Reklama

Są ludzie, którym wszystko trzeba tłumaczyć jak dziecku, i są tacy, co po prostu czują, że coś jest nie tak. Ja należę do tej drugiej kategorii, chociaż przez lata udawałam, że jest dobrze. Tak było i tym razem. Mój mąż uznał, że ojciec po prostu zaszył się znowu w swoim świecie i nie ma co dramatyzować. A ja nie potrafiłam odpuścić. I kiedy podczas ferii postanowiliśmy odwiedzić go osobiście, nikt nie spodziewał się tego, co zastaliśmy. A już na pewno nie mój mąż.

Czułam, że coś jest nie tak

– Dzwoniłeś do taty? – zapytałam męża, opierając się o framugę kuchni.

Mąż mieszał herbatę i nawet nie podniósł wzroku.

– No coś ty, przecież dzwoniłem dwa dni temu. Nie odebrał. Pewnie znowu włączył tryb „mam was wszystkich gdzieś” i tyle.

– Trzy dni temu, kochanie – poprawiłam go łagodnie, chociaż aż mnie świerzbiło, żeby dodać coś ostrzejszego.

– No dobra, trzy. Co za różnica?

– Różnica jest taka, że nie odpisuje też na SMS-y.

– Może mu się telefon rozładował mu telefon. Przestań, dobra?

Westchnęłam. Zamiast przyjąć do wiadomości, że coś jest nie tak, to lepiej się obrazić na rzeczywistość.

– Wiesz, że Dzień Dziadka był w zeszłym tygodniu. Wysłałam mu zdjęcie dzieciaków z laurką, napisałam parę słów. Nie odpisał. W ogóle. Ty próbowałeś zadzwonić i cisza. To nie jest normalne.

Wreszcie spojrzał na mnie, ale w jego oczach nie było zmartwienia. Raczej rezygnacja.

– On od zawsze taki był. Taki… chłodny. Czasem miałem wrażenie, że bardziej interesuje się pogodą w telewizji niż nami. Może po prostu nie chce już z nikim gadać.

– Albo nie może – powiedziałam cicho.

Michał pokręcił głową.

Nie dramatyzuj, proszę cię.

– W ferie i tak będziemy niedaleko twojego rodzinnego domu. Możemy po prostu zajrzeć. Sprawdzić.

– Czyli odpuszczenie nie wchodzi w grę?

– Nie tym razem.

Byłam zaniepokojona

Pod blok teścia dotarliśmy w sobotę rano.

– Weź te pączki, które kupiliśmy – rzuciłam do Michała.

– Serio? Pączki? Może on nawet nie chce nas widzieć.

– Albo właśnie czeka na to, żeby ktoś wreszcie przyszedł. Tylko nie przychodzi.

Zadzwoniłam domofonem. Dwa razy. Potem raz jeszcze. Cisza.

– Zawsze miał rozwaloną słuchawkę, pewnie nie działa – mruknął Michał i ruszył schodami w górę.

Chwilę później dotarliśmy pod drzwi. Zadzwoniłam. I znowu – nic.

– No to chyba nie ma co się narzucać – powiedział mój mąż, już gotów do odwrotu.

– A jeśli leży tam od tygodnia i nikt nie zauważył? – zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.

– Przestań…

– Niech cię teraz ta twoja dumna męska racjonalność nie zgubi. Ja nie żartuję.

Spojrzał na mnie i coś w nim pękło.

– Dobra – westchnął. – Zadzwońmy do administracji. Może mają zapasowy klucz.

– Albo po straż pożarną.

– Zobaczymy. Najpierw zapukam mocniej.

Zaczął walić pięścią w drzwi. Głośno. Po klatce rozległo się echo. Obok uchyliły się jakieś drzwi. Jakaś sąsiadka. Spojrzała na nas nieufnie.

– A pan Mietek… to państwa krewny?

– Mój ojciec – odpowiedział Michał.

Coś mi nie pasowało

Nie musieliśmy długo przekonywać sąsiadki. Okazało się, że pani Wanda ma numer do dozorcy, który „w razie czego” miał zapasowe klucze. Michał wyglądał, jakby miał nadzieję, że zaraz okaże się, że to wszystko jedno wielkie nieporozumienie. Że zaraz ojciec otworzy drzwi w znoszonym szlafroku i powie, że po prostu przespał ostatni tydzień. Tylko że kiedy w końcu drzwi się otworzyły – nie było nikogo.

Pusto – rzucił cicho Michał, jakby sam nie wierzył w to, co widzi.

– Może jest w szpitalu? – zapytałam, rozglądając się po mieszkaniu.

Wszystko wyglądało… zbyt spokojnie. Łóżko pościelone, naczynia w zlewie umyte, pilot ułożony równiutko przy telewizorze. Jakby ktoś wyszedł tylko na chwilę i zaraz miał wrócić.

– Albo… wyjechał? – Michał próbował się czegoś uczepić.

– Bez słowa? Bez telefonu?

Spojrzałam na wieszaki. Kurtka wisiała.

– Michał, zobacz. Nie ma portfela. Może jednak coś planował?

Mąż wszedł do kuchni i otworzył lodówkę. Zajrzał do zamrażarki, do szafek. Wszystko jak zawsze. Nawet słoik z kompotem stały na swoim miejscu.

No to, co robimy?

– Sprawdzamy szpitale. Policję. I… może trzeba zajrzeć do jego starego znajomego z klubu weteranów.

– Dobrze, ale Michał…

– Tak?

Czuję, że coś tu nie gra. Na serio.

– Ja też już to czuję.

Próbowałam zachować pokój

Michał zadzwonił do wszystkich szpitali w okolicy. Zero. Ani śladu. Policja przyjęła zgłoszenie o zaginięciu.

– Będziemy go szukać – oznajmił znudzony funkcjonariusz.

– Przepraszam bardzo – wtrąciłam się – ale my nie szukamy psa, który uciekł z podwórka, tylko człowieka, który znika i nie daje znaku życia.

– Zgłoszenie zostało przyjęte – rzucił, nawet nie patrząc nam w oczy.

Wyszliśmy, trzaskając drzwiami.

– No pięknie – mruknął Michał.

To nie koniec. Jedziemy do tego klubu seniora, pamiętasz? Mówiłeś, że chodził tam w środy.

– Dzisiaj jest środa. To się świetnie składa.

Klub mieścił się w piwnicy biblioteki. Pachniało tu naftaliną, a po ścianach wisiały zdjęcia z lat osiemdziesiątych. Emeryci w kapeluszach i z akordeonami. Świat, w którym czas się zatrzymał.

– Szukamy pana Mieczysława. Był stałym bywalcem – zagadnęłam kobietę w wełnianym swetrze, która sortowała pionki do chińczyka.

– Mietek? – uniosła brwi. – On już dawno nie przychodzi. Z miesiąc go nie widzieliśmy. Miał tu jednego znajomego, takiego pana Staszka. Razem grywali w brydża.

– Macie może do niego numer?

– Mam… Chwileczkę.

Kiedy kobieta podawała nam karteczkę z numerem, Michał spojrzał na mnie z niepokojem.

– To zaczyna wyglądać gorzej, niż myśleliśmy.

Bałam się odpowiedzi

Zadzwoniliśmy do pana Staszka jeszcze w samochodzie. Odebrał po czwartym sygnale.

– Słucham? – głos miał lekko ochrypły.

– Dzień dobry, panie Stanisławie. Mówi syn Mietka, Michał. Ojciec mówił, że panowie się znają z klubu seniora…

– A, Michałek! No pewnie, Mietek dużo o tobie opowiadał. Co tam u was?

– Tata zniknął. Nie odbiera telefonu, nie ma go w domu.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Panie Staszku?

– Jestem, jestem. Tylko… to dziwne. Miecio był u mnie tydzień temu. W niedzielę. Wpadł na herbatę. Dużo mówił o przeszłości. Wiesz, sentymentalny się ostatnio zrobił.

– I co mówił konkretnie?

– W sumie to nic, ale zostawił mi kopertę. Kazał mi nie dzwonić, nie pytać. Tylko oddać, jak zadzwonisz albo przyjdziesz. No i właśnie dzwonisz.

– Jesteśmy niedaleko. Możemy przyjechać?

– Oczywiście. Będę czekał.

Odłożyłam telefon i spojrzałam na Michała.

– Coś przeczuwał. Coś ukrywał.

– I wiedział, że go będziemy szukać.

Michał ścisnął kierownicę. Jechaliśmy w milczeniu. Każdy z nas czuł, że to nie będzie zwykła kartka.

Nie tego się spodziewałam

Pan Staszek czekał na nas w drzwiach kamienicy. Podał Michałowi kopertę bez słowa.

– Trzymałem ją w szufladzie – mruknął cicho.

Michał wziął kopertę, usiadł na ławce przed blokiem i długo się w nią wpatrywał. W końcu rozerwał delikatnie papier i wyjął pojedynczą kartkę. Czytał w milczeniu. Widziałam, jak zmienia mu się twarz – z napiętej na zupełnie bezbronną.

– Co tam jest napisane? – spytałam w końcu.

Podał mi kartkę.

„Od dziś mieszkam z Reginą. Pewnie domyślasz się, kim jest. Tak, to kobieta, z którą od jakiegoś czasu łączy mnie coś więcej. Nie planowaliśmy tego. To się po prostu... wydarzyło. Zrozumiałem, że szkoda życia na samotność. Że nie chcę już każdego wieczoru spędzać sam przy zimnej herbacie i telewizorze, który gra tylko po to, by coś grało. Regina wniosła w moje życie ciepło i śmiech, których od dawna mi brakowało. Nie chcę mieszać Ci w życiu. Bałem się, że mnie osądzisz. Że powiesz, że zdradziłem pamięć mamy. To nieprawda, Michał. Ona zawsze będzie w moim sercu. Tylko że życie nie kończy się z ostatnim oddechem jednej osoby. Nie proszę o zrozumienie. Piszę tylko po to, żebyś wiedział. Żebyś nie musiał się dowiadywać przypadkiem, od kogoś innego. I żebyś wiedział, że to nie była pochopna decyzja. Nie w moim wieku. Czasem pomieszkujemy u mnie razem. Już nie będę się z tym krył. Tata”.

– On… nie mogę w to uwierzyć... – wyszeptał Michał. – Bał się, że go skreślę z mojego życia, więc wolał wycofać się sam...

– Myślisz, że kiedyś się do nas odezwie? Może zaprosimy go do siebie z Reginą?

– Nie wiem, czy by chciał. Może powinniśmy zostawić wszystko tak, jak jest.

Zostawiliśmy pana Staszka i wróciliśmy do samochodu. Za szybą migały znajome ulice, a cisza między nami powoli przestawała ciążyć. Michał odłożył kartkę na siedzenie i spojrzał przez okno.

– Wyślę m SMS-a. Niech wie, że drzwi są otwarte – powiedział cicho.

Skinęłam tylko głową. Bo czasem miłość nie krzyczy, nie walczy. Czasem po prostu czeka – aż ktoś zdecyduje się wrócić.

Katarzyna, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama