Reklama

Nie pierwszy raz spędzałam ten dzień sama, choć kiedyś wyobrażałam sobie, że będzie wyglądał inaczej – z kimś bliskim, przy rozmowach i śmiechu. Z czasem nauczyłam się akceptować tę samotność. Nie była gorzka, raczej oswojona, wypełniona spokojem i pewnym rodzajem wolności. Sączyłam kieliszek białego wina, obserwując pary przy sąsiednich stolikach.

To wytrąciło mnie z równowagi

Kelner, młody chłopak z nienaganną postawą, postawił przede mną drugi kieliszek. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego pytająco. „Od mężczyzny przy stoliku obok” – powiedział z lekkim uśmiechem, po czym odszedł, wytrącając mnie z równowagi. Uniosłam wzrok i poczułam, jak serce przyspiesza. To był Bartek. Ten sam, który kiedyś obiecywał miłość na zawsze, a potem zniknął, zostawiając po sobie pustkę, z którą uczyłam się żyć przez lata.

Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś go zobaczę. Tym bardziej nie sądziłam, że to spotkanie sprawi, że na moment zapomnę, jak bardzo kiedyś mnie zranił.

Wpatrywałam się w niego dłuższą chwilę, niepewna, co zrobić. Bartek wyglądał inaczej, dojrzalej, ale wciąż miał ten sam wyraz twarzy, tę znajomą iskrę w oczach, którą kiedyś tak dobrze znałam. Uniósł lekko kieliszek w geście toastu i uśmiechnął się, jakbyśmy rozstali się w zupełnie innych okolicznościach, jakby nie było łez, nieprzespanych nocy i tej pustki, którą zostawił po sobie.

W głowie miałam chaos. Rozsądek kazał mi zignorować jego gest, wstać i po prostu wyjść, ale serce mówiło co innego. Wzięłam kieliszek do ręki, powoli wstałam i ruszyłam w jego stronę.

— Widzę, że nadal masz ten sam gust, jeśli chodzi o wino — powiedziałam, stając przy jego stoliku.

I o kobiety, Magda — odpowiedział cicho, patrząc na mnie uważnie.

Uniosłam brew, próbując odczytać, co kryło się za tymi słowami. Jego ton nie był ani ironiczny, ani przesadnie czuły. Po prostu stwierdzał fakt. Przez chwilę stałam niezdecydowana, ale w końcu usiadłam naprzeciwko niego. Skoro już tu byłam, chciałam wiedzieć, co ma do powiedzenia.

Jego słowa mnie poruszyły

Początek rozmowy był ostrożny, jakbyśmy oboje nie chcieli rozdrapać dawnej rany. Wspominaliśmy studenckie lata, spontaniczne podróże, długie wieczory spędzone przy winie i śmiechu. Złapałam się na tym, że przez moment czułam się tak, jakby czas się cofnął, jakby te wszystkie lata rozłąki i bólu nie istniały. Ale one istniały.

— Myślałam, że nigdy więcej cię nie zobaczę — przyznałam w końcu, odkładając kieliszek na stół.

Bartek wziął głęboki oddech i spojrzał na mnie z czymś, co mogło być żalem albo nostalgią.

— A ja myślałem, że jeśli kiedyś cię spotkam, nie będziesz chciała ze mną rozmawiać.

— Może byłam na ciebie zła. Może byłam zraniona. Ale czas robi swoje.

— A może wciąż coś między nami jest? — rzucił z lekkim uśmiechem, ale w jego oczach nie było żartu.

Serce przyspieszyło mi na ułamek sekundy. Przez chwilę chciałam w to uwierzyć. Może to faktycznie był znak od losu? Może nie wszystko jeszcze stracone?

Zamiast odpowiedzieć, odwróciłam wzrok. Nie chciałam, żeby zobaczył, jak bardzo te słowa mnie poruszyły. Sięgnęłam po kieliszek i upiłam mały łyk wina, próbując zebrać myśli. Bartek milczał, jakby dając mi czas na oswojenie się z tym, co właśnie powiedział.

— A jeśli to tylko sentyment? — zapytałam w końcu, starając się brzmieć racjonalnie.

— Może. A może coś więcej.

Uśmiechnął się lekko, ale widziałam, że mówi serio. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Nagle poczułam, że moje ciało rozluźnia się, jakby to wszystko było tylko kolejną rozmową ze starym znajomym, a nie spotkaniem z mężczyzną, który kiedyś złamał mi serce.

Poczułam to znajome ciepło

Rozmowa zaczęła płynąć swobodniej. Śmialiśmy się z dawnych przygód, z głupich decyzji, które podejmowaliśmy, z tych wszystkich rzeczy, które wtedy wydawały nam się końcem świata, a teraz były tylko odległymi wspomnieniami.

— Wiesz, że wciąż pamiętam, jak zgubiliśmy się w Rzymie? — Bartek oparł się na łokciach, patrząc na mnie z rozbawieniem.

— Oczywiście. Siedzieliśmy na schodach i kłóciliśmy się, czy iść w lewo, czy w prawo.

— I w końcu poszliśmy prosto.

— I znaleźliśmy najlepszą knajpkę, w jakiej kiedykolwiek byłam.

— Bo czasem trzeba się zgubić, żeby coś znaleźć.

Jego głos był cichy, niemal szeptem. Spojrzałam na niego i poczułam to znajome ciepło gdzieś w środku, to samo, które kiedyś sprawiało, że czułam się bezpiecznie.

— Magda… — zaczął, ale nagle zerknął na zegarek i westchnął.

— Muszę już iść.

Poczułam lekkie ukłucie rozczarowania, którego nie chciałam po sobie pokazać.

— Tak szybko?

— Tak wyszło. Ale… miło było cię zobaczyć.

Uśmiechnął się ciepło i przez chwilę wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale tylko delikatnie dotknął mojej dłoni, po czym wstał. Odprowadziłam go wzrokiem do wyjścia. I wtedy ją zobaczyłam. W drzwiach stała kobieta w zaawansowanej ciąży. Gdy Bartek do niej podszedł, objął ją delikatnie i pocałował w czoło. Wszystko we mnie zamarło. Spojrzałam na kieliszek wina przede mną. Był pusty.

To nie był znak od losu

Nie wiem, ile czasu tak siedziałam, wpatrując się w pusty kieliszek. Może minutę, może dziesięć. W restauracji wciąż panował gwar, kelnerzy krążyli między stolikami, pary śmiały się i wzajemnie obdarowywały czułościami. A ja? Ja nagle poczułam się, jakby ktoś wyciągnął mi spod nóg grunt, jakbym w jednej chwili cofnęła się o wszystkie te lata, kiedy Bartek odszedł i zostawił po sobie pustkę.

Tyle że teraz nie było już złudzeń. Nie mogłam się oszukiwać, że to, co wydarzyło się przy stoliku, miało jakieś znaczenie. To nie był znak od losu, żadna niewykorzystana szansa, nic, czego można było się uczepić i na nowo odbudować. Bartek miał swoje życie, swoją przyszłość. Kogoś, kto na niego czekał, kogoś, kogo obejmował w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości.

Dopięłam guzik płaszcza i powoli wstałam. Przez moment zastanawiałam się, czy wyjść tylnym wyjściem, ale uznałam, że to byłoby tchórzostwo. Przecież nie zrobiłam nic złego. To tylko spotkanie. Przypadek. Przelotny wieczór, który za chwilę zniknie, tak jak znikały inne spotkania, inne rozmowy, inne nadzieje.

Ruszyłam w stronę wyjścia, starając się nie patrzeć w ich stronę, ale nie mogłam się powstrzymać. Kątem oka dostrzegłam, jak Bartek gładzi dłońmi brzuch swojej partnerki, jak coś do niej mówi, jak się uśmiecha. Przyspieszyłam kroku.

Gdy znalazłam się na zewnątrz, powietrze było rześkie, pachniało nocą i wiosną. Przez chwilę stałam na chodniku, oddychając głęboko, próbując uspokoić myśli.

To była tylko chwila słabości, moment, w którym na ułamek sekundy uwierzyłam, że można cofnąć czas. Ale nie można. I może dobrze.

Zerknęłam na restaurację raz jeszcze, po czym odwróciłam się i ruszyłam przed siebie. W stronę przyszłości. W stronę czegokolwiek, co jeszcze miało na mnie czekać.

To tylko cień przeszłości

Szłam przed siebie bez konkretnego celu, pozwalając, by chłodne powietrze oczyściło moją głowę. Wokół tętniło miasto, rozbawione grupki ludzi przechodziły obok, ktoś śmiał się głośno, ktoś inny prowadził ożywioną rozmowę przez telefon. Byłam częścią tego świata, a jednocześnie czułam się od niego odcięta.

Nie wiem, jak długo tak szłam. W końcu zatrzymałam się przy jednej z witryn kawiarni, w której kiedyś bywałam. Przez szybę widziałam ludzi siedzących przy stolikach, pochylonych nad filiżankami. To było dziwne uczucie – jakbym patrzyła na coś, co nie jest już dla mnie, jakbym została gdzieś z tyłu, zamknięta w przeszłości, podczas gdy inni wciąż żyli, kochali, planowali przyszłość.

Westchnęłam i wyjęłam telefon. Przez chwilę wpatrywałam się w ekran, kciuk zawisł nad kontaktem do Karoliny – mojej przyjaciółki, której zawsze mogłam wszystko powiedzieć. Wiedziałam, że gdybym do niej zadzwoniła, przyszłaby od razu, zamówiła wino i powtarzała, że Bartek to tylko cień przeszłości, a ja zasługuję na coś więcej.

Ale nie zadzwoniłam.

Nie chciałam słuchać pocieszeń, nie chciałam analizować tego, co się wydarzyło. Bo co tu było do analizowania? Nic. Bartek miał swoje życie. Ja miałam swoje. I dzisiejszy wieczór nie zmienił w tym równaniu absolutnie niczego.

Schowałam telefon do kieszeni i weszłam do kawiarni.

— Poproszę gorącą czekoladę — powiedziałam do baristki, która uśmiechnęła się ciepło.

— Na wynos czy na miejscu?

Zawahałam się.

— Na miejscu.

Tego mi było trzeba

Zajęłam stolik przy oknie i przez chwilę wpatrywałam się w ulicę, w światła latarni i ludzi, którzy mijali kawiarnię. Po chwili kelnerka postawiła przede mną filiżankę z czekoladą, a ja oparłam dłonie o ciepłą porcelanę.

Poczułam, że ten wieczór nie był porażką. Nie był stratą czasu. Był tylko przypomnieniem. Że przeszłość to przeszłość, a ja wcale nie muszę do niej wracać. Że zamknięte drzwi nie muszą być smutkiem, a jedynie drogowskazem, by iść dalej.

Zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się do siebie.

Dzień Kobiet nie skończył się tak, jak sobie wyobrażałam. Ale może to i lepiej. Może właśnie tego było mi trzeba.

Magda, 36 lat

Czytaj także:„Siostra zjawiła się na odczytanie testamentu, bo liczyła na kasę. Gdy usłyszałam, co dostanie, parsknęłam śmiechem”„Ojciec znalazł mi kandydata na męża. Chce, bym zmieniała pampersy podstarzałemu bogaczowi, bo sam na tym skorzysta”„Pasierb zatruwa mi życie, a żona go broni. Nie dziwię się, że biologiczny ojciec nie chce mieć z nim nic wspólnego”

Reklama
Reklama
Reklama