Reklama

To miał być zwykły powrót w rodzinne strony, podyktowany koniecznością, a nie sentymentem. Wyjeżdżając stąd dekadę temu, obiecałam sobie, że nigdy nie obejrzę się za siebie, że wielkie miasto pochłonie mnie bez reszty i wymaże z pamięci zapach wilgotnej trawy i skrzypienie podłogi w domu mojej babci. Myliłam się. Przeszłość ma to do siebie, że potrafi zapukać do drzwi w najmniej oczekiwanym momencie, a w moim przypadku miała ona oczy koloru ciemnej czekolady i uśmiech, którego nie sposób zapomnieć.

Bałam się wspomnień

Kiedy pakowałam ostatnie kartony w moim warszawskim mieszkaniu, czułam dziwną mieszankę ulgi i porażki. Nie tak wyobrażałam sobie swoje życie w wieku trzydziestu lat. Miałam podbijać korporacyjny świat, piąć się po szczeblach kariery i spędzać wakacje na egzotycznych wyspach. Rzeczywistość zweryfikowała te plany dość brutalnie. Wypalenie zawodowe przyszło cicho, kradnąc mi sen i radość z najprostszych rzeczy. Kiedy otrzymałam wiadomość o spadku po babci Helenie, potraktowałam to jako znak. Stary, drewniany dom na obrzeżach mojego rodzinnego miasteczka wymagał generalnego remontu albo sprzedaży. Postanowiłam, że zajmę się tym osobiście, dając sobie czas na przemyślenie, co dalej.

Droga powrotna dłużyła się niemiłosiernie. Mijałam znane krajobrazy, które kiedyś wydawały mi się więzieniem, a teraz jawiły się jako oaza spokoju. Z każdym kilometrem serce biło mi mocniej, ale nie z powodu domu. Bałam się wspomnień. A konkretnie jednego wspomnienia, które miało imię i nazwisko. Nataniel. Mój sąsiad, najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, towarzysz każdej psoty i powiernik nastoletnich sekretów.

Nasza relacja była czymś, czego nikt inny nie potrafił do końca zrozumieć. Byliśmy jak dwie połówki tej samej pomarańczy, nierozłączni od przedszkola aż do matury. Rozumieliśmy się bez słów. Pamiętam ten dzień, kiedy oznajmiłam mu, że wyjeżdżam na studia do stolicy. Siedzieliśmy na pomoście nad jeziorem, a słońce chyliło się ku zachodowi, malując wodę na pomarańczowo. On milczał przez długą chwilę, rzucając kamyki do wody. Powiedział wtedy tylko, że będzie na mnie czekał, jeśli kiedyś zechcę wrócić.

Zaśmiałam się wtedy nerwowo, mówiąc, że świat jest zbyt duży, by siedzieć w jednym miejscu. Nasze drogi się rozeszły. Ja wpadłam w wir studenckiego życia, on został, by pomagać ojcu w warsztacie stolarskim. Kontakt słabł z miesiąca na miesiąc, aż w końcu ograniczył się do kurtuazyjnych życzeń urodzinowych wysyłanych przez komunikator.

W jego oczach widziałam ciepło

Pierwsze dni w domu babci były walką z kurzem i chaosem. Dom stał pusty przez dwa lata i natura powoli zaczynała upominać się o swoje. Ogród zarósł dzikim winem, a płot chylił się ku upadkowi. Czułam się przytłoczona ogromem pracy, ale fizyczne zmęczenie pozwalało mi nie myśleć o pustce, którą czułam w środku. Trzeciego dnia musiałam wybrać się do lokalnego składu budowlanego. Potrzebowałam farby, gwoździ i kilku narzędzi, których nazw nawet nie znałam. Weszłam do sklepu, rozglądając się bezradnie po półkach uginających się od towaru. Czułam się jak intruz w świecie męskich rozmów o betonie i impregnatach.

— Szuka pani czegoś konkretnego? — usłyszałam za plecami głęboki, męski głos. Był niski, spokojny i brzmiał dziwnie znajomo.

Odwróciłam się gwałtownie i zamarłam. Przede mną stał Nataniel. Nie był już tym chudym chłopakiem w za dużej bluzie, którego pamiętałam. Zmężniał. Miał na sobie robocze spodnie i flanelową koszulę z podwiniętymi rękawami, odsłaniającymi opalone przedramiona. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie, które szybko ustąpiło miejsca szerokiemu uśmiechowi. Temu samemu, który kiedyś potrafił rozgonić każdą moją chmurę smutku.

— Zofia? — zapytał, jakby nie wierzył własnym oczom. — To naprawdę ty?

— Nataniel — wydukałam, czując, jak policzki zalewa mi rumieniec. — Tak, to ja. Wróciłam. Na trochę.

Staliśmy tak przez chwilę, blokując przejście w alejce z rurami PCV, i patrzyliśmy na siebie. W jego oczach widziałam ciepło, którego tak bardzo mi brakowało w wielkim mieście. Ludzie w Warszawie patrzyli na siebie, ale się nie widzieli. Nataniel patrzył tak, jakby chciał przeczytać ostatnie dziesięć lat mojego życia prosto z mojej twarzy.

— Słyszałem, że ktoś kręci się w domu pani Heleny, ale nie sądziłem, że to ty. Myślałem, że podbijasz świat — powiedział, a w jego głosie nie było złośliwości, tylko czysta ciekawość.

— Świat okazał się trochę bardziej skomplikowany — odpowiedziałam szczerze, siląc się na lekki ton. — A dom potrzebuje ratunku, zanim się zawali.

Pomógł mi wybrać potrzebne rzeczy, zaniósł ciężkie puszki z farbą do mojego samochodu. Jego obecność była tak naturalna, jakbyśmy widzieli się wczoraj, a nie dekadę temu. Kiedy zamykałam bagażnik, oparł się o karoserię i spojrzał na mnie uważnie.

— Wiesz, prowadzę teraz firmę budowlaną. Gdybyś potrzebowała pomocy z tym remontem... Znam ten dom. I znam kogoś, kto tam mieszka. — Uśmiechnął się, a ja poczułam motyle w brzuchu, o których istnieniu dawno zapomniałam. To było absurdalne. Byliśmy dorośli, mieliśmy swoje życia, a ja zachowywałam się jak nastolatka.

— Dam sobie radę — odparłam szybko, może zbyt szybko. — Ale dziękuję.

To była moja tarcza. Niezależność, którą budowałam latami. Nie chciałam prosić o pomoc, bo bałam się, że jeśli wpuszczę go z powrotem do mojego życia, ponowne pożegnanie będzie bolało stokroć bardziej.

Miał w sobie spokój

Mój upór trwał dokładnie cztery dni. Czwartego dnia postanowiłam zerwać starą tapetę w salonie. Pod spodem krył się tynk, który zaczął odpadać wielkimi płatami, odsłaniając cegły i coś, co wyglądało na poważne pęknięcie w ścianie nośnej. Siedziałam na środku pokoju, cała w białym pyle, i chciało mi się płakać. Przeceniłam swoje siły. Dom babci był jak moje życie — z wierzchu jakoś się trzymał, ale w środku wszystko się sypało.

Wyciągnęłam telefon. Numer Nataniela wciąż miałam zapisany, choć przez lata zmieniałam aparaty wielokrotnie. Przenosił się z jednej karty SIM na drugą, jak pamiątka, której nie ma się serca wyrzucić. Przyjechał w ciągu piętnastu minut. Bez zbędnych pytań wszedł, ocenił sytuację fachowym okiem i po prostu wziął się do roboty. Przez następne tygodnie stał się stałym elementem mojego dnia. Przychodził popołudniami, po swojej pracy, i zostawał do wieczora.

Pracowaliśmy ramię w ramię. On zajmował się ciężkimi pracami konstrukcyjnymi, ja malowałam, szlifowałam drewno i parzyłam niezliczone ilości herbaty. Rozmowy przychodziły nam z łatwością, jakby ktoś odkręcił kran, który przez lata był zakręcony. Opowiadałam mu o korporacyjnych absurdach, o samotności w tłumie, o nieudanych związkach, które kończyły się, zanim na dobre się zaczęły. On mówił o swojej pracy, o tym, jak przejął warsztat po ojcu i przekształcił go w firmę renowacyjną, o swojej pasji do odnawiania starych mebli.

Zrozumiałam wtedy, jak bardzo się myliłam, oceniając jego życie jako nudne czy pozbawione ambicji. Nataniel miał w sobie spokój i pewność siebie człowieka, który zna swoje miejsce na ziemi. Budował, tworzył, zostawiał po sobie trwały ślad. Ja przez lata tworzyłam prezentacje, które lądowały w koszu następnego dnia.

Milczał z miłości

Pewnego deszczowego popołudnia, kiedy burza szalała za oknem, a w domu zabrakło prądu, siedzieliśmy na podłodze w salonie przy świetle świec. Właśnie skończyliśmy kłaść nową podłogę. Zapach surowego drewna mieszał się z zapachem ozonu wpadającym przez uchylone okno.

— Dlaczego nigdy nie wyjechałeś? — zapytałam nagle, przerywając ciszę. To pytanie nurtowało mnie od dawna. Był zdolny, inteligentny, mógł osiągnąć sukces wszędzie.

Nataniel spojrzał na płomień świecy, obracając w dłoni kubek z herbatą.

— Bo miałem powód, żeby zostać — odpowiedział cicho. — Kiedyś myślałem, że ten powód wróci. Potem... potem po prostu pokochałem to miejsce na nowo. Zrozumiałem, że nie muszę szukać szczęścia na końcu świata, skoro mam je tutaj. W zapachu tego lasu, w pracy moich rąk.

Serce podeszło mi do gardła. Wiedziałam, o czym mówi. A raczej o kim.

— Czekałeś? — zapytałam szeptem, bojąc się odpowiedzi.

— Czekałem — przyznał, podnosząc wzrok na mnie. — Długo. Pisałem do ciebie listy, których nigdy nie wysłałem. Bałem się, że jeśli powiem ci o moich uczuciach, zniszczę to, co było między nami. Tę przyjaźń. A potem ty zaczęłaś żyć swoim życiem, wrzucałaś zdjęcia z imprez, z wyjazdów... Wyglądałaś na szczęśliwą. Nie chciałem być tym gościem z prowincji, który ciągnie cię w dół.

Jego słowa były jak uderzenie. Przez te wszystkie lata, kiedy ja goniłam za czymś nieuchwytnym, on był tutaj. I milczał z miłości. A ja? Ja uciekłam, bo też się bałam. Bałam się, że jeśli z nim zostanę, ominie mnie wielkie życie. Jakże byłam głupia.

— To nie było szczęście, Nataniel — powiedziałam, czując łzy napływające do oczu. — To była iluzja. Biegłam tak szybko, żeby nie słyszeć własnych myśli. Żeby nie myśleć o tym, co zostawiłam.

Nie chcę sprzedawać tego domu

Przysunął się bliżej mnie. W półmroku jego oczy wydawały się prawie czarne.

— A teraz? — zapytał. — Teraz też uciekniesz, jak tylko skończymy remont? Dom będzie gotowy na sprzedaż za miesiąc. Wiem, że masz już chętnych.

To była prawda. Pośrednik nieruchomości dzwonił do mnie regularnie. Dom w takiej lokalizacji, po remoncie, był wart sporo pieniędzy. Pieniędzy, które pozwoliłyby mi kupić większe mieszkanie w Warszawie albo otworzyć własny biznes. Ale na samą myśl o powrocie tam robiło mi się niedobrze.

— Nie wiem — skłamałam, choć wiedziałam. Strach wciąż we mnie siedział. Strach przed tym, że jeśli teraz się zaangażuję, a potem coś nie wyjdzie, stracę go na zawsze. Nie jako partnera, ale jako człowieka, który był fundamentem mojego świata.

Nataniel wyciągnął rękę i delikatnie dotknął mojego policzka. Jego dłoń była szorstka, spracowana, ale dotyk miał w sobie niewyobrażalną czułość.

— Zosiu, znamy się od piaskownicy. Widziałem cię, jak płakałaś, bo zgubiłaś lalkę. Widziałem cię wściekłą, kiedy oblałaś egzamin na prawo jazdy. Widziałem cię w każdym stanie. Nie musisz przede mną udawać.

To był moment, w którym mój wewnętrzny mur, budowany pieczołowicie przez lata w korporacyjnych biurowcach, ostatecznie runął.

— Nie chcę sprzedawać tego domu — wyrzuciłam z siebie. — Nie chcę wracać do tamtego życia. Chcę... chcę sadzić pomidory w ogrodzie. Chcę pić kawę na tym tarasie. I chcę, żebyś ty tam był.

Zaśmiałam się przez łzy

Nataniel nie odpowiedział słowami. Pochylił się i pocałował mnie. Nie był to pocałunek jak z filmów, gwałtowny i dramatyczny. Był pełen spokoju, pewności i smaku herbaty z cytryną. Był jak powrót do domu po bardzo długiej podróży. W tym jednym geście zawarte były wszystkie niewypowiedziane słowa, wszystkie lata tęsknoty i cała nadzieja na przyszłość.

Poczułam, jak z moich ramion spada ogromny ciężar. Nie musiałam już nikogo udawać. Nie musiałam być "Zofią z marketingu", kobietą sukcesu, która nigdy się nie męczy. Mogłam być po prostu Zosią. Tą samą, która dwadzieścia lat temu biegała z nim po łąkach.

Kiedy oderwaliśmy się od siebie, oparł czoło o moje czoło.

— Bałem się, że to powiesz – zażartował cicho, choć w jego głosie słychać było wzruszenie. – Bo wiesz, że ten dach nad werandą też trzeba będzie wymienić? To kupa roboty.

Zaśmiałam się przez łzy. To był właśnie on. Praktyczny, twardo stąpający po ziemi, a jednocześnie jedyny człowiek, który potrafił mnie rozśmieszyć w najbardziej emocjonalnym momencie.

— Myślę, że znam dobrego fachowca — odpowiedziałam, gładząc go po ramieniu.

Miłość to nie zawsze fajerwerki

Minęło pół roku od tamtego wieczoru. Dom babci Heleny nie został sprzedany. Wręcz przeciwnie — tętni życiem jak nigdy dotąd. Ogród powoli odzyskuje dawną świetność, choć walka z chwastami wciąż trwa. Pracuję zdalnie, robiąc zlecenia graficzne, co pozwala mi na utrzymanie, ale nie zabiera całego życia. Nataniel wprowadził się dwa miesiące temu. Jego rzeczy, jego narzędzia, jego zapach wypełniły przestrzeń, czyniąc ją kompletną. Czasami, wieczorami, siadamy na odnowionym tarasie i patrzymy w gwiazdy, które tutaj widać znacznie wyraźniej niż w mieście.

Często zastanawiam się, co by było, gdybym nie przyjechała wtedy pozałatwiać spraw spadkowych. Czy minęlibyśmy się w życiu na zawsze? Czy on znalazłby kogoś innego? Czy ja zgorzkniałabym w swojej samotności w wielkim mieście? Nie wiem. Wierzę jednak, że pewne rzeczy są nam pisane, a prawdziwe uczucie ma to do siebie, że potrafi czekać. Nawet jeśli każe się na nie czekać całą dekadę.

Nigdy nie sądziłam, że najlepszą decyzją mojego życia będzie krok w tył. Powrót do korzeni. Ale patrząc teraz na Nataniela, który w skupieniu naprawia starą lampę przy kuchennym stole, wiem jedno. Nie cofnęłam się. Poszłam naprzód, tylko w zupełnie innym kierunku, niż zakładałam. I po raz pierwszy w życiu jestem tam, gdzie powinnam być. Z człowiekiem, który zna mnie lepiej niż ja sama siebie.

Miłość to nie zawsze fajerwerki i wielkie dramaty. Czasami to po prostu wspólne milczenie, zapach drewna i świadomość, że bez względu na to, co się stanie, nie jesteś już sama. Nasza historia zatoczyła koło, ale to nie koniec. To dopiero początek czegoś pięknego, opartego na fundamencie, który budowaliśmy nieświadomie przez całe nasze życie: na przyjaźni, która przetrwała próbę czasu.

Zofia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama