„Po feriach marzyłam tylko o mięciutkim kocu i gorącej herbacie. Okazało się, że mąż też szukał ciepła, ale u kochanki”
„Wyobrażałam sobie aromat herbaty, ciepło kominka i ten specyficzny spokój, który daje tylko własne łóżko. Nie wiedziałam jednak, że przekraczając próg, wkraczam w sam środek groteskowego dramatu. Zamiast ciepłej herbaty, czekał na mnie chłód bijący od obcej kobiety, która rozsiadła się w moim salonie jak królowa na włościach”.

- Redakcja
To miał być powrót do bezpiecznej przystani. Po dziesięciu dniach walki z ośnieżonymi stokami, marudzącymi dziećmi i suszeniem przemoczonych kombinezonów na grzejnikach, marzyłam tylko o jednym: ciszy własnego domu. Wyobrażałam sobie aromat herbaty, ciepło kominka i ten specyficzny spokój, który daje tylko własne łóżko. Nie wiedziałam jednak, że przekraczając próg, wkraczam w sam środek groteskowego dramatu. Zamiast ciepłej herbaty, czekał na mnie chłód bijący od obcej kobiety, która rozsiadła się w moim salonie jak królowa na włościach.
Wanilia, piżmo i coś jeszcze
Droga powrotna z gór była testem wytrzymałości. Korki ciągnęły się w nieskończoność, a wycieraczki naszego SUV-a ledwo nadążały ze zbieraniem gęstego śniegu. Siedziałam za kierownicą, bo Marek został w domu. „Koniec kwartału, ważny projekt” – tłumaczył, pakując nam narty, ale samemu zostając w dresie na podjeździe. Wtedy czułam ukłucie żalu, ale też pewną ulgę, bo ostatnio bywał drażliwy i nieobecny.
Dzieci – dziesięcioletni Kuba i siedmioletnia Zosia – spały na tylnych siedzeniach, wykończone ostatnim dniem szaleństw. Zerknęłam w lusterko. Ich spokojne oddechy trzymały moje nerwy na wodzy. Marzyłam o gorącej kąpieli i herbatce z mężem. Kiedy wjechaliśmy na podjazd, dom tonął w mroku, poza jednym światłem w salonie. To był dobry znak. Marek nie spał. Czekał.
Wysiadłam, czując przenikliwe zimno lutego. Otworzyłam drzwi wejściowe i zamarłam. Zamiast znajomej woni drewna do kominka, uderzył mnie ciężki, duszny aromat. Wanilia, piżmo i coś jeszcze. Coś, co absolutnie nie pasowało do naszego domu pełnego zabawek i psich kłaków.
– Marek? Jesteśmy! – zawołałam, wnosząc pierwszą torbę.
Miło mi panią poznać
Weszłam do salonu. Na mojej ulubionej, beżowej kanapie, z nogami zarzuconymi na oparcie, siedziała jakaś kobieta. Miała burzę kasztanowych loków, makijaż jak z internetu i bordową, welurową sukienkę, która sięgała ledwo do połowy uda. Materiał był tak opięty, że nie pozostawiał absolutnie żadnego pola dla wyobraźni. Na mój widok leniwie opuściła nogi na podłogę. Zmierzyła mnie wzrokiem – od mojej potarganej czapki, przez kurtkę narciarską, aż po brudne śniegowce. Jej usta wykrzywiły się w czymś, co przypominało uśmiech politowania. Z kuchni wyszedł Marek, niosąc dwie lampki. Zamarł, widząc mnie stojącą w przedpokoju z torbą brudnych ubrań. Na stole zauważyłam paterę z sushi – zestaw, którego mój mąż rzekomo nie znosił.
– Agata! – jego głos załamał się. – Myślałem, że... że te korki was zatrzymają dłużej.
– Kim jest ta pani, Marku? – zapytałam lodowato, ignorując jego chęć przywitania.
– To jest Sandra – wskazał na kobietę wyraźnie zmieszany. – Pamiętasz, wspominałem ci, że jakiś czas temu zaczęła u nas pracę. Przyjechała, bo zapomniałem ważnych dokumentów.
Sandra wstała, podeszła do Marka i stanęła zdecydowanie za blisko. Położyła dłoń na jego ramieniu, muskając materiał koszuli.
– Miło mi panią poznać. Wiele o pani słyszałam. To ja już się będę zbierać.
Spojrzałam na nią, na niego, a potem na lampki i sushi. I czułam napięcie, które aż iskrzyło między tą dwójką.
Wszystko stało się jasne
Przez kolejne dni nie mogłam się skupić. Wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Zaczęłam zauważać drobne sygnały. Marek przestał być zmęczony. Zaczął nosić w domu wyprasowane koszule zamiast starych t-shirtów. Kupił nowe perfumy. Coraz częściej zostawał po godzinach w pracy. Czułam, że ta cała historia o dokumentach jest szyta grubymi nićmi, ale potrzebowałam dowodów. To upokarzające uczucie, kiedy musisz bawić się w detektywa we własnym małżeństwie.
W końcu postanowiłam założyć konto w mediach społecznościowych. Znalazłam jej profil. A na nim zdjęcia: z drogich restauracji, w których rzekomo Marek jadł lunche biznesowe. Na wielu kadrach męska ręka z zegarkiem identycznym, jaki kupiłam mężowi na 40. urodziny. Przewijałam dalej. Zdjęcie sprzed tygodnia. Podpis: „Romantyczny weekend z moim Misiem”. W tle charakterystyczny kominek w hotelu, który uwielbialiśmy. Data pokrywała się z moim wyjazdem z dziećmi. Marek nie został w domu pracować nad projektem. Wyjechał z nią do innego hotelu, podczas gdy ja uczyłam dzieci jeździć na nartach. Wszystko stało się jasne.
Świętujemy szczerość
Postanowiłam zagrać w ich grę, ale na moich zasadach. Przygotowałam wystawną kolację, wysłałam dzieci do babci. Ubrałam się w czerwoną sukienkę – elegancką, ale podkreślającą figurę. Marek wrócił z pracy.
– Wow, Agata. Wyglądasz... świetnie. Jakaś okazja? – zapytał, wyraźnie zbity z tropu.
– Tak. Świętujemy szczerość – odparłam, siadając do stołu.
W pokoju zapadła cisza tak gęsta, że słychać było tykanie zegara. Marek przełknął głośno ślinę.
– Agata, co masz na myśli... – zaczął, ale ucięłam to gestem dłoni.
– Oszczędź sobie, Marku. Widziałam wasze zdjęcia z weekendu. Bardzo ładny apartament. Spałeś tam z nią, kiedy ja marzłam na stoku z twoimi dziećmi.
Spojrzałam na męża. Oczekiwałam, że zaprzeczy. Że powie, iż to pomyłka, chwilowe szaleństwo. Ale on milczał, wbijając wzrok w blat stołu. Ten brak reakcji bolał mnie jeszcze bardziej. W końcu podniósł głowę. W jego oczach pojawił się strach.
– Kochanie, czekaj, to nie tak... Ona mną manipulowała...
– Manipulowała?! – zaśmiałam mu się w twarz. – A Ty biedaczku potulnie jeździłeś z nią po drogich restauracjach i hotelach i zapraszałeś do naszego domu.
Patrzyłam na niego z politowaniem.
– Masz dziesięć minut. Masz się wyprowadzić. To koniec.
Marek zbladł tak bardzo, że niemal zlał się z białą ścianą za nim. Wiedział, że nie żartuję. Nie minęło dziesięć minut, gdy usłyszałam trzaskanie drzwi. A potem dźwięk silnika oddalającego się samochodu. Zostałam sama. Podeszłam do okna i otworzyłam je szeroko, wpuszczając mroźne powietrze, by wygonić ten mdły zapach kłamstwa. Czy płakałam? Tak. Wyłam na cały dom, opłakując moją naiwność i ból, który będę musiała wytłumaczyć dzieciom. Ale potem wstałam. Zgarnęłam ze stołu nietkniętą kolację prosto do kosza. Spojrzałam w lustro. Zobaczyłam kobietę zmęczoną, z opuchniętymi oczami, ale... wolną. Nie jestem starym kapciem. Jestem kobietą, która właśnie wyrzuciła śmieci. I nigdy w tym domu nie oddychało mi się lżej.
Agata, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż zbierał paragony do koperty, a później robił ze mnie darmozjada. Najtańsze perfumy to dla niego zbędny luksus”
- „Byłam wściekła, że nawet w ferie mąż odbiera służbowe telefony. Sekretne pogaduszki nie miały nic wspólnego z pracą”
- „Wyjazd do Zakopanego miał tchnąć świeżość w nasze życie. Romans z byłym nie był na mojej liście”

