Reklama

Zawsze byłem tym, który ogarnia. Twardo stąpam po ziemi, nie daję się ponieść emocjom, planuję, analizuję, przewiduję. Jestem ojcem dwójki dzieci, mężem Moniki – kobiety, którą kocham, choć czasem mam wrażenie, że nie zawsze umiem jej to pokazać. Mam czterdzieści cztery lata i nie jestem typem faceta, który zostawia coś przypadkowi. Zwłaszcza, gdy chodzi o rodzinę.

Ostatnie miesiące w pracy były koszmarem. Projekty spiętrzyły się jak nigdy, szef oczekiwał cudów, a ja, jak zwykle, nie odmawiałem. Bo przecież „na mnie można liczyć”. Siedziałem po godzinach, tłumaczyłem się dzieciom, że „tata musi jeszcze chwilę popracować”. Patrzyłem, jak Monika przewraca oczami i milknie, a Tosia i Kajtek coraz częściej spoglądają na mnie z dystansem. Potrzebowaliśmy przerwy. Resetu. Czegoś, co sprawi, że znowu poczujemy się jak rodzina. Razem, blisko.

Znalazłem ogłoszenie przypadkiem, w środku listopada. „Kameralny luksus z kominkiem, tylko 200 metrów od morza”. Kliknąłem. Zdjęcia wyglądały jak z katalogu: drewniany domek z ciepłym światłem w oknach, stylowy salon z wielkim kominkiem, a do tego hamaki na tarasie i sauna. Cena? Do przełknięcia, szczególnie poza sezonem.

Czułem dumę, kiedy kliknąłem „Rezerwuj”. W końcu zrobiłem coś dobrego dla nas. Coś, co nas zbliży. Przekonałem Monikę, że warto. Dzieci piszczały z radości. Tosia pakowała książki i swoje „dorosłe” kosmetyki, Kajtek – klocki i dwa pluszaki, bez których nie zasypia. Monika sprawdzała prognozy pogody i listy rzeczy do zabrania, a ja uśmiechałem się pod nosem.

Byłem pewien: to będą ferie idealne. Tydzień nad morzem, tylko my, z dala od wszystkiego. Ciepło kominka, kakao w rękach dzieci, ja i Monika – znowu bliscy. Wszystko miałem pod kontrolą. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Zderzyliśmy się z rzeczywistością

Już po przyjeździe coś mi nie pasowało, ale nie dałem tego po sobie poznać. Ot, drobnostka – dach budynku pokryty starymi liśćmi, trochę zacieków na elewacji, ale przecież liczy się wnętrze, prawda? W środku miało być ciepło, przytulnie, z kominkiem i klimatem jak z folderu reklamowego. Przynajmniej tak to sobie wyobrażałem, wciskając klucz do zamka.

Otworzyłem drzwi i... poczułem chłód, dosłownie. Śmierdziało wilgocią i starą farbą. Tosia od razu skrzywiła się i zakryła nos rękawem kurtki.

– Tato, dlaczego tu śmierdzi?

– Spokojnie, Tosieńko, zaraz się wywietrzy – rzuciłem szybko, jakby to miało cokolwiek załatwić.

Kajtek rozejrzał się po salonie, zrobił parę kroków do przodu i spojrzał na mnie z rozczarowaniem.

– Gdzie jest kominek?

Chciałem odpowiedzieć, ale spojrzałem tam, gdzie wskazywał palcem. To, co miało być kominkiem, było atrapą. Płyta gipsowa, cegiełki z plastiku, w środku jakieś ledy udające płomienie. Nawet nie drgnąłem. Stałem w bezruchu, przez ułamek sekundy nie wiedząc, co powiedzieć. Monika przeszła obok mnie bez słowa, pociągnęła walizkę do środka, spojrzała na ściany, potem na podłogę i na mnie.

– Kamil… tu się nie da mieszkać

Westchnąłem głęboko, próbując nie wybuchnąć.

– Kochanie, już zapłacone. To tylko tydzień, wytrzymamy. Będzie dobrze.

Ale wiedziałem, że nie było. Już wtedy wiedziałem. Przeszliśmy razem do łazienki. Monika zamarła. Na ścianie grzyb, z kranu ciekła woda. Grzejnika nie było. Tylko zimne kafelki i przeciąg ciągnący spod drzwi. Zaczęła drżeć, a może już wtedy ledwo się trzymała.

Zjedliśmy byle co, bo kuchnia ledwo działała. Wieczorem dzieci zasnęły wcześnie, zawinięte w bluzy i kurtki, przykryte wszystkim, co mieliśmy. Monika długo leżała w milczeniu. Nie mówiła ani słowa, tylko odwróciła się ode mnie i patrzyła w ścianę. W końcu usłyszałem, jak pociąga nosem. Cicho, tylko raz, ale nie zasnęła długo po tym.

Leżałem obok niej i zaciskałem zęby. Czułem, jak cała pewność siebie gdzieś odpływa. A to był dopiero pierwszy wieczór. Miałem plan, miałem wszystko zaplanowane. Ale nic z tego nie działało.

Próbowałem ratować sytuację

Rano wstałem pierwszy. Nie dlatego, że byłem wyspany. Spałem źle, właściwie wcale, ale nie mogłem znieść ciszy, która wisiała w powietrzu od poprzedniego wieczoru. Monika udawała, że śpi. Leżała sztywno, zaciśnięte usta, nieruchoma jak kamień. Dzieci kręciły się pod kołdrami. Tosia miała czerwony nos, a Kajtek spał z kapturem od bluzy naciągniętym na głowę. Z kuchni dobiegał szum lodówki.

Pojechałem do sklepu w sąsiednim miasteczku. Nie tłumaczyłem się, nie zapowiedziałem wyjazdu. Chciałem choć przez chwilę udawać, że mam kontrolę nad sytuacją. Kupiłem grzałkę, dwa termofory, gruby koc z różowym misiem, drugi – szary w pingwiny. Do tego pakiet świec zapachowych i najtańszy przedłużacz. Wziąłem jeszcze herbatę malinową i słoik miodu. Przynajmniej tyle mogłem im dać.

Wróciłem, zanim wstali. Rozłożyłem grzałkę w łazience, wsunąłem termofory pod kołdry, zapaliłem jedną świeczkę na stoliku. Wszystko po cichu, byle ich nie zbudzić. Kiedy Tosia weszła do salonu, wyciągnąłem różowy koc i rozłożyłem go teatralnie na sofie.

– Zobacz, Tosia, mamy różowy koc w misie. Fajny, co?

Spojrzała na mnie bez entuzjazmu, jakby robiła mi przysługę.

– Może być – burknęła i usiadła, zawijając się tylko do połowy.

Monika zeszła chwilę później. Spojrzała na to wszystko – świeczki, grzałkę, termofory – i nic nie powiedziała. Dopiero gdy zaczęła robić herbatę, odwróciła się do mnie bokiem.

– Trzeba było sprawdzić ten nocleg dokładniej.

Poczułem, jak coś się we mnie zbiera. Nie miałem siły przepraszać, nie miałem siły znów się tłumaczyć.

To zawsze ja wszystko muszę ogarniać – powiedziałem zbyt ostro, sam się sobie zdziwiłem.

Nie odpowiedziała. Przeszła obok mnie, jakbym był tylko meblem. Zamknęła się z dziećmi w pokoju. Z salonu słyszałem, jak rozmawiają cicho, Kajtek się śmieje. Mnie nie zawołali.

Siedziałem przy stole i patrzyłem na telefon. Próbowałem znaleźć atrakcje w okolicy, coś, cokolwiek, co mogłoby ten tydzień uratować. Ale z każdą kolejną stroną ogarniało mnie poczucie bezsensu. Pogoda do niczego, morze lodowate. Deszcz ze śniegiem zapowiadany przez pięć kolejnych dni. Wszędzie daleko, wszędzie drogo, a dzieci i tak nie będą miały frajdy, jeśli Monika będzie chodziła z tym spojrzeniem, jakby była tu za karę.

Nie byliśmy razem. Mieszkaliśmy w jednym domku, ale każdy z nas próbował przetrwać po swojemu. Monika – w ciszy. Dzieci – w tabletach. Ja – w idiotycznej nadziei, że jeszcze to jakoś naprawię.

Miałem dość jej milczenia

Cisza między nami zaczęła gęstnieć. Mijał trzeci dzień, a każde słowo wypowiedziane do Moniki było jak rzucony kamień, który spadał bez echa. Mówiła tylko do dzieci. Ja byłem tłem – tym, co stoi, siedzi, gotuje, kupuje. Wieczorami zasypialiśmy oddzieleni pustką. Próbowałem zagaić, zapytać, powiedzieć coś głupiego, byle ją rozśmieszyć. Patrzyła wtedy na mnie długo i beznamiętnie, jakby oceniała, czy w ogóle warto odpowiadać.

W końcu pękłem. To był wieczór, jak każdy inny. Deszcz bębnił o dach, dzieci zniknęły w swoim świecie, Monika siedziała na fotelu i stukała w telefon.

– Ty w ogóle zamierzasz ze mną porozmawiać? – zapytałem.

Nie podniosła wzroku.

– O czym?

– O tym, że jestem tutaj sam. Że próbuję to wszystko jakoś sklejać, a ty udajesz, że mnie nie ma.

Wtedy odłożyła telefon i spojrzała mi prosto w oczy.

– Nie chodzi o nocleg. Chodzi o to, że nie słuchasz.

– Co? – parsknąłem. – Przecież wszystko to zrobiłem dla was. Dla waszej wygody!

– My nie chcemy wygody. Chcemy ciebie. Obecnego, Kamil.

Miała spokojny głos, aż mnie to zabolało. Nie krzyczała, nie rzucała słów. Mówiła jak ktoś, kto od dawna już się żegna, tylko druga strona jeszcze tego nie zauważyła.

– Zawsze myślisz, że wystarczy zorganizować, zapłacić, załatwić. Że emocje można rozwiązać logistyką. Ale ja nie potrzebuję termoforu. Potrzebuję męża, który zobaczy, że coś między nami się psuje. Od dawna.

Zamilkła. Wtedy z pokoju wyjrzała Tosia. Milczała, stała w drzwiach jak cień. Zobaczyła nas i zniknęła.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziała Monika, cicho. – Że ja już nawet nie chcę się z tobą kłócić.

Nie umiałem odpowiedzieć. Czułem, jak każda z tych fraz wbija się we mnie. Miałem dość. Chciałem wyjść, trzasnąć drzwiami, pojechać na koniec świata, byle nie słyszeć jej głosu. Ale stałem, jak wmurowany. A ona wstała, ominęła mnie i poszła do dzieci. I znów zostałem sam.

Czekaliśmy na powrót

Reszta wyjazdu to była gra w udawanie. Udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Monika uśmiechała się do dzieci, odpowiadała na pytania, nalewała zupę do talerzy. Ja robiłem zdjęcia, wrzucałem fotki z morzem, żeby pokazać rodzinie. Tosia mówiła, że się nudzi. Kajtek oglądał bajki na tablecie i zasypiał w ciuchach, jakby chciał być gotowy do powrotu w każdej chwili.

Nie rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło. Monika nie wróciła do tamtego wieczoru, a ja nie miałem odwagi zapytać, co dalej. Siedzieliśmy przy jednym stole, jedliśmy te same śniadania, patrzyliśmy przez to samo okno, ale byliśmy osobno. Kiedyś wystarczyło jedno słowo, by się porozumieć. Teraz nie wystarczały nawet całe zdania.

Na spacerach szliśmy osobno. Ja z przodu, dzieci pośrodku, Monika na końcu. Nikt się nie skarżył, nikt nie prosił o rękę, nie zatrzymywał się przy muszelkach. Zamiast budować wspomnienia, czekaliśmy, aż to się skończy. W nocy Monika spała zwrócona plecami. Nawet nie drgnęła, gdy przykryłem ją kocem. Czułem się obcy we własnej rodzinie. I chyba na to zasłużyłem.

Ostatniego dnia pakowaliśmy się w milczeniu. Nikt się nie śpieszył, ale też nikt nie chciał zostać. Pojechaliśmy bez śniadania. Droga powrotna była cicha. Tylko radio grało sennie w tle, ale i ono w końcu ucichło. Tosia zasnęła z głową opartą o szybę. Monika patrzyła w telefon. Ja prowadziłem i miałem wrażenie, że wracamy do czegoś gorszego niż ten dom z atrapą kominka. Wracaliśmy do pustki, która przestała być chwilowa.

Na trzydzieści kilometrów przed domem odezwał się Kajtek. Głos miał zmęczony, ale pogodny.

Fajnie było spać razem.

Spojrzałem na niego przez lusterko. Uśmiechał się, jakby naprawdę coś mu się podobało. Przez moment nie mogłem złapać oddechu. W gardle zebrała mi się gula, której nie potrafiłem przełknąć. Chciałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem co. Monika spojrzała na mnie wtedy pierwszy raz od trzech dni. Nie uśmiechnęła się, ale i nie odwróciła wzroku.

Chcę to odbudować

Zanim dojechaliśmy pod blok, Tosia się obudziła. Kajtek jeszcze drzemał, trzymając w rękach pluszowego pieska. Monika pierwsza wysiadła z auta i zaczęła wypakowywać torby, nie patrząc na mnie, nie prosząc o pomoc. Wszystko robiła mechanicznie. Znałem ten ruch – kobieta, która nie chce być zależna, która wszystko robi sama, bo wie, że nie ma na kim się oprzeć. Zawsze mi to w niej imponowało, a teraz mnie bolało.

Zostawiłem dzieci na górze i wróciłem jeszcze na chwilę do samochodu, niby po jakiś drobiazg. Tak naprawdę chciałem odetchnąć. Usiadłem w środku i poczułem, jak dopada mnie zmęczenie. Nie z podróży, tylko z powodu tej całej iluzji, którą sam sobie stworzyłem. Ze złudzenia luksusu, który istniał tylko na zdjęciach. Z wiary, że da się coś załatwić pieniędzmi i dobrymi intencjami, nie słuchając, nie dostrzegając drugiego człowieka naprawdę.

Zawiodłem. Nie jako organizator ferii, ale jako partner. Myślałem, że wszystko da się utrzymać, jeśli tylko będę odpowiedzialny, zaradny, jeśli zadbam o detale. Ale nie zadbałem o najważniejsze – o nas.

Monika nie powiedziała mi nic, gdy wróciłem. Położyła dzieci spać, zamknęła się w łazience i słyszałem tylko, jak spuszcza wodę i myje ręce. Każdy jej ruch był spokojny, powtarzalny, jakby przećwiczony tysiące razy. Jakby uczyła się nowej codzienności – beze mnie. Wyszedłem do kuchni, nalałem sobie herbaty. Gapiłem się w parujący kubek, aż podszedł Kajtek. Uśmiechnięty, z rozczochraną czupryną, spojrzał na mnie z dołu.

– Tato, a jak znowu pojedziemy, to mogę spać z Tosią i z tobą?

Pokręciłem głową. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

– Bo było cieplutko. I jak się śmiałeś, to mamie też się oczy świeciły.

Zamilkłem. Dotknął mnie lekko w ramię i pobiegł do pokoju. A ja zostałem, z jego słowami, które zabrzmiały mocniej niż cokolwiek, co powiedziała Monika przez ostatnie dni. Nie wiem, od czego zacząć. Nie wiem, jak wrócić. Ale wiem, że chcę. Że muszę. Może już za późno. Może Monika wybrała już inne życie, w którym nie jestem potrzebny. Ale dopóki jeszcze mogę zapytać, czy wróci, będę próbował.

Tylko czy da się coś jeszcze zbudować z tego, co zostało?

Kamil, 44 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama