowaniu chleba masłem.
— Cześć — odpowiadałam, siląc się na swobodny ton. – Dzwoniła wczoraj agentka nieruchomości. Ma kogoś na piątek wieczorem.
— Okej. Nie będzie mnie. Ogarniesz?
— Tak, jasne. Posprzątam w salonie.
Tyle. Tylko tyle mieliśmy sobie do powiedzenia po dziesięciu latach wspólnego życia. Rozmowy o logistyce, o kurzu na szafkach, o cieknącym kranie. Staliśmy się mistrzami w udawaniu, że to, co było między nami, wyparowało bez śladu. Ale powietrze między nami gęstniało. Czasami miałam wrażenie, że jeśli wykonam gwałtowniejszy ruch, rozbiję tę szklaną taflę, która nas oddzielała.
Pewnego razu, gdy wróciłam z pracy wcześniej, zastałam go w kuchni, rozmawiającego przez telefon. Śmiał się. To był ten niski, gardłowy śmiech, który kiedyś uwielbiałam, a którego nie słyszałam od miesięcy. Zamarłam w przedpokoju, zdejmując buty tak cicho, jak to możliwe. Nie chciałam podsłuchiwać, a jednocześnie nie mogłam się ruszyć. Z kim rozmawiał? Z kolegą? Z bratem? A może z kimś nowym?
Serce zabiło mi mocniej. Przecież byliśmy po rozwodzie. Miał prawo układać sobie życie, tak jak ja miałam prawo do swojego. A jednak ukłucie zazdrości było tak ostre, że aż fizyczne. Nie chodziło nawet o to, że mógł mieć kogoś innego. Chodziło o to, że był szczęśliwy. Że potrafił się śmiać w tym grobowcu, w który zamieniliśmy nasz dom, podczas gdy ja czułam się, jakbym ciągnęła za sobą ołowianą kulę.
Kiedy skończył rozmowę i wszedł do przedpokoju, zobaczył mnie stojącą z płaszczem w ręku. Jego uśmiech zgasł w ułamku sekundy. Twarz przybrała ten sam, obojętny wyraz, który rezerwował dla mnie od roku.
— Jesteś już — stwierdził beznamiętnie.
— Jestem.
Minął mnie, ocierając się ramieniem o moje ramię, i zamknął się w swoim pokoju. Stałam tam jeszcze przez chwilę, czując zapach jego perfum, tych samych, które kupiłam mu na ostatnie wspólne święta. To był moment, w którym zrozumiałam, że nasza neutralność jest kłamstwem. Pod powierzchnią uprzejmości wrzało morze żalu, pretensji i niewygasłych do końca uczuć, których żadne z nas nie miało odwagi nazwać.
Wyczułam w nim nutę goryczy
Sprzedaż mieszkania szła opornie. Ludzie przychodzili, oglądali, kręcili nosami na małą łazienkę. Każda wizyta potencjalnych kupców była dla nas spektaklem. Musieliśmy chować osobiste rzeczy, zdjęcia, które cudem ostały się na półkach, suszarkę z praniem. Agentka, pani Jola, energiczna kobieta w wieku mojej mamy, powtarzała, że mieszkanie musi być odpersonalizowane, żeby klient mógł sobie wyobrazić w nim własne życie.
Dla mnie to było jak wymazywanie nas kawałek po kawałku, zanim jeszcze faktycznie się rozstaliśmy. Pewnego popołudnia przyszło młode małżeństwo. Byli tacy, jak my dekadę temu. Pełni entuzjazmu, trzymali się za ręce, ona gładziła brzuch, sugerując, że rodzina wkrótce się powiększy. Piotr akurat był w domu, co rzadko się zdarzało podczas prezentacji. Siedział w fotelu z laptopem, udając, że pracuje.
— Jaki piękny salon — zachwycała się dziewczyna. — I to światło! Tutaj postawilibyśmy łóżeczko, kochanie, zobacz.
Chłopak przytaknął, a potem spojrzał na Piotra.
— Długo państwo tu mieszkali? — zapytał przyjaźnie.
Piotr podniósł wzrok znad ekranu. Spojrzał na mnie, potem na nich.
— Dziesięć lat — odpowiedział. — To dobre miejsce na start.
Jego głos był spokojny, ale ja wyczułam w nim nutę goryczy. Dobre miejsce na start, ale fatalne na metę. Kiedy wyszli, pani Jola zaczęła trajkotać o tym, że są bardzo zainteresowani i że to może być ta para. Ja jednak nie mogłam przestać myśleć o słowach Piotra. Dziesięć lat. Kawał życia spakowany w siedemdziesiąt metrów kwadratowych, które teraz miały stać się scenografią dla cudzego szczęścia.
Tamtego wieczoru Piotr zapukał do moich drzwi.
— Możemy pogadać? — zapytał przez zamknięte skrzydło.
Otworzyłam. Stał oparty o framugę, wyglądał na zmęczonego.
— Jeśli oni się zdecydują, będziemy musieli się wyprowadzić w ciągu miesiąca — powiedział.
— Wiem. Jestem spakowana w połowie.
— Chodzi o regał. Ten duży w salonie. Robiliśmy go na wymiar. Nie wezmę go do kawalerki, którą oglądałem.
— Ja też nie. Moje nowe mieszkanie jest za małe.
— Czyli co? Zostawiamy?
— Chyba tak. Może im się przyda.
Patrzyliśmy na siebie przez chwilę w milczeniu. Ten regał był naszym pierwszym wspólnym projektem. Pamiętam, jak spędziliśmy weekend na skręcaniu desek, kłócąc się o instrukcję, a potem jedząc pizzę na podłodze wśród trocin. Teraz mówiliśmy o nim jak o starym, niepotrzebnym gracie.
— Szkoda — mruknął Piotr, odwracając wzrok. — Był solidny.
— Wszystko kiedyś było solidne — odpowiedziałam, a słowa zawisły w powietrzu, ciężkie od podtekstów.
Piotr skinął głową, jakby przyznał mi rację, i wrócił do siebie. To była ta przerażająca, pragmatyczna zgoda na koniec.
Uśmiechnął się lekko
Młode małżeństwo rzeczywiście kupiło mieszkanie. Machina ruszyła. Notariusz, przelewy, terminy. Ostatni tydzień był chaosem pudeł, taśmy klejącej i folii bąbelkowej. Mieszkanie, które kiedyś tętniło życiem, zamieniło się w labirynt kartonów. Echo niosło się po pustych ścianach, potęgując wrażenie osamotnienia. W przeddzień wyprowadzki lodówka była już prawie pusta. Zostało nam trochę sera, pomidor i resztka chleba. Na zewnątrz szalała burza, deszcz zacinał o szyby, jakby świat płakał nad naszym losem. Nie mieliśmy siły na zamawianie jedzenia. Piotr wszedł do kuchni, gdy kroiłam ten nieszczęsny chleb.
— Zrobisz grzanki? — zapytał niepewnie.
Spojrzałam na niego. Był w dresie, z potarganymi włosami, wyglądał bezbronnie. Cała ta zbroja obojętności, którą nosił przez ostatnie miesiące, gdzieś zniknęła.
— Zrobię — powiedziałam. — Ale ser się kończy.
— Podzielimy się.
Usiedliśmy przy małym stoliku, jedynym meblu, który jeszcze nie został rozkręcony. Jedliśmy w milczeniu proste grzanki, popijając herbatą z kubków, których nie zdążyliśmy spakować. To było dziwne, surrealistyczne uczucie. Jakbyśmy byli rozbitkami na wyspie, którą zaraz zaleje ocean.
— Pamiętasz, jak się tutaj wprowadziliśmy? — zaczął Piotr, nie patrząc na mnie. — Nie mieliśmy prądu przez pierwsze dwa dni.
— Pamiętam. Świeczki wszędzie. I myśleliśmy, że to romantyczne, dopóki nie padła bateria w laptopie.
Uśmiechnął się lekko. Prawdziwie.
— Myślałem, że nam się uda, Anka. Naprawdę myślałem, że damy radę.
Zastygłam z kubkiem w połowie drogi do ust. To było pierwsze szczere zdanie, jakie usłyszałam od niego od roku. Nie o rachunkach, nie o podziale majątku, ale o nas.
— Ja też — szepnęłam, czując, jak gardło mi się ściska. — Ale chyba gdzieś po drodze zapomnieliśmy, jak ze sobą rozmawiać.
— Nie. Po prostu przestaliśmy słuchać. Ja przestałem słuchać ciebie, a ty zamknęłaś się w swoim świecie. I nagle obudziliśmy się w dwóch różnych rzeczywistościach.
Spojrzałam na niego z bólem. Miał rację. To nie zdrada, nie nałogi, nie wielkie dramaty nas zniszczyły. Zniszczyła nas codzienna erozja, powolne wykruszanie się zainteresowania drugą osobą.
— Przepraszam, Piotr — powiedziałam. To słowo ważyło tonę.
— Ja też przepraszam.
Siedzieliśmy tak jeszcze przez godzinę, wspominając dobre momenty, omijając te złe. To nie była rozmowa, która mogła coś naprawić. Było za późno na naprawę. Ale to była rozmowa, która pozwoliła nam w końcu zdjąć maski. Tej nocy po raz pierwszy od miesięcy zasnęłam spokojnie, choć wiedziałam, że to ostatnia noc w tym domu.
Odwrócił się i wyszedł
Następny dzień był logistycznym koszmarem. Ekipa od przeprowadzek spóźniła się godzinę, winda w bloku się zacięła, a deszcz nie przestawał padać. Biegaliśmy góra-dół, spoceni, zdenerwowani, przerzucając dorobek życia do ciężarówki. Kiedy ostatni karton zniknął w czeluściach samochodu, stanęliśmy w pustym salonie. Na podłodze zostały tylko odciski po meblach, jaśniejsze prostokąty na parkiecie, które świadczyły o tym, że ktoś tu kiedyś mieszkał.
Piotr trzymał w ręku klucze. On wyprowadzał się pierwszy. Ja miałam odebrać swoje nowe mieszkanie dopiero po południu.
— No to… cześć — powiedział, obracając klucze w palcach.
— Cześć, Piotr. Powodzenia.
— Tobie też. Uważaj na siebie.
Zbliżył się, jakby chciał mnie przytulić, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Wyciągnął rękę. Uścisnęłam ją. Jego dłoń była ciepła, szorstka, znajoma. Ten gest, tak oficjalny, tak ostateczny, rozerwał mi serce bardziej niż jakikolwiek krzyk. Odwrócił się i wyszedł. Usłyszałam jego kroki na klatce schodowej, potem trzaśnięcie ciężkich drzwi wejściowych do klatki. I wtedy to nadeszło.
Teraz nie było nic
Zostałam sama w pustym mieszkaniu. Miałam jeszcze godzinę do przyjazdu nowych właścicieli. Usiadłam na parapecie, patrząc na mokrą ulicę. Myślałam, że będę czuła wolność. Przecież tego chciałam. Chciałam końca napięcia, końca udawania, końca tego dziwnego tańca, który odstawialiśmy w kuchni. Chciałam móc oddychać pełną piersią. Ale powietrze w mieszkaniu było martwe.
Nagle uderzyła mnie cisza. To nie była ta spokojna cisza, jakiej szukamy po ciężkim dniu pracy. To była cisza absolutna, gęsta, lepka. Nie było słychać szurania kapci. Nie było dźwięku czajnika. Nie było cichego mruczenia telewizora z drugiego pokoju. Nie było oddechu drugiego człowieka. Przez ostatnie pół roku narzekałam na jego obecność. Marzyłam, żeby zniknął, żeby dał mi spokój. Traktowałam go jak intruza. Ale teraz, gdy go nie było, zrozumiałam coś przerażającego. Jego obecność, nawet ta irytująca, nawet ta milcząca i wroga, była punktem odniesienia. Była dowodem na to, że nie jestem sama na świecie. Nawet kłótnia, nawet zimna wojna wymaga dwóch stron. Jest jakąś formą relacji.
Teraz nie było nic. Pustka zaczęła mnie pożerać. Zaczęłam płakać. Nie płakałam przy rozwodzie, nie płakałam przy pakowaniu. Płakałam teraz, pokonana przez ciszę. Zrozumiałam, że przez te wszystkie miesiące, kiedy żyliśmy jak obcy, wciąż podświadomie czerpałam poczucie bezpieczeństwa z faktu, że on jest za ścianą. Że jeśli upadnę, ktoś to usłyszy. Że jeśli w nocy usłyszę hałas, nie będę musiała sprawdzać go sama. Teraz ta iluzja prysła.
Wstałam z parapetu i przeszłam się po pokojach. Jego pokój był pusty, nie pachniał już nim. W łazience nie było jego ręcznika. Byłam jedynym żywym organizmem w tym betonowym pudełku. Wyjęłam telefon. Przez chwilę miałam szalony impuls, żeby do niego zadzwonić. Żeby powiedzieć mu o tej ciszy, żeby zapytać, czy on też to czuje w swoim nowym miejscu. Ale powstrzymałam się. To by nic nie zmieniło. Mleko się rozlało, wyschło i zostało wytarte.
Kiedy zamknęłam za sobą drzwi i oddałam klucze sąsiadce, która miała je przekazać kupcom, czułam, jakbym zamykała rozdział książki, której nie chciałam doczytać do końca. Wsiadłam do taksówki i podałam nowy adres. Kierowca zapytał o radio.
— Proszę włączyć — powiedziałam szybko. — Cokolwiek. Byle było głośno.
Muzyka wypełniła wnętrze samochodu, zagłuszając moje myśli, ale wiedziałam, że to tylko chwilowe lekarstwo. Wieczorem, w moim nowym, pustym mieszkaniu, cisza wróci. I będę musiała nauczyć się z nią zaprzyjaźnić, bo od teraz będzie moją jedyną współlokatorką. To zabawne, jak bardzo nie doceniamy dźwięku czyjegoś istnienia, dopóki nie zostanie nam odebrany. Nawet jeśli to istnienie było trudne. Nawet jeśli żyliśmy obok siebie, a nie ze sobą. Bo najgorszy w samotności nie jest brak miłości. Najgorszy jest brak echa.
Anna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż odłożył walentynki na później i wyjechał. Jeśli myślał, że zaczekam, to był w wielkim błędzie”
- „Myślałem, że w te walentynki nasza miłość rozkwitnie jak krokusy na wiosnę. Wstyd mi za moją naiwność”
- „Bałam się kolejnego rachunku, bo moje konto świeciło pustkami. Przed sklepem znalazłam coś, co mogło mnie uratować”

