Reklama

20 lat. Tyle minęło, odkąd powiedzieliśmy sobie z Andrzejem „tak”. Mieliśmy wspólne konto, wspólne dziecko, wspólnych znajomych i… coraz mniej wspólnych rozmów. Nasza córka wyfrunęła z gniazda rok temu. Cisza, która po niej została, na początku wydawała się czymś naturalnym. Potem zrozumiałam, że to nie była tylko cisza po dziecku. To była nasza wspólna, oswojona samotność.

Andrzej był moim pierwszym i jedynym mężczyzną. Na początku tak zakochanym, że nosił mnie na rękach. Z czasem – coraz bardziej zamkniętym w sobie. Coraz mniej obecnym. Zawsze tłumaczyłam to sobie jego zmęczeniem, wiekiem, presją w pracy. Potem mówiłam, że to naturalne po tylu latach. A potem... przestałam mówić cokolwiek. Przestałam pytać, gdzie idzie, gdy wychodzi. Przestałam się dziwić, że jego telefon nigdy nie leży ekranem do góry.

To on zaproponował wspólny weekend w hotelu. „Zasłużyliśmy na trochę luksusu” – powiedział. Pomyślałam, że może to jakiś znak. Że jeszcze coś można odratować. Zarezerwowałam więc zabiegi w spa, żeby zająć głowę. Co on wtedy robił? Znikał. Na godzinę, na dwie. „Muszę się przejść” – rzucał beznamiętnie. Nie sprawdzałam.

Po powrocie do domu zapanowała cisza. Jeszcze gęstsza niż zwykle. Kilka dni później przyszła przesyłka z hotelu. A w środku coś, co powiedziało mi więcej, niż wszystkie nasze rozmowy z ostatnich lat.

To nie moja zguba

Wcześniej dzwonili z hotelu, że zostawiłam coś w pokoju, jakiś drobiazg. Uznałam, że pewnie tak było. Teraz dzwonił kurier.

– Pani Helena? Przesyłka do pani – powiedział głos w domofonie.

Podpisałam odbiór, odebrałam pakunek – nieduże kartonowe pudełko, zawinięte starannie w biały papier. Sama byłam ciekawa, co jest w środku. Kiedy rozcięłam taśmę i otworzyłam pokrywkę, zamarłam. Leżał tam srebrny naszyjnik z delikatnymi kamieniami. Kobiecy. Smukły. Elegancki. Obok załączony list, opatrzony logiem hotelu: „Szanowni Państwo, podczas sprzątania pokoju po Państwa wyjeździe znaleziono ten przedmiot. Zgodnie z procedurą odsyłamy go na wskazany adres. Z poważaniem, Zespół Recepcji Hotelu Aurora”.

Wzięłam naszyjnik do ręki. Był chłodny. Obcy. Nie mój. Wiedziałam to od razu, bez cienia wątpliwości. Moja biżuteria leżała tam, gdzie zawsze – w szkatułce w sypialni. Ja niczego nie zostawiłam w hotelu.

– Andrzej, coś przyszło z hotelu – powiedziałam, głośno, niemal obojętnie.

Usłyszałam kroki w przedpokoju. Wszedł do salonu, poprawiając rękaw swetra.

– Coś od hotelu? Dziwne.

Spojrzałam mu prosto w oczy, nie podnosząc głosu.

To nie moje.

Zamarł. Ułamek sekundy. Potem wzruszył ramionami, z wymuszonym uśmiechem.

Pewnie pomylili paczki. Może od poprzednich gości?

Odłożyłam naszyjnik na stół, sięgnęłam po list i przeczytałam jeszcze raz. Miałam pamięć absolutną, jeśli chodzi o biżuterię. To nie było moje. Ale wiedziałam, czyje może być.

Wymyślał kolejne kłamstwa

– Sprzątali po naszym wyjeździe. To nie mogło się tam znaleźć przypadkiem – powiedziałam cicho, patrząc na naszyjnik, jakby był intruzem w naszym salonie.

Andrzej podszedł bliżej. Stanął za moimi plecami, jakby chciał zajrzeć mi przez ramię, ale nie sięgnął po naszyjnik.

– Naprawdę przesadzasz. Przecież ktoś mógł go zostawić wcześniej – rzucił tonem, który miał być uspokajający, ale zabrzmiał pusto.

– Spałam w tym łóżku każdego wieczoru. Chodziłam do spa sama. Ty znikałeś w pokoju – powiedziałam z taką samą obojętnością, z jaką czytałam prognozę pogody.

Nie odpowiedział od razu. Przesunął dłonią po karku. Robił tak zawsze, kiedy próbował coś wymyślić na szybko.

– No błagam, Hela, nie dramatyzuj.

Spojrzałam na niego. Uważnie. Tak jak patrzy się na człowieka, który mówi jedno, a my już znamy prawdę.

– Nazywasz dramatem to, że pytam, skąd się wziął obcy naszyjnik w naszym pokoju hotelowym?

– Może... ktoś z obsługi coś pomylił. Może... sprzątaczka wrzuciła do złego pudełka.

To „może” powtórzył jeszcze ze trzy razy. Za każdym razem ciszej. W jego głosie było coś nowego. Nie gniew. Nie obrona. Coś znacznie bardziej kruchego. Strach. Ten cichy, niewidoczny. Taki, który znałam. Pojawiał się zawsze, kiedy Andrzej wiedział, że coś wyszło na jaw, ale jeszcze nie wiedział, ile dokładnie wiem.

Odwróciłam się powoli, wzięłam naszyjnik i położyłam go na komodzie. Delikatnie. Jakby był z porcelany.

To nie moje – powtórzyłam. – I ty też to wiesz.

Nie odpowiedział.

To był dla mnie symbol

Zostałam sama w salonie. Andrzej wyszedł do kuchni, mówiąc coś o herbacie, ale nie słyszałam odgłosów czajnika. Siedziałam w fotelu, patrząc na naszyjnik, który leżał teraz w cieniu wysokiej lampy. Delikatny łańcuszek, drobne kamienie. Jakby ktoś dobrał go precyzyjnie – nie za drogi, nie tandetny. Taki, który mówi „pomyślałem o tobie”, ale nie „kocham cię do szaleństwa”.

Przypomniało mi się, jak trzy miesiące temu Andrzej zapomniał o naszej rocznicy. Przypomniało mi się, jak wyszedł z domu na „służbową kolację”, a wrócił zmięty, z nowym zapachem na sobie. Tamtej nocy milczałam. Jak zawsze. Przecież „nie wolno być zazdrosną bez dowodów”. Teraz dowód leżał metr od mnie i nawet się nie ukrywał.

Wzięłam telefon, otworzyłam galerię. Weekend w hotelu. Zrobiłam kilkanaście zdjęć – pokoju, kolacji, spa. Na żadnym nie było nas razem. On nie chciał. „Nie lubię się tak fotografować” – powiedział, kiedy próbowałam. Przyszło mi do głowy, że może nie chciał, żeby było jakieś wspólne wspomnienie.

Wstałam. Podeszłam do komody. Obok wazonu z suchą lawendą stała szklana misa – ciężka, z przezroczystego szkła, pamiątka po mojej mamie. Włożyłam naszyjnik do środka. Nie przykryłam. Nie schowałam. Leżał na wierzchu. W pełnym świetle. Centralnie. Symbolicznie. Jak trofeum. Jak świadek. Jak pytanie, na które nie trzeba już odpowiadać.

Moje podejrzenia się potwierdziły

Napisałam do hotelu następnego dnia rano. Oficjalnie, chłodno. Bez emocji. Chciałam uzyskać potwierdzenie, w jakich okolicznościach naszyjnik został znaleziony i co się działo, gdy tam byliśmy. To była prosta prośba, a trzęsły mi się ręce, kiedy klikałam „wyślij”.

Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Tego samego popołudnia. Odpowiedzieli na moje pytania i prośby. Nie mogli mi udostępnić nagrania z kamer, ale potwierdzili, że nie był sam. Przeczytałam to trzy razy. Za każdym razem wolniej. Słowo po słowie. Wszystko było „w porządku”. Może to tylko uprzejme spotkanie przy drinku. Może dwa. Może więcej. A potem może poszli do pokoju. Naszego pokoju.

Już wtedy po prostu wiedziałam. Ten mail był jak pieczątka na czymś, co i tak już było przesądzone. Jak dokumentacja w sprawie, której już nie da się unieważnić. Wstałam, podeszłam do misy. Naszyjnik błyszczał w świetle lampy. Mój oddech był spokojny. Serce też. Jakby ciało uznało, że nie warto się szarpać. Że to nie jest moment na dramaty.

Myślał, że ujdzie mu płazem

Nie powiedziałam mu o mailu. Nie musiałam. Wiedziałam wystarczająco dużo. Wiedziałam wszystko, co istotne. Zaczęłam pakować po cichu. Nie robiłam scen. Żadnych walizek na środku korytarza. Składałam rzeczy do pudeł w garderobie, kiedy był w pracy. Owinęłam porcelanowego anioła z dzieciństwa w starą gazetę. Ubrania układałam ostrożnie, jakby nie chciały wiedzieć, że zmieniają miejsce.

Andrzej zachowywał się, jakby nic się nie stało. Zostawiał mi kawę rano. Otwierał mi drzwi, kiedy wracałam z pracy. Komentował wiadomości w telewizji. A ja odpowiadałam monosylabami. Coraz krócej. Coraz ciszej. Milczenie między nami gęstniało. Dało się je ciąć nożem.

Przyszła sobota popołudniu. Usiadł do obiadu. Ziemniaki, surówka, kotlet z indyka. Codzienność, jakby nic.

Co robisz jutro? – zapytał, krojąc mięso.

Podniosłam głowę.

Pewnie się wyprowadzam – powiedziałam spokojnie.

Zamarł. Widelec zawisł nad talerzem.

– Co? Przestań, przecież… to był jeden naszyjnik.

Spojrzałam mu w oczy.

– Nie. To był koniec. Materiałowy dowód na to, że nie jestem dla ciebie już nawet wartą zachodu tajemnicą.

Nie odezwał się. Żadnego: „To nie tak”, żadnego: „Zostań”. Cisza była jego jedyną reakcją. Ta cisza powiedziała mi więcej, niż mógłby powiedzieć słowami. Wróciłam do pakowania jeszcze tej nocy.

To musiało się skończyć

Wyprowadziłam się tydzień później. Bez dramatów. Bez walizki w progu. Wyniosłam się cicho, jak cień. Zostawiłam klucze w kuchennej szufladzie, obok nożyczek i zapałek. Tak, jak kiedyś ustaliliśmy, że zawsze tam będą, „żeby nie szukać po całym domu”.

Nie pisałam listu. Nie tłumaczyłam się. Zostawiłam tylko jedną rzecz – naszyjnik. Nadal leżał w tej samej szklanej misie. Nie ruszył go. Może bał się go dotknąć, może nie wiedział, co z nim zrobić. Może czekał, aż ja coś powiem. Nie powiedziałam. Nie miałam już nic do dodania.

Zanim zamknęłam za sobą drzwi, spojrzałam jeszcze na salon. Na pustą kanapę. Na ciszę, którą kiedyś dzieliliśmy razem, a potem osobno. Na przestrzeń, w której przez lata zmieściło się wszystko – miłość, rozczarowanie, obojętność. I wreszcie: prawda.

Dzisiaj śpię już spokojnie. Sama. W nowym mieszkaniu, z nowymi kubkami, które wybrałam tylko dla siebie. Czasem czuję lęk – przed przyszłością, samotnością, niepewnością, ale nie przed własnym odbiciem w lustrze. Już nie. Nie wiem, czy go kochałam. Wiem, że siebie już nie nienawidzę za to, że latami udawałam, że nic się nie dzieje. Wreszcie powiedziałam: „Dość”.

Helena, 48 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama