Reklama

Mam trzydzieści dwa lata, pracuję w marketingu i od pięciu lat jestem żoną Michała – mężczyzny spokojnego, przewidywalnego, zorganizowanego. Ludzie mówią, że pasujemy do siebie, że jesteśmy zgodni. W rzeczywistości po prostu się nie kłócimy. Nie ma o co. Nie ma namiętności. Wszystko między nami to… kompromis.

Nie mamy dzieci. Michał nigdy ich nie chciał. Mówił o tym otwarcie jeszcze zanim się pobraliśmy – że nie czuje potrzeby bycia ojcem, że nie ma w sobie tego instynktu. A ja się zgodziłam. Wtedy miałam 26 lat, wydawało mi się, że to odważne, niezależne, nowoczesne. Że wystarczymy sobie sami. Że świat się nie zawali bez dzieci.

Z czasem zaczęłam dostrzegać ciszę i pustkę. I ten brak, który kiedyś nie istniał, a teraz był wszędzie – wśród koleżanek opowiadających o pierwszych krokach dzieci, w reklamach pieluch, które z niewiadomych przyczyn zaczęły mnie wzruszać, nawet w zapachu niemowlęcia mijanego w sklepie. Nie powiedziałam Michałowi o tych myślach. Po co? On miał swoje zdanie i go nie zmieniła. A ja też nie chciałam zmieniać zasad gry.

Jedziesz na ten wyjazd integracyjny z firmy? – zapytała Kinga, moja przyjaciółka.

– Jadę. Muszę. Choć na chwilę oderwać się od tego… wszystkiego.

– Tylko uważaj na romanse – zażartowała. – Wiesz, jak czasem się kończą te „integracje”.

Uśmiechnęłam się wtedy. Później wcale nie było mi do śmiechu.

Sama tego chciałam

Firmowa kolacja odbywała się w sali z kominkiem, gdzie unoszący się zapach drewna mieszał się z zapachem wina i perfum. Śmialiśmy się, gadaliśmy o głupotach, jakby nikt z nas nie miał jutro wracać do swojego życia.

– Iza, jeszcze wina? – zapytał Eryk, zerkając na mnie znad kieliszka.

Chyba już nie powinnam... – odparłam, ale nawet nie próbowałam zabrzmieć przekonująco.

Eryk był z działu sprzedaży. Zawsze trochę zbyt pewny siebie, ale zabawny, wygadany, z tym luzem, którego ja nigdy nie miałam. Gdy wszyscy przenieśli się do lobby, on jakoś naturalnie usiadł obok mnie.

– Twój mąż też z tych, co nie wyjeżdżają na integracje? – rzucił niby od niechcenia.

– Michał nie lubi takich klimatów – odparłam, czując, że powinnam zmienić temat, ale… nie chciałam. Było mi dobrze w tym kokonie śmiechu i uwagi.

Z czasem rozmowa stała się cichsza, bliższa. Zbliżyliśmy się. Najpierw nasze dłonie, potem twarze. Wreszcie mnie pocałował. Bez ostrzeżenia, bez pytania. A ja… nie odsunęłam się. Później był jego pokój. Hotelowe światło, szelest pościeli, jego szept:

Jesteś piękna...

A ja tak bardzo tego potrzebowałam, że nie umiałam powiedzieć „nie”. Nie chciałam tego mówić.

Rano siedziałam na brzegu łóżka, trzymając głowę w dłoniach. Czułam kaca – najbardziej moralnego.

To się nie powtórzy – wyszeptałam do siebie. – To był błąd. To się nigdy więcej nie wydarzy.

Jednak już wtedy wiedziałam, że pamięć o tej nocy nie zniknie tak łatwo.

Nie przyjął tego dobrze

Trzy tygodnie później klęczałam na zimnych kafelkach w łazience, wpatrując się w dwie czerwone kreski. Pierwsza była gruba i wyraźna. Druga – blada, jakby nieśmiała. Ale była.

– To niemożliwe – wyszeptałam. – Przecież to był tylko raz…

Zwinęłam test w papierowy ręcznik, schowałam go głęboko do szafki. Wyszłam z łazienki jak automat. Michał siedział na kanapie i wpatrywał się w ekran laptopa.

– Michał… muszę ci coś powiedzieć – zaczęłam, ale głos mi się załamał.

Odłożył komputer i spojrzał na mnie uważnie. Tak, jakby już przeczuwał.

Jestem w ciąży – powiedziałam.

Przez długą chwilę nie odpowiedział. Patrzył tylko, jakby próbował przetłumaczyć te słowa na jakiś znany mu język.

Ale... jak to? Przecież się zabezpieczaliśmy. Mówiłaś, że… – urwał. – Ty przecież nie chciałaś dzieci.

– Wiem. Ja też tak myślałam. Ale ostatnio… coś się zmieniło. Nie potrafię tego wyjaśnić. Po prostu... poczułam, że chcę. Naprawdę chcę.

W jego oczach nie było radości. Tylko podejrzliwość, która rosła.

Kiedy to się stało?

– Nie wiem. Jakie to ma znaczenie?

– Ma – powiedział twardo. – Bo ja nie jestem głupi, Iza. Coś jest nie tak.

Jeszcze tego samego wieczoru zadzwoniłam do Kingi.

– Muszę się z tobą zobaczyć. Proszę. Jak najszybciej.

W kawiarni usiadłam naprzeciw niej i powiedziałam tylko:

– Jestem w ciąży i to nie dziecko Michała.

Nie zapytała: „Czy jesteś pewna?”. Wiedziała. Patrzyła na mnie długo, a potem tylko szepnęła:

– Co zamierzasz zrobić?

Nie wiedziałam. Naprawdę nie wiedziałam.

Widziałam to w jego oczach

Od tamtej rozmowy Michał prawie się nie odzywał. W domu było cicho, jakbyśmy oboje bali się dźwięków. Nie zadawał już pytań. Nie szukał dowodów. Widziałam to jednak w jego oczach – nie uwierzył mi. Nie musiał mówić. Wystarczyło, jak na mnie patrzył.

Siedzieliśmy przy stole, każde z nas z talerzem makaronu. Cisza aż piszczała w uszach. Michał odłożył widelec i spojrzał gdzieś za mnie, jakby próbował znaleźć sens na pustej ścianie.

To nie moje, prawda? – zapytał cicho.

Zamarłam. Przez chwilę miałam wrażenie, że nie powiedział tego na głos. Niestety jednak powiedział.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Bo cię znam i coś się zmieniło. Unikasz mnie. Uśmiechasz się jakoś inaczej. Czuję to. Chyba wolałbym, żebyś powiedziała prawdę, niż żebym miał zgadywać.

Nie odpowiedziałam. Nie umiałam. Tego samego wieczoru podsłuchałam, jak rozmawiał przez telefon. Stałam za drzwiami sypialni, dłonie mi drżały.

– Nie, nie wierzę, że to moje. Nic się nie zgadza... Iza była zawsze ostrożna. Zawsze. A teraz nagle chce dziecka? Po tylu latach?

Głos mu się załamał.

– Czuję się, jakbym nie znał kobiety, z którą mieszkam. Jakby obok mnie siedziała obca osoba.

Po rozmowie wyszedł z domu. Nawet nie zamknął drzwi z hukiem. Po prostu… sobie poszedł. Zostałam sama w salonie. Dotknęłam dłońmi brzucha, który jeszcze nie wskazywał na ciążę. Czułam się jak najgorsza osoba na świecie.

– To nie tylko dziecko – wyszeptałam. – To koniec. Koniec życia, które tak dobrze znałam.

Coś sobie przypomniałam

Kinga przyszła wieczorem z butelką soku wiśniowego i czekoladą z orzechami.

– Na zszargane nerwy i ciężkie decyzje – powiedziała, stawiając to na stole.

Siedziałyśmy w mojej kuchni jak dziesiątki razy wcześniej. Tylko że nigdy wcześniej nie dzieliłam się z nią takim ciężarem.

To nie był przypadek, wiesz? – powiedziałam w końcu.

– Co? Ciąża?

– Nie. Eryk. Ta noc. To nie było tylko „po pijaku”. Wiedziałam, co robię. Może nie od razu, ale... w środku coś we mnie się zbuntowało. Chciałam, żeby ktoś mnie zobaczył. Dotknął. Zapytał, czy czegoś mi brakuje.

Kinga nie mówiła nic. Tylko słuchała.

– Michał… On mnie nie krzywdził. Ale też mnie nie widział. Byłam gdzieś obok. Jakoś. Zawsze. Cicho. Nagle ktoś inny spojrzał na mnie tak, jak dawno nikt nie patrzył. To mi wystarczyło.

– Czyli co? Chciałaś tego?

– Nie wiem. Chyba tak. Chciałam poczuć, że żyję. Że jeszcze coś mogę, że nie jestem tylko... częścią czyjegoś systemu.

Zamilkłam na chwilę, a potem dodałam:

– Jestem prawie pewna, że to Eryk jest ojcem. Michał nie dotknął mnie wtedy przez miesiąc.

Kinga pokiwała głową, spokojnie, bez oceniania.

– I co teraz?

– Nie wiem. Michał się oddala. Ja się duszę w tym kłamstwie. To dziecko… ono nie zawiniło. Ale ja?

Spojrzałam na nią z rozpaczą.

– Nie chcę stracić Michała. Tylko nie wiem, czy ja kiedykolwiek naprawdę go miałam.

Powiedziałam mu prawdę

Spotkaliśmy się w kawiarni przy firmie. Eryk wyglądał inaczej – nie miał tej swojej nonszalancji, z którą zazwyczaj paradował po biurze. Był spięty. A może tylko ja go teraz inaczej widziałam?

Co się dzieje? – zapytał, siadając naprzeciwko mnie.

Popatrzyłam na niego długo. Chciałam, żeby ta chwila trwała jak najdłużej, zanim powiem coś, co nieodwracalnie zmieni wszystko.

– Jestem w ciąży – powiedziałam. – I... to może być twoje dziecko.

Wstrzymał oddech. A potem tylko skinął głową. Nie było żadnego „żartujesz”, żadnego „to niemożliwe”. Wiedział. Może podejrzewał coś wcześniej.

– I co teraz? – zapytał po chwili.

Niczego od ciebie nie oczekuję. Nie szukam ojca dla tego dziecka. Szukam… prawdy. Żeby nie zwariować.

Zacisnął dłonie na kubku.

– Słuchaj… to nie była dla mnie tylko przygoda. Może i to wszystko się stało w złym momencie, może nie powinno... ale ja pamiętam każdy szczegół tamtej nocy. I teraz nie wiem, co zrobić.

– Ja też nie wiem – odpowiedziałam. – Nie przyszłam po deklaracje. Chciałam tylko, żebyś wiedział.

Przez chwilę oboje milczeliśmy. Było między nami coś bolesnego i żywego, jak rana, której nie da się zaszyć.

Chcę pomóc – powiedział w końcu. – Choćby był to tylko jeden procent szans, że to moje dziecko… chcę być odpowiedzialny.

Pokiwałam głową. Bez entuzjazmu. Bez nadziei.

– Nie potrzebuję bohatera – wyszeptałam. – Potrzebuję wyjścia z tego kłamstwa, które mnie pożera od środka.

Muszę się z tym zmierzyć

Siedzę sama. Michał nie wrócił na noc. Jego poduszka jest zimna, tak samo jak miejsce po jego stronie łóżka. Na stole leży test ciążowy, ten pierwszy. Trzymałam go w ukryciu zbyt długo. Zdjęcia ze ślubu schowałam do szuflady. Nie mogę już na nie patrzeć. Wszystko wyglądało wtedy tak czysto. Prosto. Bezpiecznie. A teraz? Jest jak dom po burzy – niby ściany stoją, ale nic nie jest na swoim miejscu.

Wciąż nie powiedziałam Michałowi całej prawdy. Nie miałam odwagi. Zostawiłam go z jego domysłami, z jego chłodem. Widziałam w jego oczach lęk i rozczarowanie. Może też nienawiść. Do mnie. Do siebie. Do tego wszystkiego.

Myślę o dziecku. Nie wiem, czyje będzie miało oczy. Ale wiem jedno – będzie prawdziwe. Nawet jeśli wszystko inne wokół niego powstało z kłamstwa. Patrzę przez okno na szare niebo. Miasto powoli budzi się do życia. Zwyczajne poniedziałkowe poranki – tylko że dla mnie nic nie jest już zwyczajne. Wiem, że cokolwiek się wydarzy, już nigdy nie będę tą samą osobą, którą byłam przed tamtym wyjazdem.

Izabela, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama