Reklama

Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz czułam się częścią prawdziwej rodziny. Takiej, która nie rozpadnie się pod byle pretekstem, gdzie więzy są silniejsze niż urażona duma, pieniądze czy niezałatwione sprawy z przeszłości. Może wtedy, gdy byłam małą dziewczynką i wszystko wydawało się prostsze?

Wolałam babcię niż mamę

Zawsze powtarzałam, że gdyby nie babcia, chyba nigdy nie miałabym poczucia, że ktoś mnie naprawdę rozumie. To ona nauczyła mnie gotować rosół, pokazywała, jak łatać skarpetki, kiedy w domu znów brakowało pieniędzy, zabierała mnie na spacery po starym ogrodzie i opowiadała, co się działo "za jej czasów". Kiedy rodzice się kłócili, babcia potrafiła mnie przytulić i powiedzieć szeptem do ucha: – Nie martw się, Asieńka. Na świecie jest mnóstwo dobrych ludzi. Tylko czasem chowają się za grubą skorupą.

Z mamą, Ewą, miałam relację poprawną, ale chłodną. Nie rozumiałyśmy się, chociaż próbowałyśmy. Byłam jej córką – a jednak czułam się zawsze trochę obok. Może to przez to, że ona sama ciągle była spięta, zabiegana, wiecznie zmęczona życiem. Mój wujek Marek, brat mamy, był za to przeciwieństwem całej rodziny – dusza towarzystwa, zawsze dowcipny, trochę nieobecny, ale z sercem na dłoni. Z nim widywałam się rzadko, choć zawsze robił wokół siebie dużo zamieszania na rodzinnych imprezach.

A potem przyszła śmierć babci. Wszystko, co jeszcze nas łączyło, pękło jak bańka mydlana. Jej pogrzeb… Pamiętam tylko ciepło słońca na policzku, ciemne okulary matki, ręce trzęsące się od nerwów, szloch dzieciaków z rodziny i ten paraliżujący ból w klatce piersiowej. Gdzieś obok szeptali ludzie z sąsiedztwa. W pewnym momencie usłyszałam, jak ktoś – chyba ciocia – powiedział: – Teraz to trzeba będzie wszystko uporządkować. Tak dużo zostało…

Jeszcze tego samego dnia zaczęło się coś, czego nigdy się nie spodziewałam. I już nic nie było takie samo.

Spotkaliśmy się po pogrzebie

Po pogrzebie zebraliśmy się w domu babci. Siedzieliśmy w salonie, każdy na swoim skrawku kanapy lub krzesła, popijając zimną kawę i udając, że jeszcze jesteśmy rodziną. Przez chwilę było cicho, jakby żałoba miała nas połączyć, ale to była tylko cisza przed burzą.

Wujek Marek przełamał ją pierwszy.

– Słuchajcie, chyba powinniśmy szybko ustalić, jak podzielimy sprawy po mamie. Przecież nie ma co tego przeciągać – powiedział i spojrzał po wszystkich, jakby oczekiwał aprobaty.

Mama od razu się spięła, ścisnęła filiżankę w dłoni.

– Naprawdę, Marek? Nawet nie minął dzień, a ty już o dzieleniu majątku?

– Ja tylko chcę, żeby było jasne – odpowiedział, podnosząc głos. – Mama obiecała mi działkę, o tym wszyscy wiedzieli.

Nagle zrobiło się cicho.

– O, tak, obiecała ci wszystko – weszła mu w słowo ciotka. – Ale kto tu przyjeżdżał, kiedy chorowała? Ty? Byłeś tylko na święta.

Nie wypominaj, ile razy pomagałem finansowo – odparł Marek. – Może i nie byłem codziennie, ale nie musiałem się o nic prosić.

Słuchałam tego wszystkiego z narastającym gniewem. Głosy podnosiły się coraz bardziej, wypominano sobie opiekę, zakupy, pieniądze. Zrobiło się żenująco. Poczułam rozczarowanie, jakiego nie znałam. W mojej głowie pulsowała jedna myśl: babcia by tego nie chciała. Kiedy przestaliśmy być rodziną? A oni? Kłócili się już o każdy drobiazg.

Myślałam, że mama mi wyjaśni

Następnego dnia odwiedziłam mamę. Siedziała przy kuchennym stole, dłubiąc łyżeczką w niedopitej herbacie. Przez chwilę milczałam, patrząc na jej zaciśnięte usta, zmarszczone czoło, spojrzenie wbite gdzieś w blat. Zebrałam się na odwagę.

– Mamo, czemu to się tak szybko rozsypało? Jeszcze wczoraj staliście obok siebie nad trumną.

Spojrzała na mnie twardo.

– Bo życie to nie teatr, Joasiu. Ludzie pokazują różne twarze, jak trzeba. I przestań mnie oceniać.

Poczułam ścisk w gardle, ale nie chciałam odpuścić.

– Nie oceniam cię, tylko… czy naprawdę kasa jest ważniejsza od rodziny? O co tak naprawdę chodzi z tą działką? Co babcia obiecała Markowi?

Wtedy wybuchła.

– Łatwo ci mówić! Nie masz pojęcia, co ja musiałam przeżyć z twoją babką! Całe życie tylko ona, ona i jej oczekiwania! Teraz Marek się znalazł, jak coś do podziału zostało!

Patrzyłam na nią, czując, jak coś się we mnie łamie. Jej głos drżał od tłumionych łez albo złości, sama nie wiedziałam. Nie poznałam własnej matki. W tamtym momencie czułam, jakby świat, który znałam, rozpadł się na kawałki.

Chcesz znać prawdę? – powiedziała cicho, spuszczając wzrok. – Czasem lepiej nie wiedzieć wszystkiego o własnej rodzinie.

Zostałam z tymi słowami, a w głowie zaczęły rodzić się podejrzenia, że w tej historii jest coś, o czym nikt mi nie powiedział.

Kłócili się o działkę

W czwartek po południu poszłam do domu babci, niby tylko po stare zdjęcia. Dom był prawie pusty, ale z korytarza usłyszałam głosy matki i wujka. Przystanęłam pod drzwiami, nawet nie specjalnie się skradając – po prostu nie chcieli, żebym ich usłyszała.

– Przecież sama mówiłaś, że ta działka miała być dla mnie – Marek szeptał z rozdrażnieniem.

– Mówiłam, bo mama tak chciała, ale nie zostawiła testamentu, więc nic nie dostaniesz – matka była zimna jak lód.

– Ewa, nie bądź taka. To było jej słowo. Przecież nie zrobiła tego na piśmie, ale wszyscy wiedzieli, że ta ziemia jest dla mnie!

– Słowo to nie dokument. Jak ci się nie podoba, idź do sądu – odpowiedziała. – Ja nie pozwolę, żebyś się teraz nachapał. Ja tu byłam codziennie, pamiętasz? Ty miałeś czas tylko, kiedy trzeba było pochwalić się nowym autem.

Nie wytrzymałam. Wparowałam do środka.

– Więc to prawda. Kłócicie się o działkę. Babcia dopiero zmarła, a wy już gotowi jesteście wszystko zagarnąć – powiedziałam drżącym głosem.

Matka odwróciła się gwałtownie.

– Asiu, to nie tak…

Marek tylko wzruszył ramionami.

Zobaczysz, Ewa, pójdę do sądu. Nie mam zamiaru rezygnować.

W tej chwili wiedziałam już, że nie chodzi o pamięć po babci, tylko o zwykłe pieniądze. Głos mi się załamał.

– Wiecie co? Róbcie, co chcecie. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego – wyrzuciłam i wybiegłam z domu, trzaskając drzwiami.

Na klatce schodowej poczułam tylko pustkę. Tak, rodzina właśnie się rozpadła.

Byłam na nich zła

Przez kolejne dni nie wracałam do mieszkania. Zatrzymałam się u Magdy, mojej przyjaciółki z liceum, która nie zadawała pytań, tylko po prostu podała mi kubek herbaty i koc. Wychodziłam rano, zanim wstała, wracałam późno. Całe godziny spędzałam w pracy i na długich spacerach – szłam przed siebie bez celu, odwiedzając miejsca, gdzie babcia kiedyś prowadzała mnie za rękę.

W głowie mieliłam bez przerwy te same pytania. Czym jest rodzina? Dlaczego wystarczy trochę pieniędzy, żeby ludzie, którzy płakali razem nad trumną, zaczęli warczeć na siebie jak obcy? Czy babcia wiedziała, że tak to się skończy? Czułam do nich wszystkich żal, ale najbardziej do siebie, bo łudziłam się, że będzie inaczej.

Wieczorami siadałam na parapecie, patrzyłam w światła miasta i pisałam do babci listy na wyrwanej z zeszytu kartce. Nie potrafiłam ich nawet skończyć. „Brakuje mi ciebie. Tęsknię. Bez ciebie wszyscy się gubimy.”

Minęło kilka dni. Magda zapytała, czy zamierzam wrócić. Wzruszyłam ramionami.

– Chyba muszę. Ale już wiem, że to nie będzie powrót do domu, tylko na pole bitwy.

Wiedziałam, że czeka mnie jeszcze jedna rozmowa. Ostatnia. Takiej rodziny już nie da się uratować – ale może da się jeszcze wybrać siebie.

Miałam dość

Wróciłam do mieszkania babci na ostatnie rodzinne spotkanie. Atmosfera była już zupełnie inna – wszyscy trzymali się na dystans, jakbyśmy byli sobie obcy. Marek krążył nerwowo wokół stołu, mama przeglądała jakieś papiery z miną urzędniczki, a kuzynki ukradkiem patrzyły na zegarki, jakby nie mogły się doczekać, aż to wszystko się skończy.

– Marek, powiedz wreszcie, co zamierzasz – zaczęła matka, nie patrząc mu w oczy.

– Nie chodzi już nawet o działkę. Chodzi o zasady. O pamięć o matce. O to, żeby nikt nie czuł się oszukany – odparł wujek z wyraźną urazą.

Nie rób z siebie męczennika, Marek. Każdy wie, ile byłeś u niej przez ostatni rok – syknęła mama, podnosząc głos.

Wtedy nie wytrzymałam.

– Przestańcie. Jeśli babcia was teraz widzi, to chyba się cieszy, że nie musi tego słuchać na żywo. Powinniście się wstydzić.

Zapadła cisza. Widziałam, jak mama zaciska zęby, a Marek spuszcza wzrok. Już nie było sensu rozmawiać. Każde z nas oddzieliło się od reszty murem z żalu, pretensji i uraz. Nikt nie chciał już walczyć o tę rodzinę, bo nie było już czego ratować.

– Chcecie sądu? Proszę bardzo. Chcecie się nienawidzić? Róbcie to beze mnie – powiedziałam spokojnie, choć w środku drżałam.

Nikt nie odpowiedział. Wiedziałam, że to koniec – że naprawdę przestaliśmy być rodziną.

Joanna, 26 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama