Reklama

Czasem mam wrażenie, że moje życie utknęło w miejscu. Ostatnie miesiące to nie była burza, to było wypranie mnie z emocji, jakby ktoś odkręcił zawór i zostawił mnie pustą w środku. Po rozstaniu z Maćkiem nie było dramatów, nie było krzyków ani spektakularnych scen. Po prostu pewnego dnia przestałam wracać do domu z nadzieją, że on będzie czekał. A on przestał udawać, że mnie zauważa. I tak się to rozpadło – nie w wybuchu, tylko w milczeniu.

Pracuję w marketingu. Z pozoru kreatywna branża, ale kiedy przez dziesiąty dzień z rzędu siedzisz w tym samym open space z ludźmi, którzy zachowują się jak postacie z reklamy „idealnego zespołu”, zaczynasz rozumieć, że nawet pozory mają swoje granice. Uśmiechy, small talki, sztuczne zainteresowanie – kiedyś mnie to bawiło. Teraz? Duszę się w tym jak w zbyt ciasnym golfie.

Wyjazd integracyjny do Zakopanego miał być „obowiązkowy”, jak oznajmiła nasza koordynatorka HR. Ewa, moja koleżanka z działu, oczywiście była zachwycona.

– Będziemy się bawić, Basia. Wreszcie wyrwiesz się z tej melancholii – rzuciła z entuzjazmem, który w innych okolicznościach uznałabym za uroczy, ale dziś wywołał u mnie tylko potrzebę zrobienia sobie herbaty i schowania się w kuchni.

Siedząc w autobusie, otulona szarym swetrem, w którym czuję się jak w zbroi, patrzyłam przez szybę na przemijający krajobraz. Za mną siedziała grupka z działu sprzedaży. Śmiali się za głośno, rzucali głupie żarty i robili selfie z filtrami. Czułam się jak podróżnik z innej planety.

– Basia, żyjesz tam? – Ewa szturchnęła mnie łokciem. – Nie bądź taka sztywna. Może to właśnie ten weekend wszystko zmieni?

Parsknęłam cicho pod nosem. Zmieni, jasne. Co niby może się zmienić? Gdyby rzeczywiście coś miało się wydarzyć, musiałby się wydarzyć cud.

Coś we mnie drgnęło

Drzwi windy zatrzymały się dokładnie przede mną. Weszłam jako pierwsza, wciskając guzik czwartego piętra. Chciałam mieć spokój. Zamek w mojej walizce zaciął się rano, byłam zmęczona podróżą i zirytowana tym, że pokój jeszcze nie był gotowy. Czułam, jak narasta we mnie frustracja.

Winda już prawie ruszyła, gdy między zamykającymi się drzwiami wsunęła się dłoń. Zatrzymały się i do środka wszedł mężczyzna z niedopiętym plecakiem i uśmiechem, który z miejsca wzbudził moją nieufność.

– Przepraszam, zdążyłem? – zapytał z lekkim zadyszeniem.

– Ledwo – odpowiedziałam, nie patrząc na niego.

Wcisnął guzik trzeciego piętra, oparł się nonszalancko o ścianę i spojrzał w moją stronę. Miał na sobie granatową koszulę i ciemne dżinsy. Przez chwilę zapanowała cisza. Miałam nadzieję, że tak zostanie, ale niestety.

– Basia, tak? Z Warszawy?

– A co, zgadujesz po zmęczonej twarzy czy po tym, że nie odpowiadam na głupie pytania? – odparłam sucho.

Roześmiał się cicho, bez złośliwości.

– Marek, informatyk z Krakowa. I nie, po prostu widziałem cię przy recepcji. Wzrok mam całkiem niezły, jak na typa od kabli.

– Cieszę się, że twoje oczy funkcjonują. To podobno ważne w branży.

– Zwłaszcza przy naprawianiu drukarki – mruknął i znowu się uśmiechnął, ale nie tak, jak mężczyźni, którzy próbują coś ugrać. Raczej jak ktoś, kto nie traktuje świata zbyt poważnie.

Winda szarpnęła lekko. Spojrzałam na niego mimo woli.

– Czy to normalne, że ta winda trzeszczy?

– Pewnie nie, ale to tworzy klimat. Tak jak twoje odpowiedzi – rzucił.

Nie zdążyłam zareagować, bo drzwi się otworzyły. Trzecie piętro.

– Do zobaczenia, Basiu z Warszawy – powiedział z lekkim ukłonem i wyszedł.

Stałam jeszcze chwilę w miejscu, jakby ktoś nacisnął pauzę. Winda ruszyła dalej, a ja wciąż czułam na sobie jego spojrzenie, choć przecież już go tam nie było. To było tylko jedno piętro. Tylko kilka zdań, tylko trochę śmiechu. Ale po raz pierwszy od dawna coś we mnie drgnęło. I to mnie najbardziej wytrąciło z równowagi.

Zbliżyliśmy się do siebie

Zeszłam do lobby tylko dlatego, że Ewa zagroziła, że przyjdzie po mnie z całą grupą i wyciągnie na integrację siłą. Wybrałam więc opcję mniej hańbiącą. Siedziała już przy stoliku z kieliszkiem i jakimś nowym kolegą z działu sprzedaży, który śmiał się zbyt głośno i zbyt długo z jej banalnych żartów.

Usiadłam przy sąsiednim stoliku, nie zamawiając nic. Chciałam to jakoś przeczekać. Ewa machnęła do mnie, ale udawałam, że nie widzę. I wtedy wszedł on, Marek. Ten od kabli i irytującego spokoju. Miał w ręku dwa kieliszki. Rozejrzał się i ruszył w moją stronę z miną, jakby to była najbardziej oczywista decyzja tego wieczoru.

– Gorzka jesteś, więc zakładam, że czerwone – powiedział, stawiając jedną lampkę przede mną.

– Skąd wiesz, że nie wolałabym białego?

– Bo masz minę jak ktoś, kto nie znosi kompromisów. A czerwone lepiej pasuje do ludzi z charakterem.

Przysiadł się bez pytania, bez wymuszonej grzeczności. Tak po prostu. I choć powinno mnie to zirytować, poczułam, że po raz pierwszy od dawna nie muszę udawać.

– I co? Jak informatycy bawią się na wyjazdach integracyjnych? Zapisaliście już hasło do wifi?

– Nie, jeszcze nie. Na razie podziwiamy świat bez kabla. I ludzi, którzy udają, że się dobrze bawią.

– Brawo za trafność. Też tu przyszłam tylko dlatego, że grożono mi interwencją fizyczną – odparłam, wskazując brodą na Ewę.

– Masz świetne alibi. Ja przyszedłem dla czerwonego wina. No i… może trochę, żeby sprawdzić, czy jeszcze raz się na mnie tak spojrzysz jak w windzie.

Parsknęłam cicho, bez złości. Zaskoczył mnie. I chyba właśnie o to mu chodziło.

Przesiedzieliśmy tam ponad godzinę. Rozmawialiśmy o głupotach – o tym, jak uczył się grać na gitarze, ale przestał po tym, jak pękła mu struna i trafiła w czoło. O jego poprzednim związku, który zakończył się, bo ona chciała wszystko na już, a jemu się nie śpieszyło. O mojej pracy, którą opisałam jako „tonięcie w morzu briefów i niepotrzebnych opinii”.

– A ty? – zapytałam w końcu. – Co robisz, gdy nie siedzisz w kodzie i nie rozbrajasz kobiet w windzie?

– Kontempluję ciszę. I uczę się nie uciekać przed tym, co niewygodne.

Spojrzał na mnie tak, że zamilkłam. Nie było w tym spojrzeniu litości ani zachwytu. Była zwykła, ludzka uważność. Tak rzadka, że aż bolała.

Powinnam już iść – powiedziałam cicho, nagle przestraszona, że coś się właśnie zaczęło.

– Pewnie powinnaś. Ale jeszcze chwilę zostań.

Zostałam. I ta chwila przeciągała się w kolejne. I kolejne. W końcu, już przy pustych kieliszkach, po zbyt długim milczeniu, Marek przesunął ręką po blacie stolika, nie patrząc na mnie, i zapytał:

– Basia, boisz się, czy po prostu nie wierzysz, że coś może się udać?

Nie odpowiedziałam. Wstałam, a on zrobił to samo i nie powiedział już nic. Po prostu mnie pocałował. Spokojnie, delikatnie, ale bez wahania. Nie planowałam tego. Nie chciałam, ale nie zaprotestowałam. Wyszliśmy razem. Cicho, niezauważeni. Nie trzymaliśmy się za ręce. Nie padło żadne słowo. I może dlatego to wszystko było bardziej realne niż cokolwiek wcześniej.

Rano miałam obudzić się sama. Tego byłam pewna.

Nie chciałam uciekać

Obudziłam się przed budzikiem. Jeszcze zanim otworzyłam oczy, wiedziałam, że to nie jest moje łóżko. Inny zapach, inna faktura pościeli, dźwięk kropel spadających z kranu gdzieś w łazience. Powoli zaczęłam przypominać sobie wszystko. Wieczór, lobby, Marek. Jego dłonie. Cisza między słowami. I to, jak bardzo się bałam, że to mnie rozbije, zamiast uleczyć.

Obróciłam się. Łóżko było puste. Poczułam coś, czego nie potrafiłam nazwać. Ulga? Rozczarowanie? Może jedno i drugie, splecione w niechcianą całość. Przez chwilę patrzyłam w sufit, zastanawiając się, co będzie dalej. W głowie miałam jedno: „To był tylko jeden wieczór. Nic więcej”. Wtedy ktoś zapukał. Cicho, trzy razy.

Wstałam niepewnie i podeszłam do drzwi. Gdy je otworzyłam, zobaczyłam go. Stał z papierową torbą i dwoma kubkami kawy.

– Nie wiedziałem, jaką lubisz, więc wziąłem jedną z mlekiem i jedną czarną. Croissant też jest. Ciepły. Jeszcze przed ósmą.

– Wstałeś i poszedłeś zanim się obudziłam? – zapytałam, bardziej zdziwiona niż poruszona.

– Spałaś spokojnie. Nie chciałem przeszkadzać. A kawa po takim wieczorze to obowiązek – odpowiedział z tym swoim półuśmiechem.

Zamilkłam. Położył torbę na stoliku i rozsiadł się przy oknie. Otworzył roletę. Śnieg za szybą osiadał na drzewach jak gruba kołdra. Cisza była prawie całkowita.

Nie uciekłeś – powiedziałam po chwili, siadając naprzeciwko.

– Nie miałem dokąd – odparł cicho. – I chyba nie chcę.

Siedzieliśmy tak, pijąc kawę i patrząc, jak świat za oknem staje się coraz bardziej biały. Nie było między nami niezręczności. Żadnych zbędnych słów. Ale we mnie coś się skręcało. Niewidocznie, cicho, jakby w tle.

– Wiesz, że to niczego nie zmienia? – zapytałam. – Że ja nie jestem gotowa?

– To dobrze. Ja też nie. Ale może spróbujemy być niegotowi razem.

Nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam na niego. Chciałam się upewnić, że mówi to naprawdę. Że nie znika zaraz po tym, jak pozwoliłam mu się zbliżyć. Że nie zrobi mi tego, co zrobił Maciek. Przez chwilę zobaczyłam w jego oczach, że też coś stracił. Nie musieliśmy tego nazywać. Wystarczyło, że zostaliśmy. Choćby tylko na ten jeden śnieżny poranek.

Nie wiedziałam, co będzie dalej. Ale po raz pierwszy od bardzo dawna nie chciałam uciekać.

To było prawdziwe

Warszawa powitała mnie szarością i brudnym śniegiem. Znowu metro, kubek z kawą z automatu i plastikowa karta do biura. Wszystko było jak wcześniej, ale ja już nie do końca. Z Markiem wymieniliśmy się numerami w autobusie. Krótkie „odezwij się” z jego strony, skinienie głowy z mojej. Myślałam, że kontakt się urwie. A jednak, jeszcze tego samego wieczoru dostałam wiadomość: „Dojechałaś? Brakuje mi twojej miny, gdy winda skrzypi”.

Odpisałam, a potem poszło już szybko. Kilka wiadomości dziennie, potem rozmowy. Po tygodniu przyjechał do Warszawy. Usiadł w mojej kuchni, na tym samym krześle, na którym kiedyś siedział Maciek. Ale nie czułam powrotu wspomnień. Marek był inny. Miał w sobie ciszę, której nikt nie próbował przerywać. I cierpliwość. Nie zakochałam się od razu. Nie ufałam. Ale zaczęłam chcieć sprawdzać, co będzie, jeśli nie ucieknę.

Rok później znów wyjechałam zimą. Drzwi otworzyły się z tym samym dźwiękiem, co wtedy w Zakopanem. Ten sam numer pokoju, tylko widok inny – ośnieżone zbocza Austrii zamiast szczytów Tatr. Zrzuciłam walizkę na podłogę, stanęłam na środku i rozejrzałam się.

– Zimno? – zapytał Marek, stając za mną, z dłońmi w moich kieszeniach.

– Nie z tobą – odpowiedziałam i oparłam się o jego ramię.

Na palcu miałam obrączkę. Cienką, złotą, gładką. Bez grawerów. Taką samą jak on. Oświadczył się trzy miesiące wcześniej, w kuchni, gdy rozcierałam kawę łyżeczką i nie miałam jeszcze rozczesanych włosów. Podał mi pierścionek razem z kubkiem.

– Chcesz to ciągnąć dalej? – zapytał wtedy.

– Jeśli ty też – odparłam.

Tyle. Bez scen, bez klękania, bez przemówień.

Za oknem dzieci turlały się po śniegu. W pokoju pachniało drewnem. Marek usiadł w fotelu i znowu otworzył swoją książkę, której nigdy nie czytał dłużej niż dziesięć minut. Patrzyłam na niego, na jego skupienie, na ten znajomy spokój, który przez ostatni rok stał się częścią mojego świata. Wtedy w Zakopanem myślałam, że to chwilowe. Że się rozsypie po tygodniu, że wrócę do siebie i wszystko wróci do normy.

Nie wróciło. I może właśnie dlatego to było prawdziwe.

Basia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama