„Po powrocie z ferii nie wiedziałam, w co mam ręce włożyć. Ja biegałam z koszem pełnym prania, a mąż migał się od roboty”
„Nagle zobaczyłam te dni wyraźnie. Wszystko tam robiłam sama. Wszystko dźwigałam ja. A on po prostu był. Ale nie ze mną. Obok. Zadowolony, że znowu się udało prześlizgnąć przez kolejny wspólny czas bez odpowiedzialności. Bez wysiłku”.

- Redakcja
Powrót z ferii. Trzecia pralka chodzi, dzieci się drą o tablet, a ja mam wrażenie, że zaraz nie wytrzymam. Podłoga usłana skarpetkami, kurtkami, pojedynczymi rękawiczkami. Plecaki porzucone na środku korytarza. W kuchni mleko wykipiało, bo starszy postanowił sam zrobić kakao. Młodsza płacze, bo brat zmienił hasło do komputera. A on siedzi. Marcin. Mój mąż. Siedzi przy stole, z kubkiem kawy w ręce, i patrzy przez okno. Jakby go to nie dotyczyło. Jakby ta rozwałka nie była częścią jego rzeczywistości. Jakby nie wrócił z nami z tych samych ferii.
– W końcu odpoczęliśmy, co? – rzuca, z takim błogim uśmiechem, że aż chce mi się śmiać. Albo płakać.
Nie odpowiadam. Nie chce mi się wchodzić w to teraz. Jeszcze nie. Może jutro, jak się wyśpię. Tylko że nie wiem, kiedy ostatnio się naprawdę wyspałam. Zjeżdżał na desce, śmiał się z dzieciakami na stoku, wieczorem przeglądał telefon. Ja? Szukałam zagubionych rękawiczek, pakowałam plecaki, smarowałam nosy kremem z filtrem. Planowałam, dbałam, pilnowałam, by wszystko się kręciło. Ale to on odpoczął. Odpoczęliśmy. Tylko że ja wróciłam bardziej zmęczona, niż byłam przed wyjazdem. Fizycznie i psychicznie wypompowana. I coraz częściej myślę, że nie chodzi tylko o ferie. Ani o brak snu. Ani nawet o te rękawiczki. Chodzi o coś więcej.
Taki już ten rodzinny wyjazd
Dzieci już spały. W pokoju było cicho, tylko zza ściany dobiegał cichy szum pralki. Siedziałam przy stole i przeglądałam zdjęcia z ferii. Marcin wszedł do kuchni, nalał sobie herbaty i oparł się o blat.
– Fajne ferie były, co? – rzucił, jakby rozmawiał o serialu.
– Naprawdę? – odłożyłam telefon. – Myślisz, że było fajnie?
– A nie? Dzieciaki zadowolone, pogoda dopisała... W końcu odpoczęliśmy.
Patrzyłam na niego w milczeniu. Usiadł naprzeciwko i pił powoli. Gdy nie odpowiedziałam, wzruszył ramionami i spojrzał na mnie z lekkim rozbawieniem.
– Co? Znowu coś jest nie tak?
– Nie "znowu", tylko wciąż – odpowiedziałam. – Ty naprawdę myślisz, że to był wspólny wyjazd? Ja przez cały tydzień byłam opiekunką, kucharką, logistykiem.
– Przestań. Przecież też się bawiłaś. Widziałem, jak zjeżdżałaś z małą. Śmiałaś się.
– Raz. Raz zjechałam. I tylko dlatego, że ją prosiłam, żebyśmy były chociaż chwilę razem. Resztę czasu stałam w kolejce do wypożyczalni albo suszyłam ci rzeczy.
– No i co z tego? Przecież wiadomo, że ktoś musi ogarnąć – odpowiedział, wzdychając. – Taki już ten rodzinny wyjazd.
– Widzisz, co się dzieje? Ty w ogóle tego nie widzisz. Bo nigdy cię nie ma.
– O co ci znowu chodzi? Przecież też byłem zmęczony. Codziennie przecież byłem na stoku. Dzieciaki...
– Ty byłeś zmęczony od śniegu, ja – od ciebie.
Zamilkł. Patrzył na mnie, jakby pierwszy raz usłyszał te słowa, ale nie rozumiał ich sensu. Odsunęłam krzesło i wstałam.
– Nie chcę już z tobą nigdzie jeździć. Bo to nie są wspólne ferie. To jest urlop dla ciebie.
Nie odpowiedział. Odstawił kubek i zaczął zbierać talerze po kolacji. Może próbował uciec od rozmowy. A może naprawdę uważał, że wystarczy zebrać naczynia, żeby wszystko wróciło do normy. Ale ja już nie chciałam wracać.
Jakbyś żył obok mnie, nie ze mną
Następnego dnia było cicho. Nie padło żadne „przepraszam”, żadna próba rozmowy. On poszedł do pracy wcześniej niż zwykle, ja zrobiłam śniadanie dzieciom i odprowadziłam je do szkoły. Wróciłam do pustego mieszkania i długo siedziałam przy stole, patrząc na zaschnięty ślad po herbacie. Otworzyłam wiadomości do Karoliny. Zaczęłam pisać, że już nie daję rady, że czuję się jak cień samej siebie, że on nie rozumie niczego i nawet nie próbuje. Ale po chwili skasowałam wszystko. Nie chciałam znowu brzmieć jak ktoś, kto się żali. Nawet przed przyjaciółką. Wieczorem spróbowałam z nim porozmawiać. Nie podnosiłam głosu. Usiadłam obok, kiedy dzieci poszły spać, i powiedziałam spokojnie:
– Musimy pogadać. Nie tylko o tych feriach, ale o wszystkim. Bo to się dzieje od dawna, a ja już nie wiem, jak mam to wytrzymać.
Marcin nie odłożył telefonu, tylko patrzył na mnie znad ekranu.
– O czym dokładnie? Przecież wszystko jest jak zawsze.
– No właśnie. Jak zawsze. I to jest największy problem.
Westchnął i odłożył telefon.
– Iza, nie rozkręcaj się. Serio. Przecież mamy normalne życie. Dom, dzieci, wyjazdy. Co ci nie pasuje?
– To, że muszę walczyć o każdy twój gest. O rozmowę. O chwilę zainteresowania. Bo jak nie zrobię awantury, to mnie nie ma. Jakbyś żył obok mnie, nie ze mną.
– Ale to nieprawda. Przesadzasz. Przecież jesteś ważna. Przestań dramatyzować.
Zacisnęłam dłonie, żeby nie wybuchnąć. Mówiłam dalej, choć czułam, że zderzam się ze ścianą.
– Chcę, żebyś zobaczył, co się dzieje, zanim odejdę. Bo serio – jestem blisko.
Parsknął pod nosem i pokręcił głową.
– Znowu te teksty? Wszyscy mają ciężko, Iza. Praca, dzieci, obowiązki. Co ja mam jeszcze zrobić, żebyś przestała być niezadowolona?
– Przestań myśleć tylko o sobie. Bo ty nie widzisz nic poza sobą.
Wstał i wyszedł z kuchni. Zostawił mnie samą z tymi słowami, jakby nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. A ja siedziałam, jakby mnie tam wcale nie było. Tylko że byłam. I bolało.
Najbardziej czułam ulgę
Słyszałam, jak rozmawia przez telefon, choć starał się mówić ciszej. Byłam w łazience i nie planowałam podsłuchiwać, ale głos niósł się przez drzwi. Mówił do brata. Opowiadał, że w domu znowu napięta atmosfera, że „Iza ma jakieś fochy” i że „nie wiadomo, co jej się tym razem odwidziało”. Potem zaśmiał się i dodał:
– Wiesz, kobieta po trzydziestce. Sama nie wie, czego chce.
Stałam tam w ciszy, z ręcznikiem w rękach, i nagle odechciało mi się wszystkiego. Wyszłam bez słowa i spojrzałam na niego. Zamarł z telefonem w dłoni. Wiedział, że słyszałam. Wiedział, że będzie musiał coś powiedzieć. Ale nawet wtedy nie przeprosił.
– Serio? Tak mnie postrzegasz? Jako rozhisteryzowaną kobietę po trzydziestce z fochami?
– Nie o to mi chodziło – zaczął, podnosząc ręce. – Mówiłem do brata, no… Wiesz, w żartach. Przesadzasz.
– W żartach? W żartach mówisz, że mnie nie rozumiesz, że jestem kaprysem, problemem, który trzeba przeczekać? W żartach mówisz, że wszystko jest jak zawsze, jakby to miało cokolwiek wspólnego z normalnością?
– Przestań robić sceny, Iza. Już późno.
– To nie są sceny. To jest moje życie. Którego już nie chcę z tobą dzielić.
Zamarł. Spojrzał na mnie, jakby pierwszy raz naprawdę usłyszał, co mówię.
– Zaraz, co ty wygadujesz? Serio mówisz o jakimś rozstaniu?
– Serio. Bo jedyne czego mi teraz trzeba, to urlopu od ciebie.
Nie odpowiedział. Odsunął się i wyszedł z pokoju. A ja stałam tam, spokojna. Nie dlatego, że nic nie czułam. Przeciwnie. Czułam wszystko – gniew, zawód, smutek, zmęczenie. Ale najbardziej czułam ulgę.
Nie muszę dalej udawać, że wszystko gra
Spakowałam kilka rzeczy i zawiozłam dzieci do mamy. Powiedziałam im, że zostaniemy na kilka dni. Bez szczegółów, bez dramatów. Po prostu musiałam się stamtąd wyrwać. Kiedy zamykałam za sobą drzwi mieszkania, Marcin nawet nie zapytał, gdzie jadę. Usłyszał, jak szuram walizką po korytarzu, ale nie wyszedł z pokoju. Może myślał, że się obraziłam i zaraz wrócę. A może było mu już wszystko jedno. Mama otworzyła drzwi w fartuchu, z mąką na dłoniach. Od razu widziała po mnie, że coś się stało. Ale nie zadawała pytań. Wstawiła wodę na herbatę, nakarmiła dzieci i odciągnęła mnie do drugiego pokoju.
– Powiedz mi – zaczęła cicho – co on znowu zrobił?
Nie wiedziałam, od czego zacząć.
– Ja już nie chcę z nim być – powiedziałam w końcu. – Bo to nie jest małżeństwo. To jest współlokatorstwo z obowiązkami. Bez wsparcia, bez obecności, bez słów.
Mama patrzyła na mnie długo, potem kiwnęła głową, jakby usłyszała coś, czego się spodziewała.
– Kiedyś też próbowałam to wszystko dźwignąć sama – powiedziała. – Tylko wtedy się nie mówiło głośno. Dzieci były, dom był, to się milczało.
– Ja już nie chcę milczeć. Bo zniknę.
Podeszła do mnie i usiadła obok. Wzięła mnie za rękę, jak wtedy, gdy byłam mała i dostałam jedynkę. I kiedy tata trzaskał drzwiami i wychodził z domu. W nocy nie spałam. Dzieci oddychały miarowo w drugim pokoju, a ja leżałam w starej pościeli, patrząc w sufit. Przypominałam sobie ferie. Jak rano wstawałam przed wszystkimi, robiłam kanapki, szykowałam termosy, smarowałam dzieciom twarze kremem. Jak wieczorem układałam rzeczy do wyschnięcia, robiłam pranie, szukałam zagubionych rękawiczek. Jak próbowałam złapać z Marcinem kontakt, a on tylko machał ręką i mówił, że „jest spoko”.
Nagle zobaczyłam te dni wyraźnie. Wszystko tam robiłam sama. Wszystko dźwigałam ja. A on po prostu był. Ale nie ze mną. Obok. Zadowolony, że znowu się udało prześlizgnąć przez kolejny wspólny czas bez odpowiedzialności. Bez wysiłku. Rano spojrzałam w lustro. Wyglądałam inaczej. Nie byłam silniejsza, ale byłam spokojniejsza. Po raz pierwszy od dawna czułam, że mam prawo do tego spokoju. Że nie muszę dalej udawać, że wszystko gra.
Gotowa, żeby iść dalej, sama
Przyszedł w niedzielę po południu. Dzieci były na spacerze z mamą. Usłyszałam dzwonek i przez chwilę miałam nadzieję, że to ktoś inny. Ale kiedy otworzyłam drzwi, zobaczyłam go, jak stoi ze spuszczoną głową, trzymając ręce w kieszeniach kurtki, której zawsze zapominał zapiąć.
– Możemy pogadać? – zapytał cicho.
Weszliśmy do pokoju. Usiadł na fotelu, w którym dawniej siadywał mój ojciec. Ja nie usiadłam od razu. Patrzyłam na niego długo, w ciszy, jakby miał coś powiedzieć, jakby sam z siebie, pierwszy raz, powiedział coś prawdziwego.
– Nie wiedziałem, że to aż tak – odezwał się w końcu. – Może trochę się zagubiłem. Te obowiązki, dzieci, praca. Ale nie wiedziałem, że aż tak cię zawiodłem.
Nie powiedziałam nic. Zbyt wiele razy już słyszałam takie słowa. Zbyt wiele razy myślałam, że jak usłyszę „przepraszam”, to coś się zmieni. Ale to nigdy nie działało.
– Iza, nie jestem ideałem. Wiem. Ale może przesadziliśmy z tą separacją. Dajmy sobie czas. Pogadajmy. Spróbujmy...
– Nie chcę słyszeć pustych słów – przerwałam. – Chcę konkretów. Co konkretnie jesteś gotów zmienić?
Zamilkł. Patrzył na mnie z niepewnością. Poruszył się niespokojnie na fotelu, jakby szukał odpowiedzi, ale nie miał żadnej.
– No? – powtórzyłam. – Co konkretnie?
– Ja cię kocham – powiedział po chwili. – Serio. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.
– Nie chodzi o słowa – odpowiedziałam. – Chodzi o to, że kochasz siebie bardziej niż nas.
Zrobiło się cicho. Spojrzał w bok, potem na mnie, jakby chciał mnie przekonać wzrokiem. Ale nie miał nic więcej. Ani pomysłu, ani działania, ani odwagi.
Wstałam.
– Muszę zająć się dziećmi – powiedziałam. – Jeśli naprawdę coś zrozumiałeś, to nie mów mi tego. Pokaż. Ale nie obiecuj mi znowu rzeczy, których nie spełnisz.
Wyszedł bez słowa. A ja zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Nie płakałam. Nie krzyczałam. Nie trzęsły mi się ręce. Byłam spokojna. I gotowa, żeby iść dalej, sama.
Nie wiem, co będzie dalej
Wróciłam do mieszkania kilka dni później. Sama. Dzieci zostały u mamy jeszcze na weekend. W środku panowała cisza. Wszystko było na swoim miejscu, nic się nie zmieniło. I właśnie to najbardziej mnie uderzyło – że tu nigdy nic się nie zmieniało. Wstawiłam wodę na herbatę i przysiadłam na kanapie. Usiadłam w miejscu, gdzie zazwyczaj siadał Marcin. Rozejrzałam się po pokoju, jakby to był cudzy dom. Albo dom, w którym już mnie nie ma. Przez chwilę przyszła myśl, czy dobrze zrobiłam.
Podeszłam do komody, wyjęłam z niej zdjęcie z ostatnich ferii. Wszyscy uśmiechnięci. On z dziećmi, ja z boku. Nie byłam tam, choć byłam. W tle, jak ozdoba, jak cień. Spojrzałam na siebie i poczułam, że tej kobiety już nie ma. I dobrze. Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem, jak to się wszystko ułoży. Może wrócimy do siebie. Może nie. Ale jedno wiem na pewno – nie pozwolę już, by mnie nie było. Nie będę już tłem. Nie będę dźwigać w milczeniu tego, co powinniśmy nieść razem.
Zasługuję, by ktoś mnie zobaczył. Naprawdę. Nie jako matkę, nie jako organizatorkę życia, nie jako wsparcie w tle. Jako kobietę. Obecną, czującą, zmęczoną, ale prawdziwą. To nie były ferie. To był urlop od ciebie. I od życia, które mnie wymazywało. I nigdy więcej nie dam się wymazać.
Iza, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie znoszę gotowania, a mąż mówi, że to obowiązek kobiety. Jeszcze słowo i będzie się żywił tylko jajecznicą”
- „Mąż twierdzi, że stałam się zimna i nieczuła. Zapomniał, że sam lata temu zamienił nasze małżeństwo w krainę lodu”
- „Czułam, że mój mąż ma coś na sumieniu. Nasze małżeństwo już od dawna było kruche jak lód na Bałtyku”

