Reklama

Zimą mój dom milknie jeszcze bardziej. Ściany chłoną ciszę jak gąbka. Poranki zaczynają się od czarnej kawy i stukotu klawiatury. Tłumaczę dla niemieckiej firmy – zdalnie, bez ludzi, bez rozmów. Tak mi wygodniej. Od pięciu lat żyję sama. Nie z wyboru, ale z rozsypki.

Adam zniknął nagle. Po prostu... nie wrócił. Kłóciliśmy się wieczorem, rano nie było go w łóżku, w kuchni, nigdzie. Zabrał kurtkę i wyszedł. Siedemnaście godzin później Martyna zapytała, czy dzwoniłam na policję. A ja wciąż wierzyłam, że to pomyłka. Że zaraz wróci.

Nie wrócił. Przez pierwsze miesiące chodziłam jak cień. Próbowałam randek. Raz. Uciekłam po dziesięciu minutach. On mówił o Chorwacji, a ja widziałam, że nie ma dłoni Adama. Tej, która znała mnie lepiej niż ja siebie. Nie mamy dzieci. On nie chciał. Ja udawałam, że też nie. Od jego zniknięcia nie zbudowałam nic. Nie próbuję już. Aż pewnego grudniowego wieczoru... usłyszałam pukanie do drzwi.

Wrócił znienacka

Wieczór był mroźny, wiatr wciskał się w każdą szparę okien. Już miałam zgasić światło w kuchni, kiedy ktoś zapukał. Trzy ciche uderzenia. Podeszłam powoli. Otworzyłam. Stał tam. Adam. W tej samej niebieskiej kurtce, której zawsze nie znosiłam. Wyglądał jak cień siebie – wychudzony, siwiejący przy skroniach, z torbą przewieszoną przez ramię.

Nie mam gdzie iść – powiedział cicho.

Patrzyliśmy na siebie dłuższą chwilę.

– I co ja mam z tym zrobić? – zapytałam. Nawet nie próbowałam ukryć goryczy w głosie.

Nie odpowiedział. Ramiona mu drżały. Pomyślałam, że wygląda jak ktoś, kto dawno nie spał w ciepłym łóżku. I że jest zmarznięty. Wpuściłam go. Bez słowa. Po prostu odsunęłam się od drzwi.

Postawił torbę przy ścianie i usiadł w rogu kanapy. Ja wstawiłam wodę na herbatę. Nie pytał, czy może zostać. Ja nie mówiłam, że może. Po prostu siedział. Podałam mu kubek. Nasze palce musnęły się na ułamek sekundy. Cofnęłam dłoń.

– Dlaczego wróciłeś i gdzie do cholery byłeś przez te lata? – zapytałam cicho.

Nie jestem gotowy o tym mówić – odparł. I spuścił wzrok.

Chciałam krzyczeć. Rzucić w niego tym kubkiem. Ale tylko westchnęłam. Usiadłam na drugim końcu kanapy. Najdalej jak się dało. Przez chwilę słuchałam własnego serca, które – ku mojej złości – wciąż biło szybciej, niż powinno.

Nic z tego nie rozumiałam

Rano zastałam go w kuchni. Siedział przy stole, popijał wodę z kranu i patrzył w okno, jakby za szybą mogło się wydarzyć coś, co mu to wszystko wyjaśni. Nie zauważył mnie od razu.

– W szafce jest kawa – rzuciłam sucho.

– Nie chciałem się narzucać – mruknął, jakby nadal był gościem, nie zjawą z przeszłości.

Zaparzyłam kawę dla siebie. Jemu nie zaproponowałam. Usiadłam naprzeciwko, z kubkiem w dłoniach.

– Wiesz, że złamałeś mnie na lata? – powiedziałam cicho. Ale każde słowo ciążyło jak kamień.

Podniósł wzrok.

– Wiem – szepnął. – I nie wiem, jak cię przeprosić.

– To może nie próbuj. Może po prostu zniknij raz jeszcze. Tym razem na zawsze.

Przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Ale nic nie powiedział. Tylko skinął głową. I znów spojrzał w okno, jakby szukał tam drogi ucieczki. Wstałam. Włożyłam płaszcz, buty. Musiałam wyjść. Do sklepu, gdziekolwiek, byle nie tu.

– Po co wróciłeś? – zapytałam już przy drzwiach. – Chodzi o mnie, czy po prostu nie masz nikogo innego?

Nie odpowiedział. Tylko zamknął oczy. Zostawiłam go z tą ciszą. A sama wyszłam, czując, jak znowu wciąga mnie to, od czego przez pięć lat próbowałam się uwolnić.

Mąż coś ukrywał

Wieczorem wróciłam do domu późno, celowo. Chciałam, żeby już spał. Żeby nie było rozmów, nie było go. Ale światło w łazience się świeciło. Drzwi uchylone. Usłyszałam jego głos. Cichy, urywany.

– …tak, jestem u niej. Nie wiem, jak jej to powiedzieć…

Zamarłam.

– …jeśli się dowie, może mnie znienawidzić jeszcze bardziej…

Nie słyszałam, co mówił dalej. Serce tłukło mi się w piersi tak głośno, że zagłuszało jego szepty. Weszłam szybkim krokiem, pchnęłam drzwi łazienki.

– Wyjdź. Natychmiast.

Zamilkł. Wyszedł, trzymając telefon w ręce. Ręka mu drżała. Ja już czekałam na środku przedpokoju. Ręce skrzyżowane, oczy wbite w niego.

– Nie udawaj. Coś ukrywasz. Mów. Teraz.

Zacisnął usta. Widziałam, jak przełyka ślinę, jak bije się z myślami. W końcu skinął głową i usiadł na krześle, jakby stracił nagle siły.

– Dobrze – powiedział. – Ale musisz wiedzieć wszystko. Nawet jeśli cię to zaboli.

W tym momencie poczułam, że nie jestem gotowa. Że wcale nie chcę wiedzieć. Ale było za późno.

Wzięłam głęboki wdech i powiedziałam tylko:

– Mów.

Wyznał mi prawdę

– Zdradziłem cię – powiedział bez żadnych wstępów. – Na delegacji. Raz. Myślałem, że to nic nie znaczy.

Miałam ochotę wstać, wyjść, zamknąć za sobą drzwi i już nigdy więcej go nie słyszeć, ale siedziałam wpatrzona w niego.

– Zaszła w ciążę. Powiedziała mi to miesiąc po. Nie miałem pojęcia, co robić. Bałem się ci powiedzieć. Bałem się wszystkiego. Więc... zniknąłem.

Zacisnęłam palce na kolanach, aż zbielały.

– Dziecko przyszło na świat. Dziewczynka. A tamta... zmarła przy porodzie. I zostałem sam z nią. I nie dawałem sobie rady. Próbowałem, naprawdę. Ale...

Przerwał. Oparł łokcie na kolanach, schował twarz w dłoniach.

– Zacząłem pić. Straciłem pracę. Ona... trafiła do rodziny zastępczej. I teraz mają mi odebrać prawa. Bo nie jestem ojcem, którym powinienem być.

Siedziałam w milczeniu. Każde jego słowo wbijało się we mnie jak odłamek.

– Przyszedłem tu, bo... nie mam już nikogo – dodał po chwili. – Nie po to, żebyś mnie przyjęła z powrotem. Ale... musiałem ci powiedzieć. Chociaż tyle ci jestem winien.

Spojrzałam na niego.

Zostawiłeś mnie, bo zostałeś ojcem?

– Zostawiłem cię, bo nie umiałem być mężczyzną – wyszeptał.

I po raz pierwszy od pięciu lat... zobaczyłam, że naprawdę się rozpadł.

Miałam mętlik w głowie

Poszłam do Martyny. Siedziałyśmy przy kuchennym stole, jak za starych czasów, tylko tym razem to ja mówiłam, a ona słuchała w milczeniu, nie przerywając ani razu. Kiedy skończyłam, długo nic nie mówiła. Przesunęła palcem po szklance.

– On cię zostawił jak śmiecia – powiedziała w końcu. – A teraz co? Wraca z dzieckiem pod pachą i czeka, że go przytulisz?

– On niczego nie oczekuje – odpowiedziałam. – Nie prosi o przebaczenie. Po prostu… jest.

– I to wystarczy?

– Nie wiem – powiedziałam zgodnie z prawdą. – Nie wiem, czego chcę. Ale nie potrafię go wyrzucić.

Martyna pokręciła głową.

– Jeśli znowu go wpuścisz do swojego życia, może już z niego nie wyjdziesz cało.

Poczułam, jak ściska mi się gardło.

– Może już nie chodzi o niego. Może chodzi o mnie – szepnęłam. – O to, czy potrafię jeszcze być człowiekiem, czy już tylko cieniem. Może to nie jest litość. Może po prostu… nie chcę być obojętna.

Martyna spojrzała na mnie inaczej niż zwykle. Nie jak siostra. Jak kobieta, która też coś kiedyś straciła.

– Tylko nie daj się znowu złamać, Kinia – powiedziała. – Proszę cię.

Już go nie kocham

Kiedy wróciłam do mieszkania, Adam siedział przy oknie. Wpatrzony w ciemność, jakby coś jeszcze miał do zobaczenia. Nie odezwał się. Ja też milczałam. Zdjęłam płaszcz, postawiłam torbę.

Nie chcę, żebyś został – powiedziałam w końcu. – Ale jeśli musisz odpocząć… masz kilka dni.

Skinął głową.

– Nie oczekuję niczego – odparł cicho.

– Dobrze. Bo nie mam już nic do dodania – rzuciłam i poszłam do drugiego pokoju.

Wieczorem usiadłam przy laptopie i zaczęłam szukać pomocy dla osób w kryzysie, a potem dobrego prawnika od rozwodów.

Kinga, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama